Dom na Wzgórzu ( Peter James)- recenzja Demetrii

Dom na Wzgórzu ( Peter James)- recenzja Demetrii

NOTATKI DO RECENZJI Z LIPCA 2017
( PRZEPISANE NA KOMPUTER W TAKIEJ FORMIE, W JAKIEJ BYŁY ZAPISANE NA PAPIERZE)

Hejka wszystkim! Jeju, jak ten czas leci! Już dwa miesiące studiuję w Anglii, w co wciąż nie mogę uwierzyć. Mam taką ilość zajęć, że jedyne na co mam ochotę, gdy mam chwilę przerwy, to sen. Na szczęście mam teraz tydzień przerwy, więc może uda mi się naszykować trochę postów do wstawiania, gdy nie będę miała znów czasu by je pisać. 
A dziś przychodzę z recenzją książki, którą udało mi się przeczytać jakieś półtora roku temu i do której notatek użyję dziś w niezmienionej od 2017 roku formie. Choć mam ochotę pozmieniać trochę rzeczy, nie zrobię tego, by odbiór książki pozostał prawdziwy i taki, jaki był gdy ją skończyłam. 

Oryginalny tytuł: The House on Cold Hill
Tytuł polski: Dom na Wzgórzu
Autor: Peter James
Tłumacz: Robert Waliś
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 384

,,Przeprowadzka z centrum Brighton na prowincję, to poważne przedsięwzięcie i wyzwanie dla trzyosobowej rodziny. Jednak Cold Hill House – ogromna, zrujnowana georgiańska posiadłość, budzi w Olliem niesamowitą ekscytację. Jeszcze nie wie, czy podoła finansowo temu wyzwaniu, ale od dziecka marzył o tym, by zamieszkać na wsi, a rezydencja wydaje mu się idealnym miejscem dla kochającej kontakt z naturą córki. Posiadłość jest inwestycją, która ma generować zyski i być bazą dla jego nowej firmy projektującej strony internetowe. Jego żona, Caro, podchodzi do tego mniej optymistycznie, a dwunastoletnia Jade nie jest zadowolona z rozstania z przyjaciółmi.
Już po kilku dniach od przeprowadzki, staje się jasne, że Harcourtowie nie są jedynymi mieszkańcami Cold Hill House. Gdy dom zwraca się przeciwko nim, nie pozostaje im nic innego, jak pogrążyć się w jego mrocznej historii... "
opis z lubimyczytac.pl

" Dom na wzgórzu" był pierwszym horrorem, jaki przeczytałam, nie licząc "Wielkiego Marszu" Stephena Kinga, który mnie jednak nie przestraszył. Przed zapoznaniem się z nim byłam przekonana, że książka nie będzie w stanie mnie przestraszyć. Myliłam się, o jak strasznie się myliłam. 
Pisząc tę recenzję, siedzę w łóżku bojąc się przejść w inny kraniec pokoju z obawy przed natrętnymi duchami ( kamienica, w której mieszkam ma jakieś sto lat; kto wie jakie strachy się w jej murach kryją). Tak jak jeden z bohaterów nie wiem już, co jest prawdą, a co wymysłem mojej świadomości.

Książka była niezwykła, tajemnicza, mroczna i przerażająca. Wciągająca niczym bagna spowite mgłą równie gęstą jak ta skrywająca historię domu Cold Hill. Fabuła choć prosta, intrygująca i pochłaniająca. Czytając nawet nie zauważałam upływającego czasu. Z niecierpliwością i przeszywającymi mnie dreszczami obserwowałam poczynania bohaterów i to, jak ze strony na stronę świadomość zaczynała płatać im figle, przerażenie i strach brały górę nad innymi emocjami, a nawiedzające ich duchy stawały się coraz bardziej nieznośne. 

"Nie boję się zmarłych, to żywi mnie przerażają"

Każdą z postaci udało mi się w jakimś stopniu polubić, dlatego życzyłam im jak najlepiej i absolutnie nie chciałam, by skończyli jak poprzedni właściciele posiadłości. Co wyszło z tego, czego sobie życzyłam? Tego wam nie zdradzę, tak jak nie zdradzę wam zakończenia tej powieści.
Zdecydowanie polecam " Dom na Wzgórzu", w szczególności osobom, które oglądały i którym podobał się pierwszy sezon " American Horror Story".

OCENA: 8/10 


KONKURS-WYNIKI!!!

KONKURS-WYNIKI!!!

Witajcie! Od razu mówię- tak, wiemy że wyniki miały być do 16 września ale prosimy o zrozumienie; początek studiów odrobinę nas przytłoczył.

Choć zgłosiły się tylko trzy osoby, postanowiłyśmy mimo wszystko zrobić losowanie i wylosować zwycięzcę, którym to zostaje... THE WICKED ONE!!! 


Gratulujemy zwycięzcy!!! Książkę wyślemy w ciągu najbliższego miesiąca :)

#86: Wodospady Cienia. Urodzona o północy (C.C.Hunter)- recenzja Demetrii

Witajcie! Jak wam minęły lub też mijają wakacje? Ja wróciłam na chwilę do Polski pozbyć się zbędnych zębów ale już niedługo, bo ósmego wracam do Anglii, gdzie wraz z Audrey rozpocznę wkrótce studia. Mam nadzieję, że nowa szkoła i mniej wolnego czasu zdopingują mnie do częstszego pisania bloga. Po tych dwóch miesiącach wakacji jestem bardziej rozleniwiona i wykończona niż po kilku miesiącach w szkole. No ale co zrobić.
Dziś przychodzę do was z recenzją pierwszej części serii "Wodospady cienia", za którą zabrałam się za sprawą Roberta z bloga/vloga CZYTANIE MOIM TLENEM, u którego już dawno temu przeczytałam, że seria ta jest jedną z jego ulunionych, a jej pierwszą część Robert określił jako świetną. Czy i ja odebrałam ją w ten sposób?

Oryginalny tytuł: Shadow Falls. Born at Midnight.
Tytuł polski: Wodospady Cienia. Urodzona o północy.
Autor: C.C. Hunter
Tłumacz: Joanna Lipińska
Wydawnictwo: Feeria
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 440

Życie Kylie Galen zdaje się walić w gruzy. Umiera jej ukochana babcia, rzuca ją chłopak, jej rodzice się rozstają, a w dodatku ciągle widuje dziwną postać, której nikt poza nią zdaje się nie zauważać… Pewnego wieczora Kylie Galen ląduje na nieodpowiedniej imprezie z nieodpowiednimi ludźmi i to zmienia jej życie na zawsze. Matka wysyła ją do Wodospadów Cienia – na obóz dla trudnej młodzieży. Sformułowanie „trudna” jednak niezupełnie określa jej współobozowiczów. Okazuje się, że wraz z nią mieszkają tu wampiry, wilkołaki, zmiennokształtni, czarownice, elfy i inne nastolatki o ponadnaturalnych zdolnościach. Nikt nie wie jednak, jakie umiejętności ma Kylie… Jakby życie nie było wystarczająco skomplikowane, na scenie pojawiają się Derek i Lucas – półelf i wilkołak, którzy zajmują znaczące miejsce w życiu i sercu Kylie.


Wybaczcie mi wstawienie opisu z lubimyczytać.pl ale za nic w świecie nie jestem w stanie przypomnieć sobie początku tej książki, a jej dalszą część pamiętam jak przez mgłę. To już o czymś świadczy, prawda? No cóż, choć powieść mi się w miarę podobała, to uważam, że była zwyczajnie przeciętna. Tak, nie tylko zwyczajna, ale zwyczajnie przeciętna. Liczyłam na coś lepszego po przeczytaniu tak wielu pozytywnych recenzji, w tym tej Roberta. Zawiodłam się i będę się musiała zmusić, żeby przeczytać drugą część " Wodospadów cienia".

Fabuła nie była taka zła- zawsze lubiłam czytać o stworzeniach nadprzyrodzonych, ale typowo młodzieżówkowy i dość kiepski sposób pisania skutecznie zniechęca mnie do sięgnięcia po kontynuacje. Myślę, że po prostu wyrosłam z tego typu książek i może dlatego nie robią one już na mnie takiego wrażenia.

" Kylie spojrzała na wtulonego w jej piersi kotka. Wokół niego rozbłysły skry w kształcie rąbów. A potem puff... pojawił się Perry. Stał przed Kylie z głową opartą o jej biust."

Bohaterowie też nie zrobili na mnie dobrego wrażenia. Wydawali mi się papierowi, bezosobowi, a jeśli już któryś się czymś wyróżniał, to zazwyczaj mnie irytował. Relacje między nimi mogę określić jako mdłe, nudne i żenujące. Żadna z postaci nie stała mi się bliska, trójkąt miłosny był dla mnie niezrozumiały i niezjadliwy, a główna bohaterka, jej charakter i decyzje to jakiś żart.

Choć mnie się książka nie podobała, nie znaczy, że i wam się nie spodoba. Dlatego też mimo mojej recenzji i faktu, że zjechałam tę książkę, zachęcam was do jej przeczytania i stworzenia własnej opinii.

OCENA: 6/10


#85: Marsjanin ( Andy Weir) - recenzja Demetrii

#85: Marsjanin ( Andy Weir) - recenzja Demetrii

Witajcie! Tak jak bohater książki, którą dziś zrecenzuję, tak i ja zniknęłam na pewien czas na moim własnym Marsie, a jak wiadomo na Marsie nie ma możliwości vloggowania ani bloggowania. No nic, mówi się trudno i żyje się dalej.
Przypominam, że konkurs na blogu trwa do 12 września.

Oryginalny tytuł: The Martian
Polski tytuł: Marsjanin
Autor: Andy Weir
Tłumacz: Marcin Ring
Wydawnictwo: Akurat
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 384

Marzyliście kiedyś o zostaniu astronautą? O zobaczeniu innych planet? No cóż, Mark Watney może wam szczerze odradzić szalone wypady na Marsa, na którym utknął po tym, jak w ekspedycję, której był członkiem, uderzyła burza piaskowa. Reszta ekipy odlatuje, a ranny Mark zostaje na bezlitosnej planecie, w zdewastowanym obozie i z ograczonymi zapasami wody i żywności. Zostaje on uznany za martwego, więc nikt na Ziemi nie spieszy się z ratunkiem. On jednak nie poddaje się i rozpoczyna walkę o przetrwanie, z której nawet on sam nie wie, czy wyjdzie z tarczą, czy na tarczy.

Marsjanin to książka, w którą nie udało mi się wciągnąć od pierwszych stron ale z biegiem czasu zaczynałam czuć, że nie dam rady jej od tak odłożyć. Tak przynajmniej myślałam. Chęć dowiedzenia się, czy Markowi uda się bezpiecznie opuścić Marsa wygrywała z niekiedy nużącymi opisami z dziennika Hab-u. Jej większa część spisana jest w formie pamiętnika, więc zdziwiłam się trochę, gdy okazało się, że autor postanowił zapoznać czytelnika nie tylko z tym, co się działo na Marsie, ale również z wydarzeniami na Ziemi, opowiadając o nich z perspektywy narratora wszechwiedzącego.

Główny bohater był wspaniałą postacią, niezwykle błyskotliwą, pozytywną i komiczną. Jego przemyślenia bawiły mnie do łez, mimo że żarty dość często w ogóle nie pasowały do sytuacji, w jakiej Mark się znajdował. Opisując próby utrzymania się przy życiu, autor w osobie Watneya używa czasem skomplikowanej biologicznej, czy chemicznej terminologii, ale można zauważyć, że stara się to robić w takim kontekście, by było to zrozumiałe. Tłumaczy w prostych słowach to, co robi i czego używa: działanie jakiegoś urządzenia lub niebezpieczeństwo wykonywania danej reakcji ( powolne spalanie wodoru grozi eksplozją). Jest to niezwykle pomocne, szczególnie jeśli tak jak ja, nie uważało się na ani jednej lekcji chemii czy biologii w szkole.

"Nie mając pola magnetycznego, Mars nie ma żadnej ochrony przed promieniowaniem słonecznym. Jeśli byłbym na nie wystawiony, dostałbym takiego raka, że jeszcze ten rak miałby raka. "

Niestety, minął miesiąc, a mnie wciąż nie udało się dobrnąć do połowy książki. Powieść z każdym dniem nudziła mnie coraz bardziej. Najgorsze stały się fragmenty z dziennika Marka Watneya. Ja wiem, że autorowi mogło chodzić o to, by zwykły szary człowiek poznał krok po kroku instrukcję przeżycia na obcej planecie i wiem, że sama wcześniej pisałam jak bardzo były one pomocne. Jednakże, z każdą kolejną kartką te opisy piętrzyły się i piętrzyły, a ja coraz mniej z nich rozumiałam. Ba! Nie byłam zwyczajnie w stanie czytać raz po razie opisów złączania jednych rurek z drugimi. Koniec końców, pominęłam wszystkie wpisy z dziennika aż do momentu wyruszenia w drogę ( no spoiler). Kiedy udało mi się wreszcie dotrzeć do ostatniego rozdziału, cieszyłam się niesamowicie. Niestety, powodem tej radości nie było uratowanie Marka (spojler alert), ale satysfakcja z zakończenia tej książki i z możliwości jej odłożenia.

Jak widzicie, moje zdanie o tej książce zmieniło się w miarę zapoznawania się z jej treścią. Mimo, że sama nie uważam jej za najlepszą powieść świata, ani nawet jedną z lepszych powieści świata, nie znaczy to, że któremuś z was się ona nie spodoba.

OCENA: 7/10


KONKURS- AKTUALIZACJA [ PRZEDŁUŻENIE TERMINU ZGŁOSZEŃ]

KONKURS- AKTUALIZACJA [ PRZEDŁUŻENIE TERMINU ZGŁOSZEŃ]

WITAJCIE!

ZE WZGLĘDU NA MAŁĄ ILOŚĆ ZGŁOSZEŃ, WRAZ Z AUDREY POSTANOWIŁYŚMY PRZEDŁUŻYĆ TERMIN ZGŁASZANIA SIĘ DO KONKURSU DO 12 WRZEŚNIA.
ZASADY ZABAWY POZOSTAJĄ TE SAME.

OSOBY, KTÓRE ZGŁOSIŁY SIĘ DO TEJ PORY NIE MUSZĄ ZGŁASZAĆ SIĘ PONOWNIE. ICH ZGŁOSZENIA JUŻ ZOSTAŁY WZIĘTE POD UWAGĘ.

NOWY TERMIN: 12 WRZEŚNIA

Demetria Books


#84: 'Otoczeni przez Idiotów' ( Thomas Erikson) - książka, która pomaga zrozumieć - recenzja Audrey

#84: 'Otoczeni przez Idiotów' ( Thomas Erikson) - książka, która pomaga zrozumieć - recenzja Audrey

Witam. Audrey przybywa z nową recenzją książki, o jakże przyciągającym tytule ‘Otoczeni przez idiotów’.

Oryginalny tytuł: Omgiven av idioter
Polski tytuł: Otoczeni przez idiotów
Autor: Thomas Erikson
Tłumacz: Małgorzata Maruszkin
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 285


Jako osoba, którą przyciągają wszelkie nieoczywiste i zaskakujące rzeczy, a odpychają banały zwróciłam uwagę na tę książkę właśnie przez tytuł. Mało tego, razem z Demetrią stałyśmy przez dobre pół godziny w księgarni, przeglądając ją i zaśmiewając się z tego, jaka jest trafna. Po jakimś czasie, udało mi się (a właściwie Demetrii) ją dostać i byłam naprawdę zadowolona, że mogę ją dostać. Właściwie, wciąż jestem, bo nie  zawiodłam się.
Może najpierw zapoznam was, czym jest książka. Otóż, szukajcie jej na pułkach z książkami psychologicznymi. Autorem jest szwedzki pisarz Thomas Erikson. ‘Otoczeni przez idiotów’ przedstawia znany od zarania dziejów system podziału ludzi względem temperamentu nazwanym DISC. Natomiast, we współczesny sposób. Jeśli ktoś wciąż uważa, że każdy jest wyjątkowy i nie lubi kategoryzacji ludzi, może już skończyć czytać. Zgadzam się, że każdy ma w sobie coś niepowtarzalnego, ale nasze organizmy działają tak samo.

Mamy zatem szybkich i czynnych Czerwonych, towarzyskich i nieuważnych Żółtych, życzliwych i biernych Zielonych oraz zimnych i skupionych Niebieskich. Thomas Erikson opisuje w książce zachowania każdej z tych podgrup w danych sytuacjach; mówi o tym, co kieruje każdą z nich, przedstawia ich priorytety życiowe oraz słabe punkty. I robi to w bardzo ciekawy, humorystyczny sposób, na życiowych przykładach osób, które miał okazję spotkać w pracy oraz z którymi miał do czynienia w życiu towarzyskim. Każdemu kolorowi poświęcone jest tyle samo uwagi. I…, o dziwo, czytając o ludziach z innej grupy, niż ty, łatwiej jest ci ich zrozumieć. Naprawdę, ta książka pozwala zobaczyć świat oczami człowieka, który jest skrajnie inny od ciebie. A uważam, że to bardzo przydatna w wielu sytuacjach umiejętność, ponieważ nie zawsze sami decydujemy o tym, kogo potkamy w życiu. Oczywiście, najlepiej, jeśli osoba przejawia cechy jednego z kolorów, a nie więcej, a to rzadkie. Ale, przede wszystkim, dzięki poradnikowi, można dowiedzieć się trochę o sobie oraz poznać własne wady i słabości, a trzeba je znać, jeśli chce się ich pozbyć.  Mogę więc stwierdzić, że książka pomaga również w dążeniu do pewnych ideałów.

Żeby nie było tak kwieciście i kolorowo… mam parę uwag. Czasami miałam wrażenie, że autor sili się na żarty i luźny styl pisania, aby jak najlepiej przemówić do czytelnika. Być może, niepotrzebnie, ponieważ wymuszone żarty zazwyczaj nie są zabawne, a krępujące. Zdarzają się również powtórzenia, ponieważ jeśli już poznaliśmy dobrze daną grupę kolorów, pewne rzeczy są oczywiste i nie trzeba podkreślać ich po raz kolejny. Poradnika nie można nazwać więc fachowym i profesjonalnym, ale po prostu interesującym i zachęcającym do sięgnięcia do dalszych, bardziej zaawansowanych źródeł związanych z podziałem DISC.

Mimo wszystko, czytało mi się bardzo przyjemnie, a świadczy o tym tępo, w jakim skończyłam ‘Otoczonych przez idiotów’. Cenię książki, które wnoszą coś do mojego życia, a tej zdecydowanie się to udało. Chociażby to, że teraz nazywam ludzi kolorami. Jako, że jestem zielono-niebieska,  obserwowanie ludzi w milczeniu i określanie ich profilu psychologicznego to mój żywioł.
Polecam tę książkę szczególnie tym, którzy czują się zagubieni i niezrozumiani w otoczeniu, w jakim funkcjonują. Na pewno w jakimś stopniu, chociażby małym.

OCENA: 7/10


TOP 5: Piosenek Czerwca i Lipca - Wersja Audrey!!!

TOP 5: Piosenek Czerwca i Lipca - Wersja Audrey!!!

Witam! Każdy ma jakieś piosenki, które towarzyszą mu w ten letni miesiąc, jakim jest lipiec. Nie będę trzymała w tajemnicy, że jest to jeden z moich najmniej lubianych miesiąców w roku, ale nawet w nim muzyka żyje. Zapoznajcie się więc z utworami, które są teraz blisko mnie. Miłego słuchania.

1. Nevermind – Foster the People

Rok wydania:2014
Album: Supermodel
Gatunek: Alternative/Indie/Rock

Nie pytajcie, skąd mi się to wzięło, bo po prostu nie wiem, ale mogę słuchać tego zespołu godzinami. Do mojego TOP wybrałam akurat tę pozycję z albumu ‘Supermodel’, ponieważ ostatnio chyba najczęściej słucham właśnie jej. W pewien sposób uspakaja mnie, więc może na was też zadziała w podobny sposób.



2. I want to hold your hand – The Beatles

Rok wydania: 1964
Album: Meet the Breatles!

Gatunek: Folk rock

To jest odpowiedni moment na pytanie, czy ktoś zna jakieś sprawdzone sposoby na pozbycie się piosenki ze swoich myśli, kiedy ta nie ustępuje i nie daje nam spokoju. W tym przypadku, rada bardzo by się przydała, bo kiedy raz posłucha się tego lub podobnych utworów Beatlesów, będzie się je nuciło przez następne godziny nieustępliwie. Ten utwór siedzi w mojej głowie od jakiegoś roku. Oczywiście, z przerwami. Kiedy myślę, że mam spokój, znów gdzieś usłyszę ‘I want to hold your hand’ i zaczyna się od nowa. Mimo wszystko, nie ukrywam, że lubię tę piosenkę.



3. Tommorow Never Dies – Sheryl Crow

Rok wydania: 1997
Album: Tomorrow Never Dies

Gatunek: Rock

Kolejna piosenka, która mnie prześladuje. Ale trochę w inny sposób. Nie będąc wcale znaną, wciąż słyszę ją albo na playlistach odtwarzanych losowo albo w tle, jadąc windą albo wchodząc do sklepu muzycznego. Zwraca na siebie moją uwagę, ponieważ oczywiście podoba mi się. Z resztą, jak niemalże wszystkie piosenki napisane do filmów o Jamesie Bondzie. Od zawsze uważam, że utwory te są nawet lepsze od filmów i zawsze oglądam tylko sam początek, żeby usłyszeć piosnkę.



4. Delicate – Damien Rice

Rok wydania: 2002
Album: O

Gatunek: muzyka autorska

Teraz trochę nieoczywistej romantyczności od tego pana. Trafiają do mnie emocje, które przekazuje Damien Rice w swoich utworach, więc oto kolejna moja playlista i kolejna jego piosenka. Zazwyczaj słucham jej tylko wtedy, kiedy jestem sama i smutna, żeby być jeszcze bardziej smutną, ale tutaj się nią z wami podzielę.



5. Who You Really Are – David Arnold, Michael Price

Rok wydania: 2017
Album: Sherlock Soundtrack

Dlaczego ten utwór budzi mnie co rano? Ponieważ żaden inny nie potrafi aż tak mną potrząsnąć. Wierzcie mi, że od długiego czasu mam to ustawione jako alarm, ale wciąż gdy to słyszę, przeszywają mną dreszcze i natychmiast wstaję na nogi. Nie wiem, czy to zasługa dźwięku skrzypiec, czy to, że w jednym momencie przebiegają mi przed oczami wszystkie wydarzenia czwartego sezonu i wtedy tak bardzo chcę wrócić do czasów pierwszego. A więc ‘Who You Really Are’ wzbudza we mnie taką pewnego rodzaju tęsknotę i żal, że tym właśnie utworem granym w duecie ze swoją siostrą Eurus, Sherlock ‘pożegnał’ serial prawie dwadzieścia miesięcy temu.


TOP 10: ULUBIONYCH PIOSENEK CZERWCA I LIPCA- WERSJA DEMETRII !!! [ CZ.2]

TOP 10: ULUBIONYCH PIOSENEK CZERWCA I LIPCA- WERSJA DEMETRII !!! [ CZ.2]

Witajcie. Wczoraj poznaliście pierwszą część topki moich ulubionych piosenek czerwca i lipca. Jeśli nie czytaliście poprzedniego postu, zachęcam do kliknięcia TUTAJ. Myślę, że mogę zaczynać część drugą. Zacznijmy od numeru szóstego.

6. "Ready as I'll never be" - Jeremy Jordan, Eden Espinosa, Tangled- Cast

Rok wydania: 2018
Album: Tangled. The series ( Music from the TV Series)
Gatunek: muzyka filmowa

Uwielbiam serial " Zaplątani", tak jak kocham zarówno pełnometrażową animację, jak i krótkometrażówkę o ślubie Julka ( lub Eugene'a) i Roszpunki. Chyba nigdy do końca nie wyrosnę z bajek. Z resztą, jak tu wyrosnąć z bajek, jak narysowani w nich mężczyźni są tacy przystojni!
Piosenki z tego serialu są całkiem niezłe, ale ta konkretna, którą tu wymieniłam to coś rewelacyjnego. Jestem pod wielkim wrażeniem głosu Jeremiego Jordana, który wykonuje tutaj partię Variana, jak i samego utworu, który jest bardzo dobrze napisany.



7."Thousand years" - Christina Perri

Rok wydania: 2011
Album: The Twilight Saga: Breaking Dawn- Part 1
Gatunek: pop

Będę z wami szczera. Ostatnimi czasy zebrało mi się znów na czytanie i oglądanie Sagi Zmierzch, jak również wszystkich możliwych fanfiction. Co więcej, uważam że to bardzo dobre guilty pleasure. No, może prócz tego dziecka wygenerowanego komputerowo z ostatniej części i gry aktorskiej Kristen Stewart ( czy tylko mnie kojarzy się ona z deską z serialu Ed, Edd i Eddy?). W każdym razie, od zawsze uważałam, że ścieżka dźwiękowa do ostatniej części jest bardzo dobra, a " Thousand years" jest jedną z najlepszych piosenek. Bardzo lubię Christinę Perri, a tej konkretnej ballady zawsze dobrze mi się słucha.



8. "Higher ground" - Rasmussen

Rok wydania: 2018
Gatunek: pop

Tegoroczna Eurowizja owocowała w wiele dobrych, a przynajmniej chwytliwych piosenek. " Higher Ground" jest jedną z tych, na które najbardziej liczyłam, że uda im się wygrać. Bardzo podoba mi się brzmienie wspomagającego zespołu, szczególnie kiedy rozchodzą się na głosy. Szczególnie lubię jednak głos solisty- Rasmussena, którego głosu słucha się z największą przyjemnością. Niech żyją wikingowie!
Choć wstawiam poniżej wersję akustyczną, bo taka podoba mi się bardziej, polecam przesłuchać również wersję oryginalną.



9. "Good night" - Dreamcatcher

Rok wydania: 2017
Gatunek: k-rock/k-pop

O ile nie jestem wielką fanką damskich zespołów kpopowych, o tyle Dreamcatcher kupił mnie całkowicie! Unikatowa rockowa nutka to to, czego potrzebowały kpopowe damskie bandy. Słucha się tego świetnie, piosenka nakręca i daje kopa energii, aż ma się ochotę, zgodnie z tekstem piosenki, biec przed siebie ile sił w nogach. Mega!



10. " Seavolution/ Wave rider/ Tear it down" - Tiesto 

Rok wydania: 2018
Album: Hotel Transylvania 3: Summer Vacation (Movie Soundtrack)
Gatunek: muzyka klubowa ( tak to określam nie znając się na klubowej muzyce)

Na sam koniec końców coś dla fanów klasycznego "łubu-dubu", czyli muzyka klubowa która sprawia, że morskie potwory stają się agresywne, a wszyscy inni ruszają w tany. Nigdy w życiu nie byłam w żadnym klubie, więc nie jestem w stanie wam porównać tych trzech utworów do czegoś innego, ale mogę was zapewnić, że świetnie się do tej składanki robi kanapki :)
Samego filmu " Hotel transylvania 3" jeszcze nie widziałam, choć powinnam, bo boję się, że pokrzyżuje mi on plany fanfikowe. Na pewno się na niego niedługo wybiorę, a tymczasem delektuję się rewelacyjną "nutą", która jak nic innego potrafi zerwać mnie z kanapy.
Są to trzy utwory, więc poniżej wklejam je w takiej kolejności, w jakiej są w filmie. Ja się z wami żegnam i życzę wam miłego słuchania!




TOP 10: Ulubionych Piosenek Czerwca i Lipca- wersja Demetrii !!! [ cz.1]

TOP 10: Ulubionych Piosenek Czerwca i Lipca- wersja Demetrii !!! [ cz.1]

Witajcie! Przez ostatnie miesiące nie wstawiałyśmy topek naszych ulubionych piosenek, bo zwyczajnie zapomniałyśmy. Poza tym, trochę miałyśmy na głowach, ale to już przeszłość. Dziś to ja, Demetria, przedstawię wam swoją TOP 10 ulubionych piosenek czerwca i lipca, a przynajmniej jej pierwszą część. Jutro poznacie drugą. Przygotujcie się na dość duży rozstrzał gatunków muzycznych. Tak jak z poprzednią muzyczną topką, pełnej playlisty możecie posłuchać na Spotify: PLAYLISTA


1. " Shinzo wo Sasageyo! " - Linked Horizon

Rok wydania: 2017
Album: Shingeki no Kiseki
Gatunek: Metal progresywny

Ze wszystkich opening'ów " Attack on Titan", ten jest według mnie najbardziej epicki. Za każdym razem, jak go słucham, aż rwę się do boju. Oczywiście, nie jest to możliwe kiedy jedzie się autobusem, a ludzie patrzą się na podrygującego ciebie jak na wariata. Ale w sumie co z tego! Tytani nadchodzę! Shinzo wo Sasagejo!




2. "Breath of life" - Florence and the Machine

Rok wydania: 2012
Album: Snow White & The Huntsman
Gatunek: art pop

Kolejny powodujący ciarki utwór na tej playliście i to nie ostatni! Florence dała z siebie to, co najlepsze w tej piosence, a wspomagający ją chór stworzył niezwykły klimat. Wielkie brawa za stworzenie czegoś tak porażającego! Głos Florence wybrzmiał w pełnej krasie, a słuchając jej zawsze opada mi szczęka. Tak też się stało w tym przypadku i dzieje się za każdym odsłuchaniem.




3. "Preach"- Keiynan Lonsdale

Rok wydania: 2018
Gatunek: pop

Keiynan'a poznałam pierwszy raz jako Walliego Westa w serialu " The Flash". W jego uroczym uśmiechu zakochałam się od pierwszego wejrzenia, a i bohater, którego grał pomógł mu zdobyć moją sympatię. Widziałam go również jako Uriah w " Zbuntowanej". Wiem też, że grał w " Wiernej" której nie obejrzałam, bo nie cierpię tych ekranizacji. Ostatnio zakochałam się w nim jako Bramie w filmie " Love, Simon", który to film wam serdecznie polecam. Co tu dużo mówić, lubię tego gościa! Dlatego właśnie rozpiera mnie duma, że ktoś tak utalentowany i prawdziwy w tym, co robi pokazuje swoją twórczość.



4. "Transformation" - Bulgarian Women's Choir

Rok: 2003
Album: Brother Bear: Original Soundtrack
Gatunek: muzyka dziecięca/ ludowa

Powstały dwie wersje tego utworu- wersja chóralna oraz wersja Phila Collinsa. Ja wolę tę filmową, która brzmi przepięknie i poruszająco, szczególnie gdy słucha się jej na dużych słuchawkach na pełnej głośności. Uwielbiam cały soundtrack "Mój brat niedźwiedź", ale odkąd byłam dzieckiem to właśnie ta melodia zawsze zapadała mi najbardziej w pamięć. Genialne damskie głosy, rewelacyjny utwór, ludowe zaśpiewy- czego chcieć więcej!




5. "Monster" - Nicky Minaj, Kanye West, Jay-Z, Rick Ross, Bon Iver

Rok wydania: 2010
Album: My Beautiful Dark Twisted Fantasy
Gatunek: hip hop

Na zakończenie pierwszej części tej topki coś luźnego i energicznego. Doceniam pracę reszty osób przy tej piosence, ale dla mnie jak i dla wielu, wielu ludzi, legendarny już rap Nicky Minaj wymiata i wznosi się ponad całą resztę. Więc żegnając się z wami zacytuję Nicky, odchodząc z wielkim hukiem: " NOW LOOK AT WHAT YOU JUST SAW, THIS IS WHAT YOU LIVED FOR
AAAAH, I'M A MOTHERFUCKING MONSTER!!!"










PACZACZ MIESIĄCA #4: Doctor Who w wersji TAGu...

PACZACZ MIESIĄCA #4: Doctor Who w wersji TAGu...

      Witam! Audrey postanowiła podzielić się z wami swoją opinią na temat pewnego słynnego brytyjskiego serialu science fiction w formie TAGu.
  
1. Za co lubisz „Doctora Who”?
Jako, że z serialami mam dość dziwną relację i nie potrafię oglądać ich hurtowo, do ‘Doctora Who’ robiłam trzy podejścia. Ale to świadczy tylko o tym, że coś mnie do niego przyciąga, skoro jeszcze się nie znudziłam. Wciąż nie skończyłam, ale jestem dość niedaleko (zaczęłam oglądać od nowej wersji rozpoczętej w 2005 roku). Serial lubię za brak oczywistości i za jego dziwność. Za to, że rzeczy, które się tam dzieją są po prostu nie do przewidzenia. W końcu nie da się przewidzieć, skoro bohaterowie co odcinek znajdują się w innym uniwersum… na innej planecie, czy w przyszłości… czy w przeszłości… Poza tym, bohaterowie zmieniają się z dużą częstotliwością. To jest właśnie geniusz kultowej produkcji o kosmicie, który podróżuje po wszechświecie w niebieskiej budce policyjnej.



2. Ulubiony Doctor?
Mogłabym jako najlepszego mianować Dziesiątego, natomiast czuję, że skrzywdziłabym Jedenastego. Dlatego daję im zaszczytne pierwsze miejsce ex aequo. Zarówno David Tennant zdobył moją sympatię swoim humorem i elokwencją, jak i Matt Smith właściwie tym samym. Panowie wykonali naprawdę dobrą robotę jako Doctorzy. Nie umniejszając również granemu przez świetnego Pitera Capaldy’ego Dwunastego. Czekam więc z niecierpliwością na Trzynastą.



3. Najmniej ulubiony Doctor?
Na początku serialu przywitał mnie Dziewiąty Doctor i, jak dla mnie, nie sprawdził się, dlatego jest przeze mnie lubiany najmniej. Christophowi Ecclestonowi, niestety, brakowało charakteru, który później wyciągnęli z postaci jego następcy. Dlatego też cieszę się, że nie przestałam oglądać serialu po pierwszym sezonie.



4. Ulubiony towarzysz?
Najciekawszą z towarzyszek  niepodważalnie jest dla mnie Amy Pond. Poza tym, że jest zadziorna, a przy tym inteligenta, co najbardziej cenię w żeńskich postaciach, to jeszcze jej historia jest bardzo bogato rozwinięta. Dziewczynka skazana na czekanie w samotności, która nauczyła się radzić sobie ze wszystkim. A więc ta rudowłosa piękność grana przez Karen Gillan przysporzyła mnie o najwięcej emocji ze wszystkich towarzyszek i uważam, że jest także jedną z najtragiczniejszych postaci.


5. Najmniej lubiany towarzysz?
Czuję, że jestem jedną z nielicznych i narażam się na lincz, ale najmniej lubię Rose Tyler. Tak, nie lubię Rose Tyler. Dla mnie jest dziewczyną bez większego celu w życiu i dobrze, że Doctor postanowił ją przygarnąć do Tardis. Uważam ją za wręcz boleśnie zwyczajną niezdecydowaną blondynę. Co prawda, kiedy pojawia się w późniejszych odcinkach, kiedy nie jest już główną towarzyszką, przybiera na charakterze, natomiast, co się stało, to się nie odstanie. Nie tęsknię za nią ani trochę.



6. Jeśli miałabyś/miałbyś szansę zostać towarzyszem, jakim typem towarzysza byś była/był?
Jestem pewna, że takie podróże z Doctorem przydałyby mi się chociażby dlatego, że powinnam nauczyć się spontaniczności. Z pewnością byłabym towarzyszką, która próbuje mieć wszystko pod kontrolą i zadawałaby mnóstwo pytań, by uniknąć nieznanego. Podejrzewam, że byłabym poirytowana, nie dostając odpowiedzi na pytanie, gdzie się wybieramy, czy kiedy będziemy z powrotem, ale jednocześnie cieszyłabym się, że mam okazję zobaczyć rzeczy, których inni ziemianie nigdy nie poznają.



7. Ulubiony antagonista?
 Jest mnóstwo potworów, które mogłabym w tym podpunkcie ukoronować, ale, według mnie, zasłużyła na to Missy (albo Master, jeśli wolicie). Kupiła mnie do tego stopnia, że mogę nazwać jedną z moich postaci z serialu. Uwielbiam czarne charaktery, które są tak cudownie ironicznie groźne i flirtująco infantylnie niebezpieczne. Scena śmierci Osgood rozbawiła mnie do łez i sprawiła, że pokochałam Missy.


8. Najbardziej przerażający potwór?

Dla mnie, najgroźniejszym i najbardziej spędzającym sen z powiek tworem ‘Doctora Who’ są Płaczące Anioły. Dużo razy zastanawiałam się, jak to jest nie móc mrugnąć, by nie zostać przeniesionym do  jakiegoś nieznanego miejsca umiejscowionego nie wiadomo w jakim czasie, skąd nie ma powrotu. Bo tak właśnie Whipping Angels, jeśli ktoś jeszcze nie wie. O śmierci Amy spowodowanej właśnie przez nie długo nie mogłam zapomnieć. Więc pamiętaj: don’t blink!


Copyright © 2014 Podróże międzyksiążkowe , Blogger