PACZACZ MIESIĄCA #3: 'Patrick Melrose', czyli nowy popis Benedicta

PACZACZ MIESIĄCA #3: 'Patrick Melrose', czyli nowy popis Benedicta

Witam, Audrey przybywa z serialową świeżynką noszącą jakże dumny tytuł ‘Patrick Melrose’. Przez całe pięć odcinków, zawzięcie śledziłam losy głównego bohatera niemalże równo z premierą każdego z nich. Jako, że ten oto miniserial właśnie dobiegł końca (nie wiem, czy kontynuacja będzie miała miejsce), postanowiłam podzielić się z wami moją opinią na jego temat. Postaram się zaspojlerować jak najmniej.

Ale zanim wyrażę osobiste zdanie, przybliżę wam nieco ogólny zarys rzeczy. Cała produkcja bazowana jest na serii opowiadań  Edwarda St Aubyna , której jeszcze nie miałam okazji przeczytać, więc moja ocena opiera się jedynie na adaptacji. Ale poznajmy teraz bliżej tytułowego Melrose’a. Wychował się on w arystokratycznej, zamożnej rodzinie i jako dorosły mężczyzna, również prowadzi dostatnie życie. Może pozwolić sobie na wiele – wysokogwiazdkowe hotele, dobre jedzenie, a także kobiety, alkohol,… narkotyki. Mimo, iż jest świadomy złego stanu swojego zdrowia i siły uzależnienia narkotykowego i chce zaprzestać nałogowi, nie jest w stanie tego zrobić. Nikt nie wie, co jest prawdziwą przyczyną takiego, a nie innego stanu Patricka. A tkwi ona głęboko w przeszłości, koszmarze dzieciństwa mężczyzny. Traumę, która tak wpłynęła na jego życie spowodowały nieobliczalność ojca oraz ignorancja matki.


W pierwszym odcinku, ‘Bad News’ poznajemy tryb życia Patricka - widzimy, jak walczy z uzależnieniem, syndromem odstawienia; obserwujemy jego niemoc wobec tego et cetera. Nie znamy jednak jeszcze powodu, czyli jego przeszłości. Z nią zapoznajemy się bowiem stopniowo w kolejnych odcinkach. Otóż drugi odcinek, ‘Never Mind’ jest po prostu retrospekcją do dzieciństwa bohatera i wówczas zarysowuje się obraz przestraszonego chłopca, tyranicznego ojca oraz matki zbyt słabej, by zaprzestać toksycznej sytuacji w tej uprzywilejowanej rodzinie. Kolejne trzy odcinki pokazują dalszy przebieg spraw w dorosłym życiu Patricka z przemykającymi się niekiedy niewielkimi retrospekcjami. Więcej szczegółów nie zdradzam.


Produkcja należy do gatunku komediodramatu. Przeplata więc ze sobą trudny temat z dawką klasycznego brytyjskiego czarnego poczucia humoru. Wspaniale sarkastyczne kwestie, które jakże uwielbiam, padają najczęściej właśnie z ust Patricka. Nie wiem, jak zostały one przetłumaczone na język polski, ponieważ cały serial obejrzałam w oryginalnej, angielskiej wersji, co zdecydowanie polecam również wam.
Przyznaję się, że gdyby nie Benedict Cumberbatch, czyli odtwórca roli Patricka Melrose’a, z pewnością nazwa tego serialu nie zostałaby wpisana w moją wyszukiwarkę, ponieważ nie oglądam ich wielu. Nie zawiodłam się na moim idolu. W tym przypadku, jak zawsze, aktorsko przeszedł samego siebie, kiedy myślałam, że już lepiej być nie może. Szczególnie pierwszy odcinek to czysty popis umiejętności Benedicta i uważam, że ta rola była jedną z najbardziej wymagających. Ale kto inny, jak nie on, mógł sprostać temu zadaniu… Muszę wspomnieć również wspaniałą postać Davida Melrose’a granego przez Hugo Weavinga.


Oglądając, odniosłam wrażenie, jak gdyby pierwszy odcinek, ‘Bad News’, który wspominam po raz kolejny był czymś odrębnym od kolejnych, co nie oznacza, że są one gorsze. Po prostu, są inne. Dawkowanie informacji przekazywanych widzowi dało mi dużą satysfakcję z oglądania i sprawiło, że czekałam z niecierpliwością na kolejną sobotę, by dowiedzieć się, jak potoczą się losy Patricka. Czy nie tak właśnie powinien działać dobry serial?
Serdecznie zachęcam do zapoznania się z historią Patricka Melrose’a, która pokazuje, że wysoka pozycja społeczna i posiadanie pieniędzy nie świadczy o szczęściu. Dowiecie się również, że nie powinno się odwracać wzroku na krzywdę innych. Warto obejrzeć nawet, jeśli przesłanie do końca nie trafia, ponieważ jest to naprawdę dobry jakościowo serial, po którym standardy na pewno nie spadają, a mogą jedynie wzrosnąć. Kiedy pięć godzinnych odcinków dobiegnie końca, człowiek zadaje sobie pytanie, które Patrick wypowiada w pewnym momencie:


‘What’s the point of a f***ing window if you can’t throw yourself out of it?’


TOP 5: Kompletnie niezwiązanych ze sobą obrazków, które mnie relaksują.

TOP 5: Kompletnie niezwiązanych ze sobą obrazków, które mnie relaksują.

Hej wszystkim! Tutaj Demetria, która ma ostatnio ciężki tydzień. Jestem rozleniwiona, cały czas przysypiam i w ogóle jestem jedną wielką kluską. Jedyne, na co mam ochotę, to leżenie w łóżku i oglądanie czegoś na Netflixie. No tak, a jak nawet tego mi się nie chce robić, z pomocą przychodzi Pinterest oraz We Heart It. Nie wiem, jak wy. Jak jestem w takim stanie jedyne co przeglądam na tego typu stronach są memy oraz " piękne" obrazki. W związku z tym, że nie mam siły pisać skomplikowanych postów, postanowiłam dziś pokazać wam pięć z nich, pięć obrazków, które mnie relaksują, na których patrzenie mnie uspokaja. Jest to niezwykle trudne zadanie, to muszę przyznać, bo z natury jestem okropnie nerwową osobą. Nawet gdy jestem kluską wszystko mnie denerwuje.


Zacznijmy może od jedynego zwierzaka na tej liście. Ten oto kot, a właściwie zdjęcie tego kota bawi mnie za każdym razem tak samo. Kocham koty, kocham... no dobra, nie lubię lodów, bo od zimnego aparatu na zęby bolą mnie właśnie zęby, ale mimo wszystko kot z fioletowym językiem i zagubioną miną jedzący lody, to coś, dzięki czemu się uśmiecham. Czasem. 


Wulkan. Wiem, wybuchowa siła, gorąca lawa, spływy piroklastyczne, możliwość skończenia jak ludzie w Pompejach i bla bla bla ... Lubię patrzeć na zdjęcia wulkanów. Może zabrzmi to dziwnie, ale odnajduję w nich siebie. Serio, nie żartuję. Też jestem uśpiona przez jakiś czas, wciąż będąc niebezpieczną siłą. Jak już wybucham, to tak, że bez kija nie podchodź! Całkiem jak wulkan. Tylko, że w moim przypadku lawą lub spływem piroklastycznym są niezbyt miłe słowa, które może usłyszeć osoba, która akurat stanie mi na drodze jeśli jestem w wybuchowym stanie. Jak wulkan, nie oszczędzam nikogo. 



Sytuacja na tym zdjęciu jest przezabawna. Już tłumaczę, dlaczego. Otóż, niesamowicie się boję lądowań. Nieraz leciałam samolotem, a mimo to zawsze boję się tak samo mocno. Jestem świadoma, że ten strach sama wywołałam ale niestety, uważam " Katastrofy w przestworzach" za niezwykle pasjonujące. Okej, boję się lądowań ale z drugiej strony uwielbiam zachody słońca i przede wszystkim, uwielbiam Londyn. To miasto jest ogromne ale przepiękne, fascynujące i ile razy bym go nie widziała, zawsze mnie zadziwia. Kolejnym jego plusem jest fakt, że to tam znajduje się uczelnia, na którą aplikowałam i na którą prawdopodobnie ( o ile zdałam maturę) się dostałam. No cud, miód i maliny!



Ach, kawa. Kawuuuuusia! Jestem uzależniona od picia kawy, a to zdjęcie jeszcze podkreśla piękno tego napoju. Podsumowując o co chodzi z tym zdjęciem- tak, relaksuje mnie patrzenie na kawę. Takie mam hobby :)



Półmrok, jakaś plaża, w tle morze- czego chcieć więcej. Tylko tyle mi wystarczy do szczęścia. A co do " The End"- to tylko dla ozdoby i jako zakończenie tego wpisu. Ten napis nie ma znaczenia. 



To by było tyle na dziś. Wybaczcie brak normalnych postów, ale nie mam na pisanie ich siły. Nie mam siły, żeby myśleć. Ja nawet nie mam siły żeby mieć siłę. Także wybaczcie mi to wszystko i cieszcie się życiem, albo zróbcie jak ja- zacznijcie szukać zdjęć, które do waszego " Netflix" dodadzą " Chill". 
Miłej nocy! Albo dnia! Bye!
" Bo chłopcy już tacy są" - dlaczego mówię stanowcze NIE usprawiedliwianiu wulgarnych zachowań ludzi

" Bo chłopcy już tacy są" - dlaczego mówię stanowcze NIE usprawiedliwianiu wulgarnych zachowań ludzi

Witajcie. To ja, Demetria. Miałam dziś wstawić recenzję książki, ale ze względu na to, co mnie spotkało i moje przemyślenia na ten temat, postanowiłam o tym napisać na blogu, jako że uważam, że takie sytuacje nie powinny się zdarzać. Nie bez przyczyny w tytule napisałam o usprawiedliwianiu zachować ludzi. Jestem przeciwniczką obarczania winą o obrażanie tylko mężczyzn, bo kobiety też nie są święte.



"Z taką ładną buźką nie musisz tego wiedzieć. To dużo pieniędzy, będzie jeszcze na lody."

Wyrwany z kontekstu ten cytat brzmi całkiem niewinnie. Ot, zwykły komplement i zabawna zaczepka. Niestety, sytuacja nie wyglądała tak rewelacyjnie, gdy próbując wymienić pieniądze powiedziałam, podając tamtej osobie 100 euro: "Nie wiem ile to będzie, ale prawdopodobnie koło czterystu złotych". W odpowiedzi usłyszałam śmiech i choć dostałam moje pieniądze, to puszczenie oczka i " podtekstowa" mina dołączona do wcześniej zacytowanego stwierdzenia nie były niczym przyjemnym. Poczułam się wtedy nie tylko ośmieszona i potraktowana w niepoważny sposób, tym bardziej, że powiedział coś takiego zamiast Poczułam wściekłość, bo nie pierwszy raz spotkało mnie coś takiego.

Mam dziewiętnaście lat i całe życie przed sobą, jak to zawsze mówi moja babcia. No właśnie, mam dopiero dziewiętnaście lat, a tak wiele razy spotkałam się z sytuacją przyzwolenia przez otoczenie rzucania w kierunku zarówno kobiet i mężczyzn wulgarnych, nieodpowiednich słów, czy zwrotów. Dla niektórych zaczepka, przerysowując troszkę "Ej laska", czy stwierdzenie "dobra dupa" mogą być zabawne, ale w rzeczywistości są upokarzające i sprowadzają indywidualną jednostkę do poziomu ładnego przedmiotu. Jestem w stanie zrozumieć zachwyt nad ładną sylwetką czy piękną twarzą, ale są pewne granice. Każdy człowiek żyje, pracując na swoje nazwisko, swój poziom społeczny, uznanie i szacunek, więc dlaczego pozwalamy, by przypadkowa osoba czuła się bezkarna w traktowaniu innej osoby w uprzedmiotawiający sposób. Oczywiście, niektórym takie traktowanie nie przeszkadza, a zaczepki uważają za oznakę uznania. Nie możemy jednak generalizować i mówić, że wszyscy będą się czuli z tym dobrze.



Nawiązując do tego, co mówiłam wcześniej o przyzwalaniu przez społeczeństwo takich zachowań, jestem zmęczona zamiataniem pod dywan każdego przypadku takiego ataku ( tak, uważam każdy przykład podobnych zaczepek za atak). Denerwuje mnie wmawianie młodym dziewczynom i chłopakom, że tak już musi być, a każdy rodzaj komentarza jest okej, bo nie jest. Nie mam nic przeciwko miłej, grzecznej uwadze na temat urody czy ubioru mojego lub innych, ale seksistowskim stwierdzeniom mówię zdecydowane NIE i nie mam zamiaru tolerować takich sytuacji.

Kiedy usłyszałam wczoraj zacytowany powyżej fragment wypowiedzi osoby, która sprowokowała mnie do napisania tego wpisu, byłam w szoku mimo, że nie był to pierwszy raz. Już nie raz byłam celem stwierdzeń, że "jestem kobietą więc mam się nie wypowiadać" oraz że "mogę przeżyć życie tylko na ładnej buzi". Nie zgadzam się ze stereotypowym myśleniem, że dziewczyna dbająca o swój wygląd nie musi się starać o to, by jej umysł był równie piękny, co ciało czy uroda. Jak mówiłam, nie widzę nic złego w docenieniu tego, co na zewnątrz. Nie ukrywajmy, pierwsze wrażenie o danej osobie odbieramy oceniając czyjś wygląd i na podstawie tego wyrabiamy sobie pierwszą opinię, choćby nieświadomie. Jednakże, nie uważam by wyrażanie swojej opinii, szczególnie gdy ma ona podtekst seksualny, było czymś pożądanym.

Żeby była jasność, nie twierdzę, że jestem idealna i nigdy nie zdarzyło mi się rzucać tego typu komentarzami. Nie twierdzę również, powtarzam to jeszcze raz, żeby takie sytuacje dotyczyły tylko kobiet, bo mężczyźni również otrzymują takie uwagi. Myślę, że każdemu należy się szacunek, niezależnie od tego jak wygląda, czy jak jest oceniany. Kluczem do wzajemnego szacunku jest zrozumienie i empatia, a także odrobina wyobraźni, by móc postawić się na miejscu zaczepianej osoby. Dlatego apeluję do wszystkich, którzy to czytają:

NIE RÓBCIE DRUGIEJ OSOBIE TEGO, CZEGO SAMI NIE CHCIELIBYŚCIE DOŚWIADCZYĆ

oraz proszę Was, nie bądźcie obojętni na to, co się dzieje na waszych oczach. Ja nie zamierzam stać z założonymi rękami. Ja potrafię się obronić, ale są osoby, które tego nie potrafią. Proszę was, stańcie w ich obronie. Pokażecie wtedy atakującej osobie, że to co robi jest złe. Bądźcie empatyczni. Nie bądźcie współwinni.



Ta książka powinna... TAG !!!

Ta książka powinna... TAG !!!

Hejka ludziki! Choć to ja, Demetria piszę dziś wstęp, to duży wkład w pisanie tego TAGu miała również Audrey. Jej odpowiedzi będą zaznaczone na pomarańczowo, a moje na zielono.  Mam nadzieję, że nasze odpowiedzi was usatysfakcjonują. Zaczynajmy!
* wszystkie nagłówki powinny być czarne, ale z niewiadomych względów kolor pomarańczowy sam się pojawia, nawet jeśli zmieni się go na czerń

1. Ten film powinien mieć kontynuację.


Jest jeden film wytwórni Disney Pixar, do którego mam dość spory sentyment. Mam na myśli ‘Meridę Waleczną’. Podczas, gdy twórcy pracują nad drugimi częściami innych animacji, ta pozostaje nieruszona. Bardzo polubiłam główną bohaterkę – rudowłosą i niezależną księżniczkę o szkockim temperamencie, która sama walczy o swoją rękę i o swoją wolność. Klimat Highlandów, którym film jest przepełniony jest mi bardzo bliski, dlatego zdjęcia również ujęły mnie już wtedy, kiedy oglądałam ‘Meridę Waleczną’ po raz pierwszy. Jedyne, czego żałuję, to muzyka, która jest dość słaba w porównaniu do innych produkcji. Uważam, że jest to jedna z lepszych animacji i jestem ciekawa, jakie są dalsze losy tej jakże różniącej się od pozostałych księżniczki.



2. Ta książka powinna mieć Spin-off. 
Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale chciałabym przeczytać "Quo Vadis" w całości z perspektywy Nerona. Uważam, że mogłoby to być ciekawe doświadczenie, choć z drugiej strony boję się, jak bardzo dziwaczne myśli krążyłyby temu człowiekowi po głowie. Mogłoby się okazać, że najbardziej mrożące krew w żyłach momenty z jego perspektywy byłyby czymś bez znaczenia. W końcu, nie tylko chrześcijan się paliło i wieszało na krzyżach, nie? O rany, brzmię jak psychopata!



3. Ten autor powinien pisać więcej książek. 
Tutaj może pojawić się jedno nazwisko, a jest to człowiek, którego się podziwia, ale zarazem ma się ochotę podpalić jego dom – Steven Moffat. Mistrz scenariuszy, które uzależniają, rozkochują w sobie, a później łamią serce na małe kawałeczki. Seriale na podstawie jego scenariuszy roztapiają wewnętrzne lody i zmieniają spojrzenie na świat, a w moim przypadku, żadne inne nie potrafią tego zrobić. Wszystko, co wyjdzie spod jego pióra jest tak dopracowane i kryje całe mnóstwo zagadek i podtekstów, które można rozpracowywać latami, a i tak wszystkiego się nie odkryje. Może dlatego, że jego scenariusze są tak skomplikowane, jest ich tak mało, a na ekranizacje czeka się latami. Apeluję więc: ‘Moffat, bierz się do pracy, bo czujemy niedosyt’.



4. Ten bohater powinien wybrać kogo innego. 
Sara to drugoplanowa bohaterka, której decyzje i działania w dużym stopniu wpłynęły na głównego bohatera " Martwej strefy" Stephena Kinga- Johnnego. Z początku poznajemy ją jako jego narzeczoną. Gdy jednak Johnny pod wpływem wypadku zapada w śpiączkę, ta po jakimś czasie traci nadzieję na jego powrót do żywych i rozpoczyna nowe życie, wychodząc za innego. Wybaczcie mi za spojler, ale ciężko mi pogodzić się z tym, jak często ci bohaterowie mówili o swoich uczuciach i ich sile, a gdy przyszło co do czego Sara odeszła, choć później wracała do Johnnego na " małe co nieco". Mimo męża i dzieci. Denerwowała mnie ta postać i nie mogłam zrozumieć, czemu nie wróciła do swojego byłego gdy ten wydobrzał. W końcu i tak zdradzała swojego męża, to czemu od razu nie wzięła rozwodu! 



5. Ten film powinien mieć inne zakończenie.
Jest niewiele historii, które według mnie powinny się zakończyć inaczej. Ostatnio jednak oglądałam film, którego zakończenia nie jestem pewna i długo się nad nim zastanawiałam. Chodzi tu o ‘Incepcję’. Nauczyciel języka polskiego postanowił wyemitować nam ten film na lekcji jako źródło, do którego można się odnieść przy wielu motywach na maturze. Wiedziałam, że szykuje się na trudny film, więc w miarę możliwości, mocno się na nim skupiłam. Obserwowałam dokładnie podróż Doma (Leonardo diCaprio), Ariadne (Ellen Page) oraz innych po ich własnych snach, lecz w pewnym momencie po prostu się zgubiłam. Nie wiedziałam już, czy to jawa, czy sen, a jeżeli sen, to czyj. Zakończenie jest takie, że każdy może zinterpretować go na swój sposób. Widać, że ‘Incepcja’ jest filmem z gatunku tych, które nie wystarczy obejrzeć tylko raz.





6. Ta książka powinna być zekranizowana jako film.


Jeszcze pół roku temu wymieniłabym tutaj prawdopodobnie " Simon oraz inni homo sapiens" ale ta powieść doczekała się już swojej ekranizacji, do obejrzenia której, tak jak do przeczytania książki, gorąco zachęcam. 
Jeśli już muszę coś wybrać, stawiam na " Córkę Kleopatry"- książkę, o której już nie raz, nie dwa na tym blogu mówiłam. To rewelacyjna powieść historyczno-obyczajowa z wątkiem kryminalnym, która powinna spodobać się każdemu. Godne polecenia dzieło. 






7. Ta książka powinna być zekranizowana jako serial.

Serię " Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy" próbowano zekranizować, bardzo nieudolnie zresztą. Te pięć książek ma już troszkę lat i miliony wiernych fanów, którzy zabiliby za możliwość zobaczenia dłuższego, poprawnego fabularnie i dobrego przełożenia powieści na ekran. Jak wiemy, filmowe próby się nie sprawdziły, więc może właśnie serial dałby nam, fanom, to na co tak długo czekamy.





8. Ta książka powinna być napisana z
 perspektywy jednej postaci. 


Nie przychodzi mi na myśl żadna książka, którą bym kiedykolwiek czytała, a która byłaby napisana z perspektywy wielu postaci i którą chciałabym tutaj wymienić. W tych, które czytałam, taki zabieg mi w ogóle nie przeszkadzał, jak na przykład w " Oblubienicach wojny ". 







9. Ta książka powinna mieć inną okładkę.

Jak patrzę na polską okładkę książki " Anna i Pocałunek w Paryżu" , to mam ochotę wydłubać sobie oczy. Jest szkaradna! Niesamowicie kiczowata i wyglądająca jakby grafik zrobił ją na odwal się używając Painta. Coś okropnego! A te oryginalne okładki są takie ładne :(






10. Ta seria powinna zakończyć się po pierwszym tomie.


Wiem, że po tym, co teraz napiszę, wiele ludzi miałoby ochotę spalić mnie w ogniu piekielnym, ale dla mnie takim serialem jest ‘Supernatural’. Obejrzałam prawie, podkreślam, prawie cały pierwszy sezon i to tylko wtedy, kiedy chciałam się odmóżdżyć. Serial znudził mnie już po paru odcinkach. Ile można oglądać, kiedy każdy odcinek wygląda tak samo. Było to tak monotonne i schematyczne, że… ‘Fineasz i Ferb’ również jest schematycznym serialem, tylko że tutaj ma to służyć humorowi i naprawdę się sprawdza. Wracając do ‘Supernatural’, nie chciałabym krytykować aż tak bardzo, ponieważ, jak już mówiłam, nawet nie skończyłam pierwszego sezonu, a prawdopodobnie później akcja się rozkręca. Jakoś jednak nie jestem ciekawa i raczej nie wrócę już do tej produkcji.






To już wszystko na dziś! Każdą osobę, której spodobał się ten TAG, zachęcamy do wykonania go. Tymczasem życzymy wam miłego dnia :)

Demetria & Audrey
Avengers: Infinity War - bezspojlerowa recenzja

Avengers: Infinity War - bezspojlerowa recenzja

Witajcie!

W okolicznościach szumu wokół premiery nowej produkcji "Avengers. Infinity War"  będącej podsumowaniem filmów należących do Marvel Cinematic Universe, z ostatnich dziesięciu lat, postanowiłyśmy być uczestniczkami tego wydarzenia. Wybrałyśmy się do kina na przedpremierowy pokaz, licząc, że nie spotkamy tłumów, co graniczyło z cudów. Mimo, że nasze miejskie kino nie jest duże, ludzi jednak było całkiem sporo. Kiedy nadszedł czas, dołączyłyśmy do obładowanego popcornem tłumu i zajęłyśmy miejsca.



Może teraz więcej o samym filmie. Grupka bohaterów, których poznaliśmy w pierwszej części 'Avengers' oraz w " Avengers: Age of Ultron" , tym razem rozrasta się do ponad dwudziestu postaci. Wspólnie stają oni w obliczu zagrożenia, z jakim dotąd nie mieli okazji się mierzyć. A nosi ono jakże groźnie brzmiące imię Thanos.
Ten oto fioletowy złoczyńca pragnie znaleźć pięć Kamieni Nieskończoności, a potem użyć ich do wprowadzenia, w jego mniemaniu, równowagi we wszechświecie. By go powstrzymać, bohaterowie zwierają szyki, stając wspólnie w obronie wszechświata i Ziemi. Każda z nas odebrała tę postać inaczej. Thanos miał w sobie coś, co niemalże trafiło w lęki Audrey, którą nieco przeraziła jego potęga. Demetria, z kolei, odebrała go jako z lekka psychopatycznego wizjonera i filozofa. Choć Thanos pragnął pomóc naturze w selekcji, mordując za pstryknięciem palca losowo wybrane cztery miliardy ludzi, kierował się on racjonalnymi pobudkami. Nie jest on podobny do żadnego czarnego charakteru, których mieliśmy okazję poznać w poprzednich filmach MCU; nie zależy mu na podbiciu świata, a jedynie na 'uwolnieniu' go. To zdecydowanie ciekawa i dobrze rozbudowana psychologicznie postać.



Każdy z zarówno pozytywnych, jak i negatywnych bohaterów ma swoje pięć minut. Na pierwszy plan wybija się jednak Thor, który ma tu bardzo ważną rolę do odegrania ( i nie powiemy jaką). Poza nim każda postać ma szansę się wykazać, pokazując swoje najlepsze cechy. Oglądanie tak wielu znanych nam wszystkim charakterów w jednym filmie, a już tym bardziej obserwowanie interakcji między nimi, daje satysfakcję i dostarcza niezwykłej radochy. Mimo powagi i niepokoju wiszącego w powietrzu, zabawne dialogi odrobinę rozluźniają atmosferę, wywołując złudzenie, że wszystko będzie dobrze.



Ciężko napisać coś o fabule, nie spojlerując. Postaramy się zrobić to więc w krótki i zwięzły sposób, niczego nie zdradzając. Zacznijmy od tego, że podeszłyśmy do filmu ze skrajnie innych stanowisk - Demetria jest wielką fanką filmów o superbohaterach od 2008 roku, czyli od pierwszego 'Iron Mana' i widziała każdą produkcję ostatnich lat. Audrey, z drugiej strony podeszła do 'Avengers. Infinity War' z dystansem osoby, która widziała wcześniej jedynie dwa filmy z tej serii ('Doctor Strange' i 'Avengers'). Na pierwszy dała się skusić ze względu na grającego główną rolę Benedicta Cumberbatcha, który jest jej inspiracją i wzorem do naśladowania. W związku z tym, nie potrafi do końca spojrzeć obiektywnie. Podobnie, jak Demetria nie jest w stanie ocenić bez subiektywnych uwag produkcji z Tomem Hollandem. Odnośnie 'Avengers', Audrey uznała ją za gorszą od tej najnowszej części i nie wie do końca, czy jest to zasługa kinowej atmosfery, czy ulubionego aktora. W każdym razie 'Avengers. Infinity War' zrobiło na niej zaskakująco pozytywne wrażenie. Nie mając dużych oczekiwań, wyszła z kina niemalże bijąc brawo z zadziwienia. Jak już mówiłyśmy, Demetria jest zapoznana z większością filmów, więc ma szeroką skalę porównawczą. Mimo wszystko, czytała zaledwie kilka komiksów, więc jej odczucia opierają się jedynie na tym, co widziała w kinie. Zdecydowanie, 'Avengers. Infinity War' był najlepszym z dotychczasowych części o mścicielach. Oglądało się go rewalacyjnie; zaparty dech i gęsia skórka towarzyszyły Demetrii już od pierwszych scen. Film gra na emocjach widzów sprawiając, że czują się jak na rollercoasterze pędzącym z ogromną prędkością w ciemnościach. Nie wiadomo kiedy pojawi się droga w górę lub kolejny spadek. A wisienką na torcie są ostatnie minuty, które potrafią zdecydowanie zrobić oglądającym z mózgów różową papkę. Produkcja jest tak niesamowita, że gdy po odczekaniu końcowych napisów i obejrzeniu dodatkowej sceny wychodzi się z kina, można zadać sobie tylko jedno podstawowe pytanie: Jak żyć?



Jak bywa często, tym razem również nie lekko naśmiewamy się z tłumaczenia tytułu na język polski. Nie przypadkowo wciąż używamy oryginalnego tytułu produkcji. W naszym ojczystym języku brzmi on bowiem 'Avengers. Wojna bez granic'. To mówi samo za siebie. Co ciekawe, napisy dodane do filmu również posiadają niedociągnięcia i nie są pozbawione zabawnych smaczków, choćby takich jak przetłumaczenie " Bullshit" na nasze ulubione " Gucio prawda!". Kto na to wpadł? Tłumaczowi należy się nagroda.

Niestety, to wszystko co możemy powiedzieć, nie zdradzając ważnych faktów i plot twistów. Mamy nadzieję, że mimo wszystko zachęciłyśmy was do pójścia do kina i zapoznania się z tym tworem. Zapewniamy was, nie pożałujecie!


Audrey & Demetria
TOP 10: Naszych ulubionych piosenek marca!!!

TOP 10: Naszych ulubionych piosenek marca!!!

I znowu się spotykamy. Witajcie w przedmaturalnym klimacie! A przy nauce,  nigdy nie może zabraknąć dobrej muzyki. Bo słuchając jej, łatwiej przyswaja się informacje, o czym warto pamiętać. W związku z tym, przygotowałyśmy dla was piosenki, które w tym miesiącu przyciągnęły naszą uwagę. Myślę, że każdy jest w stanie znaleźć wśród nich coś dla siebie. Zapraszam więc do zapoznania się z naszymi propozycjami.

1. "9 crimes" - Damien Rice (feat. Lisa Hannigan)

Rok wydania: 2006
Album: 9
Gatunek: muzyka autorska

Mimo, że piosenka nie jest najświeższa, ostatnio odkryłam ją na nowo. Można ją usłyszeć w pewnej części z serii filmów o zielonym ogrze, natomiast nie utożsamiajcie jej z bynajmniej bajkowym klimatem. Ten delikatny i emocjonalny duet podszyty bardzo niekonwencjonalnym teledyskiem trafił prosto w moją wrażliwość. Poza, według mnie, intrygującym tekstem, utwór ma coś, co lubię w piosenkach, czyli stopniowe rozwijanie się. Z uwolnieniem całej mocy na koniec.




2." Never enough"- Loren Allred

Rok wydania: 2017
Album: The Greatest Showman. Original Motion Picture Soundtrack

Ten utwór jest najpiękniejszą piosenką z całej ścieżki dźwiękowej do filmu " Król rozrywki". Za każdym razem, gdy słucham tekstu i muzyki, moja dusza śpiewa. No, bądźmy szczerzy, nie tylko dusza. Ja sama za każdym razem podśpiewuję wraz z Loren Allred. Sama jestem wokalistką i nie mogę się powstrzymać kiedy słyszę pianino we wstępie. Od razu czuję całą magię zawartą w " Never enough", czuję jak powoli rozwijająca się piosenka staje się podnoszącym na duchu niezwykłym i podniosłym hymnem. Coś niesamowitego!




3."Castle On The Hill" - Ed Sheeran

Rok wydania: 2017
Album:  ÷
Gatunek: pop

To jedna z tych piosenek, które jak wejdą do głowy, to ciężko jest się ich pozbyć. Przynajmniej na mnie oddziałują utwory, które wyszły spod pióra tego oto pana, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Ta akurat odnosi się do wspomnień z dzieciństwa i nastoletnich lat artysty. Polecam posłuchać, szczególnie podczas jazdy. Najlepiej jakimiś wiejskimi brytyjskimi jezdniami wśród zieleni i domków z cegły... Nieważne.




4." Suis moi"- Camille Dalmais

Rok wydania: 2015
Album: Le Petit Prince (Bande originale du film)

Nie lubię " Małego księcia". Nigdy nie lubiłam tej historii. A jednak obejrzałam animację luźno opartą na tej książce. Ku mojemu zdziwieniu całkiem się zakochałam. Bohaterowie są przeuroczy, fabuła wciągająca, a animacja przepiękna. Mimo wszystko moją uwagę najbardziej przykuła muzyka do tego filmu, której słuchanie daje ukojenie i działa na wyobraźnię, stawiając nam przed oczami obraz zielonej łąki i delikatnego wiatru, szumiącego w koronach drzew w słoneczny dzień. W szczególności uwielbiam tę piosenkę, utwór przewodni całej ścieżki dźwiękowej. Kiedy jej słucham, zwyczajnie odpływam i jedyne, o czym jestem w stanie myśleć, to Mały Książę machający do mnie ze swojej planety.




5."Don't let this feeling fade" - Lindsay Stirling (feat. Rivers Cuomo & Lecrae)

Rok wydania: 2016
Album: Brave Enough
Gatunek: Pop

Jeśli ktoś jeszcze nie zna tej zarówno zdolnej i utalentowanej, jak i skocznej skrzypaczki, powinien to nadrobić. Ten utwór akurat powstał przy współpracy dwóch panów, którzy użyczyli tu swojego wokalu. Efekt spodobał mi się, zwłaszcza, że przypomina mi początki mojej przynależności do fandomu. Najlepiej słuchać na spacerach, ponieważ potrafi dostarczyć dużo energii. Głównie dzięki cudownym skrzypkom Lindsay.




6. " Toy"- Netta

Rok wydania: 2018
Gatunek: Pop

Ten duży kurczaczek skradł moje ( i prawdopodobnie nie tylko moje) serce, kiedy tylko pojawił się jako reprezentacja Izraela w tegorocznym konkursie Eurowizji. Piosenka jest przezabawna, refren super chwytliwy i wpadający w ucho, a dawki energii jaką można otrzymać słuchając jej nie można porównać do niczego innego. Rewelacyjny hit na lato!



7."Moondust" - Jaymes Young

Rok wydania: 2013
Album: Dark Star
Gatunek: Pop

Dopiero co odkryłam, całkiem przypadkiem muzykę tego pana. Skończyło się na tym, że pobrałam osiem jego piosenek, których mogę słuchać bez przerwy. Niebanalne teksty, łagodny głos i mocne brzmienie, jak widać, silnie do mnie przemówiły. Żałuję, że wcześniej nie natknęłam się na twórczość Jaymesa Younga. Myślę, że "Moondust" jest jej bardzo dobrym podsumowaniem, choć miałam spory problem z wyborem jednej piosenki. Cóż więcej mówić? Posłuchajcie sami.



8. " The shadows grow longer" - Kim Junsu & Kim Seungdae

Rok wydania: 2012 ( musical " Elisabeth" )

Dopiero ostatnio odkryłam istnienie musicalu " Elisabeth", choć na deskach teatrów pojawia się od 1992 roku. Choć odsłuchałam wielu, wielu wersji językowych tego utworu, to koreańska wersja najbardziej przypadła mi do gustu. A wszystko przez niezwykły, zachrypnięty głos Kim Junsu, który w roli śmierci sprawdził się podobno rewelacyjnie. Niestety, nie widziałam pełnego musicalu, więc nie mogę się wypowiadać. Muszę jednak przyznać, że słuchając tego duetu mam ciarki na całym ciele. Jest kilka musicalowych piosenek, którymi zachwycam się za każdym razem ich odsłuchiwania i " The shadow grow longer" jest zdecydowanie jedną z nich.



9. "Under The Shadows" - Rae Morris

Rok wydania: 2015
Album: Unguarded
Gatunek: muzyka autorska, pop

Ta pani mnie zaintrygowała - to mogę stwierdzić na pewno. Jednakże przesłuchując wszystkie jej piosenki, uznałam, że w każdej czegoś mi brakuje. Oprócz tej jednej, która spodobała mi się na tyle, że została mi w pamięci. Rea Morris nie można odmówić dużych możliwości wokalnych oraz ciekawej osobowości. Warto również poświęcić chwilę świetnym, uważam, teledyskom, które nam prezentuje.



10. "E Fano Ai Au" - Sabrina Laughlin

Rok wydania: 2017
Album: Moana Tahitian Soundtrack

Uwielbiam piosenki z bajek Disneya. Niektóre bardziej, niektóre mniej, ale wszystkie uważam za przepiękne i wręcz emanujące magią. Piosenki z " Moany", czy w polskiej wersji " Vaiany" darzę szczególną sympatią. Napełniają mnie one siłą, dodają pewności siebie i napędzają do działania. Dzięki nim mogę mieszkając z dala od morza wyobrazić sobie plażę, wodę i fale rozbijające się o brzeg. Ten widok zawsze mnie uspokajał.
Uwielbiam poznawać inne języki świata, nie tylko te najpopularniejsze. Język tahitański jest ciekawym językiem, bardzo intrygującym dla słuchających. Cieszę się, że zrobiono w tym języku dubbing " Moany", tym bardziej, że bohaterka bajki pochodzi z jednej z polinezyjskich wysp. Zachęcam was do odsłuchania piosenki " How far I'll go " w innych językach, nie tylko tych polinezyjskich.






Audrey & Demetria
Slash ( Natalia Osińska) - recenzja

Slash ( Natalia Osińska) - recenzja

Witajcie! Piszę dziś ten post w ramach rozluźnienia i chwili wytchnienia od nauki. Matura niebawem, ale nie przejmuję się nią zbytnio. Pracowałam ciężko w tym roku, żeby dostać się na wymarzone studia i udało mi się to osiągnąć. Teraz pozostaje mi tylko zdać ostatni egzamin i cieszyć się ( albo nie) rozpoczęciem nowego rozdziału w życiu.
Wiem, że miała dziś pojawić się recenzja " Spójrz mi w oczy, Audrey" ale niestety nasza Audrey zajęta pisaniem wypracowania nie może spojrzeć mi w oczy, więc zamiast tego wstawiam przygotowaną wcześniej recenzję drugiego tomu serii " Fanfik".

Oryginalny tytuł: Slash
Polski tytuł: -
Autor: Natalia Osińska
Tłumacz: -
Wydawnictwo: Agora SA
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 319


Tosiek jeszcze niedawno był Antoniną. Tosiek jeszcze niedawno wstydził się siebie i nie był w stanie spojrzeć w lustro. Tosiek jeszcze niedawno był ze wzajemnością po uszy zakochany w Leonie, który nieba by mu przychylił. 
Teraz Tosiek jest tęczowym jednorożcem, pewnym siebie i odważnie obnoszącym się ze swoją tęczową normalnością. Tosiek chciałby, żeby Leon był równie otwarty jak on, ale Leon nie jest Tośkiem. Leon jest ... Leonem. Mieszka w małym mieszkanku, jego kalendarz jest wypełniony po brzegi korkami, które udziela, próbuje się uczyć do matury, a przy tym ma pełno problemów związanych z relacjami z rodzicami oraz z własną tożsamością. No, i kocha Tośka jak nic na świecie, choć nie potrafi się do tego przyznać, tak jak do tego, że jego kochanie coraz bardziej działa mu na nerwy. Asertywność też nie jest jego mocną stroną. Cały świat wali mu się na głowę.
Jak poradzi sobie w takiej sytuacji? Czy Leon wyjawi Tośkowi mroczną tajemnicę ze swojej przeszłości? I czy da sobie zrobić ombre na paznokciach?

Och, Leon! Mówiłam wam, że kocham Leona, prawda? Jego nie da się nie kochać, a cały "Slash" jest napisany z jego perspektywy! To lepsze niż tosty z serem, salami i majonezem! Bo Leon to świetna postać, może nawet lepsza niż Tosiek. Jak na osiemnastolatka przeżył wiele rzeczy, mieszka sam i stara się złożyć swoje życie do kupy, jednocześnie cały czas walcząc z samoakceptacją. Tak jak w pierwszej części Tosiek odkrywał na nowo siebie, tak Leon próbuje otworzyć się na świat i na miłość, którą otrzymuje od ukochanego, jego ciotki i nowych przyjaciół. Nie jest wylewny i ukrywa w sobie wszystko, powiększając rysę, która zabija go od środka. Niesamowicie ciężko było mi patrzeć na to, jak tajemnice niszczą nie tylko jego, ale jego relacje z Tośkiem. Współczułam Tośkowi, że mimo jego starań, żeby pomóc Leonowi poprzez zmuszenie go do oficjalnego coming-outu, nie dostawał podziękowań i pochwał tak, jak oczekiwał. Mimo wszystko jednak moje uczucia bliższe były Leona, rozumiałam dokładnie, dlaczego wściekał się na chłopaka za jego trudy. Dla Leona i właściwie dla wielu osób LGBT coming out, a tym bardziej publiczne okazywanie uczuć nie jest łatwe. Nie można oczekiwać, że ktoś, kto przez całe życie ukrywał to, kim jest, nagle zacznie zachowywać się totalnie wbrew swoim przyzwyczajeniom. Na to potrzeba czasu. 

" Lubił być pożyteczny. To prawie to samo co być potrzebnym. A stąd już tylko krok do bycia człowiekiem wartościowym. Nie wiedział tylko, jak się przelicza jedno na drugie. Czy dziesięć przysług to już krok w stronę posiadania jakiejś wartości w cudzych oczach? Bo we własnych, wiedział to doskonale, wciąż był nikim. "

Ciężko mi ocenić fabułę, bo choć była równie ciekawa, co w pierwszej części, to rozszerzała inne wątki i poruszała trochę inny, choć zbliżony temat. Zdecydowanie, ale to w stu procentach podoba mi się wątek Tosieona, który jest i był po prostu sztosem! Ich relacja jest skomplikowana, ale tylko dla nich. Mogliby się kłócić ile wlezie, a czytelnik i tak wie, że są sobie przeznaczeni, jak tost i majonez ( wybaczcie mi, jestem głodna). Nie da się im nie kibicować, bo Leon i Tosiek to dwie kompletnie różne galaktyki, które wirują z ogromną prędkością koło siebie, a gdy się łączą, to ... właściwie nie wiem, co się dzieje. Jeśli ktoś wie, co się dzieje po połączeniu się galaktyk jeśli to w ogóle możliwe, to niech mnie oświeci. Na pewno dzieje się wtedy wielkie bum i buchają fajerwerki. Może powstają jakieś czarne dziury, w które nieostrożny czytelnik natychmiast wpada. I zmienia się w tęczowego jednorożca, który ma ochotę zabić Natalię Osińską, jeśli nie napisze ona kolejnych części tej serii i nie skończy romansu Tosieona wielkim, epickim happy endem. 

" Radosna nienormatywność tryskała mu z uszu tęczowym strumieniem. "

Przepraszam was, okropnie pisze mi się tę recenzję, bo nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć o tak genialnej powieści. Bohaterowie są rewelacyjni, w szczególności prze-zarąbista ciocia Idalia, treść książki powala na kolana, a kiedy w końcu pada " Kocham cię", chce się płakać. Ja płakałam. I wy też będziecie. Dlatego właśnie MUSICIE przeczytać " Slash", a jeśli nie czytaliście " Fanfika", to przeczytajcie najpierw to, a potem wróćcie do " Slasha". Ta duologia ( wiem, że będzie trzecia część, ale oczekuję serii na miarę liczby " Szybkich i wściekłych") to jedne z najlepszych powieści jakie kiedykolwiek czytałam i nie wyobrażam sobie życia bez nich. Tak samo jak bez tostów z majonezem. Żegnam was i idę jeść, bo od tych romansów robię się głodna!

A jak nie przeczytacie tych książek to dojadą was mickiewiczowscy kumple z Wilna. I wtedy już nic więcej nie przeczytacie!

Demetria

OCENA: 10/10


PACZACZ MIESIĄCA #2: "iZombie", czyli serial, który podbił moje serce, a następnie zmiażdżył je końcówką trzeciego sezonu.

PACZACZ MIESIĄCA #2: "iZombie", czyli serial, który podbił moje serce, a następnie zmiażdżył je końcówką trzeciego sezonu.

Witajcie ludziki! Dziś dawno planowany Paczacz Miesiąca- druga edycja. Ostatnim razem Audrey opowiedziała wam o tym, dlaczego uważa " Sherlocka" za najlepszy serial świata. Teraz moja kolej na zapoznanie was z serialami, czy raczej jednym z seriali, dzięki którym jakimś cudem udało mi się przeżyć klasę maturalną ( dwa tygodnie do końca roku!) .




Poznajcie Liv ( Rose Mclever). Jej życie było prawie idealne- zaczęła pracę jako kardiolog, szykowała się na ślub z mężczyzną, którego kochała, miała niesamowicie oddaną przyjaciółkę itd. Wiecie, jak to bywa z tym idealnym życiem... Do czasu. Pewnego wieczoru, znajoma z pracy zaprosiła ją na imprezę na jachcie. Zapowiadało się miło, ale niestety wszystko przerodziło się w koszmar i masakrę, kiedy jeden z pasażerów rozprowadził wśród imprezujących teoretycznie całkiem niewinny narkotyk. Skończyło się na mini apokalipsie zombie.
Tego wieczoru, Liv została zadrapana przez jednego z przemienionych i sama zaczęła zmieniać się w zombie. Jej życie runęło w gruzach. Bojąc się o życie bliskich, kobieta rzuciła narzeczonego, odcięła się od rodziny i zmieniła pracę na taką, w której mogła bezkarnie podkradać zmarłym mózgi. Ale spokojnie, gorzej już nie było! Tak właściwie, to zaczęło być już tylko lepiej. Nowa Liv znalazła wielu sprzymierzeńców, przed niektórymi nie musiała nawet ukrywać tego kim jest. A i jedzenie mózgów okazało się przydatne! Dzięki przebłyskom wspomnień właścicieli mózgów, nasza ZOMBIE-GIRL mogła zacząć nowe życie pomagając w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek.





Jeśli wydaje wam się, że ten serial jest pokręcony, to już nie mogę doczekać się waszych reakcji, jak zobaczycie jaka magia rozgrywa się w sezonie drugim, a co dopiero trzecim. O czwartym nie wspominając. Jest tam tyle zwrotów akcji, że aż głowa mała! Rzadko kiedy udaje mi się wciągnąć w oglądanie jakiegoś serialu, a tym bardziej dotrzeć do końca trzeciego sezonu. Bardzo łatwo się nudzę i ciężko mnie przy czymś zatrzymać na dłużej.
Z początku, nie byłam przekonana do oglądania "iZombie", gdyż bałam się, że będzie on podobny do "The Walking Dead ", który to kompletnie mi nie podszedł i do którego prawdopodobnie już nie wrócę. Jednak, po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków tak strasznie się wciągnęłam, że.... no, aktualnie jestem na piątym odcinku i wciąż próbuję ogarnąć umysłem, co się wyprawia w czwartym sezonie. 
Co spowodowało, że przywiązałam się do tego arcydziwnego serialu? Może główna bohaterka, która co odcinek zachowuje się inaczej. Może jej znajomi przeżywający rozterki każdego rodzaju, a może fakt, że w "iZombie" bycie złym jest równoznaczne z byciem po prostu super ( tak Blaine, mówię o tobie).


Myślę, że najbardziej podoba mi się fabuła, która choć w pierwszym sezonie jest trochę depresyjna, to w kolejnych sezonach wciąga, jak spaghetti. Wątki prowadzone są w bardzo ciekawy sposób, akcja jest wartka, a czarny humor doskonały.
Właśnie, humor. Nigdy nie myślałam, że śmierć może być zabawna. Ten serial udowadnia, że jednak może. Co odcinek ktoś umiera, a jego lub jej śmierć nie tylko zazwyczaj jest tajemnicą rozwiązywaną w danym momencie. Liv za każdym razem zjada mózg zmarłego, dostając w pakiecie z obiadem emocje, wspomnienia, a co ważniejsze charakter zmarłego. Tak, właśnie. Nie tylko zjada daną osobę, ale mentalnie się w nią zmienia. Wokół tego motywu zbudowanych jest tak wiele śmiesznych żartów, że w pewnym sensie zaczynamy zapominać o tym, że osoba, którą Liv jest w danej chwili jeszcze przed chwilą świetnie bawiła się w klubie. A zaraz potem odstrzelono jej głowę.  



Ravi Chakrabarti ( Rahul Kohli) to tylko jedna z wielu, wielu postaci mistrzowsko operującymi sarkazmem. Jednakże, wyróżnia go fakt, że nie jest zombie, więc jego żarty nie pochodzą z gąbki będącej pożywieniem, a wynikają z jego charakteru. Myślę, że humor jest jego defensywą przeciwko codziennej pracy z trupami i odreagowaniem bycia drugim, na równi z Liv, detektywem w serialowych śledztwach. W pierwszych dwóch sezonach, wydaje się być typowym żartownisiem. Dopiero w późniejszych odcinkach jego postać zostaje rozwinięta, ukazując jego charakter i to, co stoi za co sekundę rzucanymi dowcipami. A już w czwartym sezonie....

To już wszystko! Mam nadzieję, że udało mi się namówić was do obejrzenia chociażby tych kilku pierwszych odcinków pierwszego sezonu. Szczerze polecam i mam nadzieję, że jeśli zakochacie się w tym serialu tak, jak ja, to wrócicie do tego wpisu i zostawicie w komentarzach całe litanie na temat jego niesamowitości.

Tymczasem żegnam się z wami i życzę miłego piątku oraz jeszcze lepszego weekendu :)

Demetria






TOP 10: Naszych ulubionych piosenek stycznia i lutego!!!

TOP 10: Naszych ulubionych piosenek stycznia i lutego!!!

Hej wszystkim! Nie będę przed wami tego ukrywać- Audrey i ja stworzyłyśmy ten post jeszcze w lutym, ale nie został on wstawiony, ponieważ wasza Demetria ma problemy z zapłonem. No nic, wstawiam go dziś, w połowie marca, mając nadzieję, że wciąż ktoś nas czyta i że naszą nieobecnością nie straciłyśmy chociaż tych kilku wiernych czytelników. W związku z maturami ani ja, ani Audrey nie będziemy w stanie wstawiać wielu postów aż do maja. Będziemy się starały znaleźć chwilkę czasu na pisanie bloga, ale niczego nie obiecujemy.

1. "Corazon" ( "Coco" soundtrack)

Rok wydania: 2017
Album: " Coco" Original Motion Picture Soundtrack

" Corazon" oraz inne piosenki z filmu animowanego "Coco" przesłuchiwałam w styczniu wręcz na okrągło, podśpiewując je w każdej możliwej chwili. " Coco" to świetna bajka, a jej ścieżka dźwiękowa to majstersztyk. Każda z piosenek nawiązuje do kultury meksykańskiej, do tekstów każdej wplatane są słówka po hiszpańsku, dzięki nim można poczuć klimat Dia de Muertos oraz wczuć się w opowiadaną historię. Moje ulubione wersje językowe to polska, angielska, hiszpańska. Dokładnie w tej kolejności. Każda z nich coś w sobie ma i każda jest wyjątkowa na swój własny sposób.



2. " Miss You" - Foster the People

Rok wydania: 2011
Album: Torches
Gatunek: Indie

Ze względu na to, że jedna z piosenek zespołu Foster the People już jakiś czas temu przykuła moją uwagę, niedawno postanowiłam przesłuchać resztę utworów, które wyszły spod jego pióra w nadziei, że odkryję więcej perełek. I nie rozczarowałam się. Jedną z piosenek, które natychmiast zostały pobrane na mój telefon to 'Miss you'. Muzyka tego zespołu swoją oryginalnością zdecydowanie wystaje poza krąg dzisiejszych klubowych bitów, których nie każdy lubi (z pewnością nie ja). Mocna piosenka, przy której lepiej jednak się spaceruje, niż tańczy.



3. "Innocent love" - ASTRO

Rok wydania: 2016
Album: Spring Up
Gatunek: Pop

Nie ma według mnie lepszej piosenki na te nieliczne słoneczne dni, których możemy doświadczyć w tę naszą zimę. Utworu miło się słucha, członkowie ASTRO mają ciekawe barwy głosu, a i wstawki rapowane nie zakłócają w żaden sposób delikatności i melancholijności piosenki. Przeuroczy tekst o pierwszej miłości nie jest może wybitny, ale dobrze współgra z melodią. Tak jak niewinna jest miłość, o której opowiada tekst, tak niewinna jest linia melodyczna.
Choć nigdy nie byłam jakąś wielką fanką ASTRO, to myślę, że po przesłuchaniu tej piosenki chętnie zapoznam się z resztą ich twórczości.




4. Little Mix - "Secret Love Song (part II)"

Rok wydania: 2016
Album: Get Weird
Gatunek: Pop

Zawsze mówiłam, że żadna piosenka nie jest w stanie przyprawić mnie o dreszcze. Po usłyszeniu 'Secret Love Song' już nie mogę tego powiedzieć, bo byłoby to kłamstwem. Od pierwszych nut bardzo dogłębnie dociera do mnie wartość tego utworu, jaką są emocje. A to wszystko przez wspaniałe głosy tego kobiecego kwartetu z Wielkiej Brytanii, który aktualnie staje się coraz bardziej popularny. Jeśli zastanawianie się, skąd przy tytule 'part II', to dlatego, że jest to druga wersja piosenki. Ta zdecydowanie bardziej do mnie trafia, ponieważ jest mniej energiczna, przez co jest po prostu bardziej emocjonalna.



5. "Power"- Little Mix

Rok wydania: 2016
Album: Glory Days
Gatunek: Pop

Pozostańmy w klimacie Little Mix i porozmawiajmy chwilę o tej przegenialnej piosence, która za każdym razem, gdy jej słucham, dodaje mi niesamowitego kopa do jakiegokolwiek działania. Uwielbiam piosenki mówiące o sile kobiet, a ta jest w zdecydowanej czołówce moich ulubionych. Dziewczyny z Little Mix zrobiły kawał dobrej roboty- warstwa wizualna teledysku jest rewelacyjna, kolorystyka powala na kolana, a wygląd wokalistek, ich stylizacje wywoływały we mnie zazdrość. Zarówno teledysk, jak i sama piosenka są godne polecenia.



6. "How long" - Charlie Puth

Rok wydania: 2018
Album: Voicenotes
Gatunek: Pop

Jeden z nowszych przebojów tego oto pana usłyszałam w radiu bardzo niedawno. Tę charakterystyczną barwę głosu poznałam od razu, a moje ramiona zaczęły unosić się do rytmu. Jest bardzo podobna do, mam wrażenie, bardziej znanego 'Attention'. Cóż... dobrych piosenek nigdy zbyt wiele. Postanowiłam więc umieścić 'How long' na tej liście, ponieważ bardzo lubię takie utwory, do których można potupać nóżką. Co więcej, przepadam za uroczymi falsetami Charliego Putha. Polecam posłuchać, jeśli ktoś jeszcze nie zna.



7. Nagada Sang Dhol ( " Goliyon Ki Rasleela Ram-Leela ")

Rok wydania: 2013

Odkąd tylko obejrzałam " Czasem słońce, czasem deszcz", zakochałam się w bollywoodzkich filmach, a szczególnie w tym, co w nich najważniejsze- w muzyce i piosenkach. " Nagada Sang Dhol" to utwór niezwykle energiczny, do którego tańca nauczyłam się, szukając różnych alternatyw dla wyładowywania gniewu i stresu. Choć filmu, z którego pochodzi nie widziałam, to nie zmienia to faktu, że uwielbiam tę piosenkę i słuchanie jej daje mi wiele radości.



8. " Oh My God" - Jacqueline Irvine & Barrie Gledden


Z tą piosenką wiąże się ciekawa historia. Otóż, oglądając telewizję z mamą, nagle usłyszałam ją i zaraz potem mama nieświadomie zmieniła kanał. Tych parę dźwięków, które udało mi się wyłapać wystarczyło, by przykuć moją uwagę. Natychmiast zaczęłam szukać utworu w internecie, wpisując pod w wyszukiwarkę słowa 'Oh my God', które zabrzmiały akurat podczas tego momentu. I tak oto spotkałam piosenkę, której zarówno melodia, jak tekst trafiły do mnie natychmiast. Jest czarująca, tajemnicza i bardzo ciekawa.



9. " Mic Drop" - BTS

Rok wydania: 2017
Album: Love Yourself: Her
Gatunek: K-pop, Trap, Hip- hop, Pop

Cóż tu dużo mówić- kocham BTS! Nie ma ani jednej ich piosenki, której w jakimś stopniu bym nie kochała. Choć oryginalną wersję " Mic Drop" uważam za całkiem udaną, to jednak remix Steve'a Aoki zwyczajnie rozwala system. Ten bit, ten tekst, ta muzyka, te stroje, te głosy, to... wszystko! Ach, coś niesamowitego.
A tak w ogóle, to... Did you see my bag? :D



10. " Lacrymosa" - Evanescence 

Rok wydania: 2006
Album: The Open Door
Gatunek: Rock

A oto utwór znanego dość zespołu rockowego, który kryje w sobie więcej, niż się wydaje. Napotkałam ją, przeglądając różne strony internetowe. Zaintrygował mnie jej tekst, więc chciałam jej posłuchać. Skrzypce, które uwielbiam, zrobiły swoje i mnie oczarowały. Kiedy jakiś czas później, włączyłam 'Lacrymosę' koleżance, ponieważ byłam ciekawa jej odczuć związanych z piosenką. Ta, stwierdziła, że skądś zna tę muzykę. Wtedy okazało się, że jest to muzyka samego Amadeusza Mozzarta. Połączenie klasyki ze współczesnością - coś, co uwielbiam.




To już koniec na dzisiaj. Postaramy się co miesiąc wrzucać takie muzyczne podsumowanie, ale jak mówiłam, niczego nie obiecujemy.

Tymczasem życzymy wam wszystkim miłego dnia :)

Demetria & Audrey
Chłopak, który stracił głowę (John Corey Whaley) - recenzja

Chłopak, który stracił głowę (John Corey Whaley) - recenzja

Hejo ludziki! Nareszcie mam ferie, a znaczy to, że będę mogła pisać ile wlezie, więc szykujcie się na dużą ilość nikomu niepotrzebnych, ale dających mi satysfakcję postów. A dziś recenzja, na której napisanie czaję się od stycznia.

Oryginalny tytuł: Noggin
Polski tytuł: Chłopak, który stracił głowę
Autor: John Corey Whaley
Tłumacz: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 350

Travis miał 16 lat i dziewczynę. Miał też raka, nieuleczalnego. Dostał wybór- eksperymentalna operacja z wysokim prawdopodobieństwem uratowania jego życia lub pozostanie przy tradycyjnych środkach leczenia i wysoce prawdopodobna śmierć. Długo się nie zastanawiał, nie wiedząc jeszcze, jak bardzo wywróci to jego świat do góry nogami.
Został wprowadzony w stan śpiączki, by hibernując doczekać momentu, kiedy rozwój medycyny umożliwi lekarzom przeprowadzenie operacji. Po pięciu latach się udaje- głowa Travisa zostaje przeszczepiona do zdrowego ciała. Chłopak się budzi i to właściwie jedyny pozytywny skutek operacji. Przez pięć lat wiele się zmieniło - dziewczyna Travisa znalazła sobie narzeczonego, najlepszy kumpel dorósł i zrobił coming out, a między rodzicami coś ewidentnie się popsuło. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Travis wciąż jest nastolatkiem i wcale nie zamierza pogodzić się ze zmianami. 

,, (..) Wszyscy w pokoju mieli takie same, smutno-radosne miny, które zazwyczaj widuje się na pogrzebach, kiedy ktoś wspomina zmarłego albo opowiada anegdotę z jego życia. Albo wtedy, kiedy dziadkowie mówią o swoim dzieciństwie. Te ich miny, łzy w oczach, drżące usta, sprawiły, że zdałem sobie sprawę z czegoś, nad czym do tamtej chwili właściwie się nie zastanawiałem. Zrozumiałem, że nieważne, jak często się z kimś spotykacie albo rozmawiacie, nieważne, jak dobrze go znacie albo nie znacie, zawsze zajmujecie w jego życiu jakieś miejsce, którego nie da się zastąpić po waszym odejściu. "

Travis był okropnie irytującą postacią. Dostał drugą szansę i jestem w stanie zrozumieć, że powrót do życia po pięciu latach może być trudny, a przyzwyczajanie się do nowej sytuacji jeszcze trudniejsze, ale kurczowe czepianie się przeszłości to już przesada. Ten chłopak był jak małe dziecko, które zaczyna płakać i tupać nóżkami, bo coś nie poszło po jego myśli. Kiedy kumpel nie był takim, jakim go Travis zapamiętał, starał się robić wszystko, by zmusić kumpla do powrotu do starych zachowań i dawnego siebie. Gdy okazało się, że jego była dziewczyna jest już dorosłą kobietą i ma narzeczonego, chłopak uznał, że to tylko przykrywka, że Cate nadal go kocha i jak tylko go zobaczy, porzuci przyszłego męża i przybiegnie na kolanach, by z nim być. Ja rozumiem trudności z zaadaptowaniem się, ale niszczenie cudzego życia, by polepszyć swoje jest chore!
Jedynym plusem tej postaci były jego przemyślenia, bardzo trafne, choć głównie na temat umierania.

,, Popatrzyłem na nią, a ona pomachała do mnie z tą swoją smutną miną. Jeżeli będziecie kiedyś umierający, czego wam nie życzę, przyzwyczaicie się do tego rodzaju spojrzeń. Ludzie będą próbowali się do was uśmiechać i rozmawiać, nie myśląc o tym, co się właśnie dzieje, ale ta ledwo widoczna zmiana w ich oczach i ułożeniu ust pozostanie doskonale widoczna. Z początku wywoła to u was dręczące przeświadczenie, że już nikt nigdy nie będzie z wami szczery, ale to niezupełnie tak. Ludzie nie robią tego celowo. Mówi się, że kiedy ktoś umiera, wraz z nim umiera jakaś cząstka nas wszystkich. I pewnie dlatego to musi boleć. Przez całe życie tracimy różne części siebie, aż w końcu nie mamy już nic do stracenia. "

Jeśli chodzi o książkę, gdyby nie tło z przeszczepem głowy, byłaby ona zwykłą obyczajówką, w dodatku niezbyt wysokich lotów, choć dość dobrze napisaną. Jednakże, dzięki tej historii, na której oparta jest cała fabuła, powieść jest bardzo wciągająca, choć ma momenty ( całą ich masę), które chcielibyśmy, choć nie możemy, pominąć. Według mnie można było lepiej rozwinąć wątek samego przeszczepu i jego przebiegu, zamiast wielu, wielu rozmyślań Travisa na temat jego byłej dziewczyny i tego, jak to okropnie jest powstać z martwych. Serio, Travis to najgorsze, co mogło się przytrafić " Chłopakowi, który stracił głowę". Przez większość czasu nie potrafił on w ogóle docenić tego, że dostał szansę, której wielu dostać nie mogło. Nawet nie próbował być jakkolwiek wdzięcznym za to, że nie jest martwy. Operację, którą przeszedł równie dobrze mógł przejść inny pacjent, a Travisa lekarze mogli pozostawić z tym jego świetnym życiem i rakiem, którego wyleczenia szanse wynosiły prawie zero procent.
Prócz Travisa, każdy z bohaterów jest genialnie napisany, wykreowany, a już szczególnie Kyle, którego postać ratowała tę książkę od bycia jednym wielkim bagnem smutku i użalania się nad sobą.

,, (...) Bardzo łatwo jest uczepić się drugiego człowieka. To znaczy wydaje nam się, że jest na świecie tylko jedna osoba, która do nas należy. A tak naprawdę nie tędy droga. Spotykamy wielu ludzi. Może nasza relacja z nimi nie zawsze wygląda tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, ale jeśli pójdziemy na pewne ustępstwa, no wiesz... możemy mieć wokół siebie ich wszystkich.
[...]
Wszyscy spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy nadają naszemu życiu sens. Trzeba ich tylko przy sobie zatrzymać. "

Koniec był niesatysfakcjonujący i zdecydowanie nudny i przewidywalny. Miałam nadzieję, że autor choć na samym końcu zrobi coś, co mnie zszokuje i pozwoli spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Niestety, musiałam zadowolić się zrozumieniem przez Travisa, jak wielkim był egoistą. Książka ogólnie mnie się podobała, ale tak jak mówiłam, jej największym minusem, największą wadą był główny bohater. Może z inną postacią " Chłopak, który stracił głowę" zostałby jedną z moich ulubionych powieści, bo książka ta naprawdę dobrze się zaczęła, miała bardzo interesujący start. Potem niestety coś zaczęło się psuć i jestem przekonana, że to wszystko przez podejście Travisa.
Pocieszeniem zawodu jest okładka tej powieści, która zdecydowanie jest oryginalna, a jej kolorystyka przyjemna dla oka.

OCENA: 6/10

~~> Demetria Books

grafika z lubimyczytac.pl
Copyright © 2014 Podróże międzyksiążkowe , Blogger