Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach. ( Aleksandra Chrobak)- recenzja

Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach. ( Aleksandra Chrobak)- recenzja


Witajcie! Oto pierwszy post w nowym, 2019 roku! Wszystko się zmienia, nadchodzi nowe, nieznane jutro... tak sobie ten rok wyobrażam. Jak będzie? Zobaczymy. Bądźmy pozytywnej myśli :)
A dziś mam dla was świat niezwykłych Zjednoczonych Emiratów Arabskich i książkę kobiety, która mieszkając tam dobrych kilka lat, poznała ZEA od podszewki. 

Oryginalny tytuł: -
Tytuł polski: Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach.
Autor: Aleksandra Chrobak
Tłumacz: -
Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 304

Zabierając się za tę książkę, nie miałam żadnych oczekiwań, bo i moja wiedza na tematy związane ze światem arabskim jest znikoma. Jasne, obserwuję na Instagramie stewardessy linii Emirates, bawiące się w najlepsze na imprezach, czy wygrzewające się w bikini na plaży. Znam również wizerunek Dubaju, górujący nad nim Burdż Chalifa oraz palmę ze sztucznie usypanych wysp. Czytałam co nieco również o sytuacji gospodarczej ZEA, ale to wszystko. Biorąc pod uwagę moją ciekawość świata, nie rozumiem, czemu nigdy wcześniej nie próbowałam w żaden sposób poszerzać swojej wiedzy. Mimo wszystko, cieszę się, że rozpoczęłam nabywanie jej od przeczytania „ Beduinek na Instagramie”.

Autorka w bardzo ciekawy, niekiedy humorystyczny sposób opisuje emiracką rzeczywistość. Robi to z perspektywy kogoś, kto zna nie tylko dobre strony ale i mankamenty tego kraju oraz społeczności go zamieszkujących. Mimo, że nie stroni od podkreślania swojej miłości do Emiratów, opisuje je łącząc opinie bazowane na własnych przeżyciach z tym, co udało jej się odkryć rozmawiając z osobami ze swojego otoczenia- zarówno rodowitymi Emiratczykami, jak i pozostającymi tam na czas kontraktu imigrantami.

"Emirackie tradycje to nie skansen i patyna, ale żywy krwiobieg, filar podtrzymujący tożsamość kraju. Nigdy nie zrozumie się Zjednoczonych Emiratów Arabskich bez próby przekroczenia mostu pomiędzy paralelnymi światami imigrantów i miejscowych. Emiraty to znacznie więcej niż konsumpcyjny raj z seriali i reklam linii lotniczych. Od każdego przyjezdnego zależy, ile wyniesie z tego spotkania."

Z tych rozmów i wspomnień wyłania się obraz Emiratów pełnych kontrastów i hipokryzji- kraju otwartego na zachodni świat, napędzającego gospodarkę turystyką, w którym to luksusowych hoteli i restauracji najwyższej klasy jest na pęczki. Kraju, w którym posiadanie ferrari nie jest niczym szczególnym, w którym filipińska gosposia jest w stanie wyżywić i zapewnić dobrobyt całej rodzinie dzięki rocznemu kontraktowi; w którym wydaje się, że pieniądze rosną na drzewach. Jest to jednak kraj muzułmański, trzymający się tradycji, w którym kobieta prawie całkowicie podległa jest mężowi, który ma prawo mieć kilka żon i kochankę na boku, z którą spędza czas bawiąc się w najlepsze, podczas gdy jego żona nie ma prawa wyściubić nosa z domu bez pozwolenia. Kraj, w którym ogromne ilości robotników z Indii i innych krajów pracują za najniższe pieniądze, codziennie dusząc się w nieznośnym upale. Kraj, w którym przemoc fizyczna i psychiczna wobec gospodyń domowych jest na porządku dziennym; w którym ofiara gwałtu staje się jego winowajczynią.

Taki właśnie kraj- bogactwa i biedy, wiecznej zabawy i wykańczającej pracy, pełnia szczęścia w życiu i upadlającego traktowania, raju na Ziemi i piekła - przedstawia Aleksandra Chrobak. Zachęcam was do poznania tego niezwykle interesującego i tak różnego od naszego, świata Zjednoczonych Emiratów Arabskich, poczynając od przeczytania „ Beduinek na Instagramie”. Ja z pewnością sięgnę po inne książki odsłaniające tajemnicze i nieznane nam realia tamtych terenów.

Ocena: 8/10



"Ocaleni. Życie, które znaliśmy." ( Susan Beth Pfeffer) - recenzja

"Ocaleni. Życie, które znaliśmy." ( Susan Beth Pfeffer) - recenzja


Witajcie! Wiem, że nie udzielałam się ostatnio na blogu ale pierwszy semestr studiów dawał mi w kość. Muszę zacząć znów pisać, tym razem wykorzystując to jako sposób na odcięcie się od świata nauki. Mam w planach kilka postów związanych ze studiowaniem w Anglii, które postaram się przygotować w najbliższych dniach. Niczego jednak nie obiecuję.

Tymczasem zapraszam was do przeczytania mojej recenzji książki " Ocaleni. Życie, które znaliśmy.", która zapadła mi w pamięć. Dlaczego? Tego dowiecie się czytając dalej. 

Oryginalny tytuł: The Last Survivors. Life as we knew it.
Tytuł polski: Ocaleni. Życie, które znaliśmy. 
Autor: Susan Beth Pfeffer
Tłumacz: Ewa Spirydowicz
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 351

Za oknami piękna pogoda, ptaki śpiewają, a drzewa szumią. Spotykacie się ze znajomymi, rodziną, spędzacie miło czas w centrum handlowym, czy na basenie, czy też spacerując i podziwiając piękno otaczającego was świata. Jesteście trochę głodni, robicie więc mały wypad do Subwaya, McDonalda czy KFC, przy okazji biorąc kawę z ukochanego Starbucksa. Życie jest super.
Teraz zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że to wszystko się kończy. Wielka asteroida uderza w Księżyc, przybliżając go do Ziemi. Wielkie fale tsunami pustoszą nadmorskie miasta, wybuchają wulkany, a chmary dymu wydobywające się z nich zasłaniają niebo, uniemożliwiając dostęp promieni słonecznych. Natura zaczyna się unicestwiać, giną miliony. Zapada zima, nie ma prądu i jedzenia, jeśli zachorujecie, umieracie bo nikt nie jest w stanie wam pomóc…
W takiej sytuacji zostali postawieni bohaterowie „Ocaleni. Życie, które znaliśmy”. Czy udało się im przetrwać?

Kupiłam tę książkę ze względu na jej cenę, a nie na treść przybliżoną mi na okładce. Nie wiedziałam, za co się zabieram. Nie wiedziałam, a zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Post-apokaliptyczne historie lubiłam od zawsze, zarówno w formie książek, jak i filmów. Uwielbiam czytać o walących się budynkach i wielkich trzęsieniach ziemi, tak jak kocham je oglądać na wielkim ekranie. To trochę tak jak z oglądaniem seriali o morderstwach- świetnie się na to patrzy z boku, jak na coś nierealnego, co nie może nam się przydarzyć. Tym bardziej, jeśli to, co widzimy jest tak straszne, że modlimy się, żeby to się nigdy nie zdarzyło.

Bohaterowie tej powieści muszą mierzyć się ze zmieniającym się klimatem, stratą bliskich i przyjaciół, i podejmowaniem decyzji, o których w dawnym świecie nie musieliby nawet myśleć. Czytanie o ich zmaganiach wywoływało we mnie przedziwne emocje. Z jednej strony przeżywałam wraz z nimi to, co się działo, drżąc na myśl o tym, co może im się przytrafić. Za każdym razem, gdy sytuacja się pogarszała, wydawałam z siebie ciche „ O, nie!”, zakrywając ręką usta w przerażeniu. Z drugiej strony jako fanka destrukcji chciałam, żeby było coraz gorzej, żeby się waliło i paliło. Biłam się z myślami, nie wiedząc, na czym stoję i czego chcę. Ale to dobrze, bo książka dostarczała mi pełną gamę emocji, które w paraboli zmieniały się tak często, że kończąc tę powieść byłam wrakiem. Wrakiem, który marzył o sięgnięciu po kolejny tom, który jak się okazało nie został przetłumaczony na język polski.

" Los zawsze trzyma dla nas niespodziankę. Ktoś zamyka ci drzwi? Ktoś inny uchyla okno. "

Niestety, muszę przyznać, że zachowanie głównej bohaterki-Mirandy, wywoływało we mnie głównie wściekłość. Jej kretyńskie i samolubne decyzje powodowały u mnie skoki ciśnienia, a już jak otwierała usta, żeby coś powiedzieć, miałam nadzieję, że nie będzie to nic związanego z jej przemyśleniami, które przez większą część książki były nie do zniesienia. Szczególnie, że zawierał je jej pamiętnik, który był nieodłączną częścią powieści. Kończy się jedzenie i cała rodzina może umrzeć? Co tam! Ona wyżre całą paczkę chrupek i jeszcze strzeli focha na matkę, która odbierze jej prawo do kolejnego posiłku tego samego dnia. Matkę, która sama nie je nic, żeby dać swoim dzieciom szansę na przeżycie.
Na szczęście, w którymś momencie dziewczyna się opamiętuje i dostosowuje się do nowej rzeczywistości, przestając być ciężarem dla wszystkich wokół.

Właśnie, matka i opiekun całej rodziny, niezwykle dzielna i waleczna postać. Gdy tylko zaczęły się doniesienia o Księżycu przybliżającym się do Ziemi i według niektórych, końcu świata, ona dobrze wiedziała, co robić. Wiedziała, jakie przedmioty będą jej rodzinie niezbędne do przetrwania i jakie spożywcze produkty w najgorszych chwilach będą na wagę złota. Gdyby nie ona, zarozumiała główna bohaterka ani jej bracia nie przeżyli by nawet pierwszych miesięcy. Wyróżniała się oddaniem, odwagą, inteligencją, walecznością i ogromną miłością do swoich dzieci, dla których była gotowa oddać swoje życie. Jest to postać, do której mam ogromny szacunek i z którą bardzo się zżyłam. Uważam, że należy jej się wyróżnienie na tle innych osób i wielki podziw.

„ Ocaleni. Życie, które znaliśmy” to książka, dla której poświęcenia mojego czasu w ogóle nie żałuję. Na pewno sięgnę po nią jeszcze raz, jak również zrobię wszystko, by przeczytać kolejne tomy tej serii i dowiedzieć się, jak koniec świata wyglądał z perspektywy innych osób.
Was serdecznie zachęcam do zapoznania się z tą pozycją, choć ostrzegam, że nie jest to powieść dla osób o słabych nerwach, bo nie dla wszystkich bohaterów koniec jest szczęśliwy.

OCENA: 8/10



Dom na Wzgórzu ( Peter James)- recenzja Demetrii

Dom na Wzgórzu ( Peter James)- recenzja Demetrii

NOTATKI DO RECENZJI Z LIPCA 2017
( PRZEPISANE NA KOMPUTER W TAKIEJ FORMIE, W JAKIEJ BYŁY ZAPISANE NA PAPIERZE)

Hejka wszystkim! Jeju, jak ten czas leci! Już dwa miesiące studiuję w Anglii, w co wciąż nie mogę uwierzyć. Mam taką ilość zajęć, że jedyne na co mam ochotę, gdy mam chwilę przerwy, to sen. Na szczęście mam teraz tydzień przerwy, więc może uda mi się naszykować trochę postów do wstawiania, gdy nie będę miała znów czasu by je pisać. 
A dziś przychodzę z recenzją książki, którą udało mi się przeczytać jakieś półtora roku temu i do której notatek użyję dziś w niezmienionej od 2017 roku formie. Choć mam ochotę pozmieniać trochę rzeczy, nie zrobię tego, by odbiór książki pozostał prawdziwy i taki, jaki był gdy ją skończyłam. 

Oryginalny tytuł: The House on Cold Hill
Tytuł polski: Dom na Wzgórzu
Autor: Peter James
Tłumacz: Robert Waliś
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 384

,,Przeprowadzka z centrum Brighton na prowincję, to poważne przedsięwzięcie i wyzwanie dla trzyosobowej rodziny. Jednak Cold Hill House – ogromna, zrujnowana georgiańska posiadłość, budzi w Olliem niesamowitą ekscytację. Jeszcze nie wie, czy podoła finansowo temu wyzwaniu, ale od dziecka marzył o tym, by zamieszkać na wsi, a rezydencja wydaje mu się idealnym miejscem dla kochającej kontakt z naturą córki. Posiadłość jest inwestycją, która ma generować zyski i być bazą dla jego nowej firmy projektującej strony internetowe. Jego żona, Caro, podchodzi do tego mniej optymistycznie, a dwunastoletnia Jade nie jest zadowolona z rozstania z przyjaciółmi.
Już po kilku dniach od przeprowadzki, staje się jasne, że Harcourtowie nie są jedynymi mieszkańcami Cold Hill House. Gdy dom zwraca się przeciwko nim, nie pozostaje im nic innego, jak pogrążyć się w jego mrocznej historii... "
opis z lubimyczytac.pl

" Dom na wzgórzu" był pierwszym horrorem, jaki przeczytałam, nie licząc "Wielkiego Marszu" Stephena Kinga, który mnie jednak nie przestraszył. Przed zapoznaniem się z nim byłam przekonana, że książka nie będzie w stanie mnie przestraszyć. Myliłam się, o jak strasznie się myliłam.
Pisząc tę recenzję, siedzę w łóżku bojąc się przejść w inny kraniec pokoju z obawy przed natrętnymi duchami ( kamienica, w której mieszkam ma jakieś sto lat; kto wie jakie strachy się w jej murach kryją). Tak jak jeden z bohaterów nie wiem już, co jest prawdą, a co wymysłem mojej świadomości.

Książka była niezwykła, tajemnicza, mroczna i przerażająca. Wciągająca niczym bagna spowite mgłą równie gęstą jak ta skrywająca historię domu Cold Hill. Fabuła choć prosta, intrygująca i pochłaniająca. Czytając nawet nie zauważałam upływającego czasu. Z niecierpliwością i przeszywającymi mnie dreszczami obserwowałam poczynania bohaterów i to, jak ze strony na stronę świadomość zaczynała płatać im figle, przerażenie i strach brały górę nad innymi emocjami, a nawiedzające ich duchy stawały się coraz bardziej nieznośne. 

"Nie boję się zmarłych, to żywi mnie przerażają"

Każdą z postaci udało mi się w jakimś stopniu polubić, dlatego życzyłam im jak najlepiej i absolutnie nie chciałam, by skończyli jak poprzedni właściciele posiadłości. Co wyszło z tego, czego sobie życzyłam? Tego wam nie zdradzę, tak jak nie zdradzę wam zakończenia tej powieści.
Zdecydowanie polecam " Dom na Wzgórzu", w szczególności osobom, które oglądały i którym podobał się pierwszy sezon " American Horror Story".

OCENA: 8/10 


KONKURS-WYNIKI!!!

KONKURS-WYNIKI!!!

Witajcie! Od razu mówię- tak, wiemy że wyniki miały być do 16 września ale prosimy o zrozumienie; początek studiów odrobinę nas przytłoczył.

Choć zgłosiły się tylko trzy osoby, postanowiłyśmy mimo wszystko zrobić losowanie i wylosować zwycięzcę, którym to zostaje... THE WICKED ONE!!! 


Gratulujemy zwycięzcy!!! Książkę wyślemy w ciągu najbliższego miesiąca :)

#86: Wodospady Cienia. Urodzona o północy (C.C.Hunter)- recenzja Demetrii

Witajcie! Jak wam minęły lub też mijają wakacje? Ja wróciłam na chwilę do Polski pozbyć się zbędnych zębów ale już niedługo, bo ósmego wracam do Anglii, gdzie wraz z Audrey rozpocznę wkrótce studia. Mam nadzieję, że nowa szkoła i mniej wolnego czasu zdopingują mnie do częstszego pisania bloga. Po tych dwóch miesiącach wakacji jestem bardziej rozleniwiona i wykończona niż po kilku miesiącach w szkole. No ale co zrobić.
Dziś przychodzę do was z recenzją pierwszej części serii "Wodospady cienia", za którą zabrałam się za sprawą Roberta z bloga/vloga CZYTANIE MOIM TLENEM, u którego już dawno temu przeczytałam, że seria ta jest jedną z jego ulunionych, a jej pierwszą część Robert określił jako świetną. Czy i ja odebrałam ją w ten sposób?

Oryginalny tytuł: Shadow Falls. Born at Midnight.
Tytuł polski: Wodospady Cienia. Urodzona o północy.
Autor: C.C. Hunter
Tłumacz: Joanna Lipińska
Wydawnictwo: Feeria
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 440

Życie Kylie Galen zdaje się walić w gruzy. Umiera jej ukochana babcia, rzuca ją chłopak, jej rodzice się rozstają, a w dodatku ciągle widuje dziwną postać, której nikt poza nią zdaje się nie zauważać… Pewnego wieczora Kylie Galen ląduje na nieodpowiedniej imprezie z nieodpowiednimi ludźmi i to zmienia jej życie na zawsze. Matka wysyła ją do Wodospadów Cienia – na obóz dla trudnej młodzieży. Sformułowanie „trudna” jednak niezupełnie określa jej współobozowiczów. Okazuje się, że wraz z nią mieszkają tu wampiry, wilkołaki, zmiennokształtni, czarownice, elfy i inne nastolatki o ponadnaturalnych zdolnościach. Nikt nie wie jednak, jakie umiejętności ma Kylie… Jakby życie nie było wystarczająco skomplikowane, na scenie pojawiają się Derek i Lucas – półelf i wilkołak, którzy zajmują znaczące miejsce w życiu i sercu Kylie.


Wybaczcie mi wstawienie opisu z lubimyczytać.pl ale za nic w świecie nie jestem w stanie przypomnieć sobie początku tej książki, a jej dalszą część pamiętam jak przez mgłę. To już o czymś świadczy, prawda? No cóż, choć powieść mi się w miarę podobała, to uważam, że była zwyczajnie przeciętna. Tak, nie tylko zwyczajna, ale zwyczajnie przeciętna. Liczyłam na coś lepszego po przeczytaniu tak wielu pozytywnych recenzji, w tym tej Roberta. Zawiodłam się i będę się musiała zmusić, żeby przeczytać drugą część " Wodospadów cienia".

Fabuła nie była taka zła- zawsze lubiłam czytać o stworzeniach nadprzyrodzonych, ale typowo młodzieżówkowy i dość kiepski sposób pisania skutecznie zniechęca mnie do sięgnięcia po kontynuacje. Myślę, że po prostu wyrosłam z tego typu książek i może dlatego nie robią one już na mnie takiego wrażenia.

" Kylie spojrzała na wtulonego w jej piersi kotka. Wokół niego rozbłysły skry w kształcie rąbów. A potem puff... pojawił się Perry. Stał przed Kylie z głową opartą o jej biust."

Bohaterowie też nie zrobili na mnie dobrego wrażenia. Wydawali mi się papierowi, bezosobowi, a jeśli już któryś się czymś wyróżniał, to zazwyczaj mnie irytował. Relacje między nimi mogę określić jako mdłe, nudne i żenujące. Żadna z postaci nie stała mi się bliska, trójkąt miłosny był dla mnie niezrozumiały i niezjadliwy, a główna bohaterka, jej charakter i decyzje to jakiś żart.

Choć mnie się książka nie podobała, nie znaczy, że i wam się nie spodoba. Dlatego też mimo mojej recenzji i faktu, że zjechałam tę książkę, zachęcam was do jej przeczytania i stworzenia własnej opinii.

OCENA: 6/10


#85: Marsjanin ( Andy Weir) - recenzja Demetrii

#85: Marsjanin ( Andy Weir) - recenzja Demetrii

Witajcie! Tak jak bohater książki, którą dziś zrecenzuję, tak i ja zniknęłam na pewien czas na moim własnym Marsie, a jak wiadomo na Marsie nie ma możliwości vloggowania ani bloggowania. No nic, mówi się trudno i żyje się dalej.
Przypominam, że konkurs na blogu trwa do 12 września.

Oryginalny tytuł: The Martian
Polski tytuł: Marsjanin
Autor: Andy Weir
Tłumacz: Marcin Ring
Wydawnictwo: Akurat
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 384

Marzyliście kiedyś o zostaniu astronautą? O zobaczeniu innych planet? No cóż, Mark Watney może wam szczerze odradzić szalone wypady na Marsa, na którym utknął po tym, jak w ekspedycję, której był członkiem, uderzyła burza piaskowa. Reszta ekipy odlatuje, a ranny Mark zostaje na bezlitosnej planecie, w zdewastowanym obozie i z ograczonymi zapasami wody i żywności. Zostaje on uznany za martwego, więc nikt na Ziemi nie spieszy się z ratunkiem. On jednak nie poddaje się i rozpoczyna walkę o przetrwanie, z której nawet on sam nie wie, czy wyjdzie z tarczą, czy na tarczy.

Marsjanin to książka, w którą nie udało mi się wciągnąć od pierwszych stron ale z biegiem czasu zaczynałam czuć, że nie dam rady jej od tak odłożyć. Tak przynajmniej myślałam. Chęć dowiedzenia się, czy Markowi uda się bezpiecznie opuścić Marsa wygrywała z niekiedy nużącymi opisami z dziennika Hab-u. Jej większa część spisana jest w formie pamiętnika, więc zdziwiłam się trochę, gdy okazało się, że autor postanowił zapoznać czytelnika nie tylko z tym, co się działo na Marsie, ale również z wydarzeniami na Ziemi, opowiadając o nich z perspektywy narratora wszechwiedzącego.

Główny bohater był wspaniałą postacią, niezwykle błyskotliwą, pozytywną i komiczną. Jego przemyślenia bawiły mnie do łez, mimo że żarty dość często w ogóle nie pasowały do sytuacji, w jakiej Mark się znajdował. Opisując próby utrzymania się przy życiu, autor w osobie Watneya używa czasem skomplikowanej biologicznej, czy chemicznej terminologii, ale można zauważyć, że stara się to robić w takim kontekście, by było to zrozumiałe. Tłumaczy w prostych słowach to, co robi i czego używa: działanie jakiegoś urządzenia lub niebezpieczeństwo wykonywania danej reakcji ( powolne spalanie wodoru grozi eksplozją). Jest to niezwykle pomocne, szczególnie jeśli tak jak ja, nie uważało się na ani jednej lekcji chemii czy biologii w szkole.

"Nie mając pola magnetycznego, Mars nie ma żadnej ochrony przed promieniowaniem słonecznym. Jeśli byłbym na nie wystawiony, dostałbym takiego raka, że jeszcze ten rak miałby raka. "

Niestety, minął miesiąc, a mnie wciąż nie udało się dobrnąć do połowy książki. Powieść z każdym dniem nudziła mnie coraz bardziej. Najgorsze stały się fragmenty z dziennika Marka Watneya. Ja wiem, że autorowi mogło chodzić o to, by zwykły szary człowiek poznał krok po kroku instrukcję przeżycia na obcej planecie i wiem, że sama wcześniej pisałam jak bardzo były one pomocne. Jednakże, z każdą kolejną kartką te opisy piętrzyły się i piętrzyły, a ja coraz mniej z nich rozumiałam. Ba! Nie byłam zwyczajnie w stanie czytać raz po razie opisów złączania jednych rurek z drugimi. Koniec końców, pominęłam wszystkie wpisy z dziennika aż do momentu wyruszenia w drogę ( no spoiler). Kiedy udało mi się wreszcie dotrzeć do ostatniego rozdziału, cieszyłam się niesamowicie. Niestety, powodem tej radości nie było uratowanie Marka (spojler alert), ale satysfakcja z zakończenia tej książki i z możliwości jej odłożenia.

Jak widzicie, moje zdanie o tej książce zmieniło się w miarę zapoznawania się z jej treścią. Mimo, że sama nie uważam jej za najlepszą powieść świata, ani nawet jedną z lepszych powieści świata, nie znaczy to, że któremuś z was się ona nie spodoba.

OCENA: 7/10


KONKURS- AKTUALIZACJA [ PRZEDŁUŻENIE TERMINU ZGŁOSZEŃ]

KONKURS- AKTUALIZACJA [ PRZEDŁUŻENIE TERMINU ZGŁOSZEŃ]

WITAJCIE!

ZE WZGLĘDU NA MAŁĄ ILOŚĆ ZGŁOSZEŃ, WRAZ Z AUDREY POSTANOWIŁYŚMY PRZEDŁUŻYĆ TERMIN ZGŁASZANIA SIĘ DO KONKURSU DO 12 WRZEŚNIA.
ZASADY ZABAWY POZOSTAJĄ TE SAME.

OSOBY, KTÓRE ZGŁOSIŁY SIĘ DO TEJ PORY NIE MUSZĄ ZGŁASZAĆ SIĘ PONOWNIE. ICH ZGŁOSZENIA JUŻ ZOSTAŁY WZIĘTE POD UWAGĘ.

NOWY TERMIN: 12 WRZEŚNIA

Demetria Books


#84: 'Otoczeni przez Idiotów' ( Thomas Erikson) - książka, która pomaga zrozumieć - recenzja Audrey

#84: 'Otoczeni przez Idiotów' ( Thomas Erikson) - książka, która pomaga zrozumieć - recenzja Audrey

Witam. Audrey przybywa z nową recenzją książki, o jakże przyciągającym tytule ‘Otoczeni przez idiotów’.

Oryginalny tytuł: Omgiven av idioter
Polski tytuł: Otoczeni przez idiotów
Autor: Thomas Erikson
Tłumacz: Małgorzata Maruszkin
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 285


Jako osoba, którą przyciągają wszelkie nieoczywiste i zaskakujące rzeczy, a odpychają banały zwróciłam uwagę na tę książkę właśnie przez tytuł. Mało tego, razem z Demetrią stałyśmy przez dobre pół godziny w księgarni, przeglądając ją i zaśmiewając się z tego, jaka jest trafna. Po jakimś czasie, udało mi się (a właściwie Demetrii) ją dostać i byłam naprawdę zadowolona, że mogę ją dostać. Właściwie, wciąż jestem, bo nie  zawiodłam się.
Może najpierw zapoznam was, czym jest książka. Otóż, szukajcie jej na pułkach z książkami psychologicznymi. Autorem jest szwedzki pisarz Thomas Erikson. ‘Otoczeni przez idiotów’ przedstawia znany od zarania dziejów system podziału ludzi względem temperamentu nazwanym DISC. Natomiast, we współczesny sposób. Jeśli ktoś wciąż uważa, że każdy jest wyjątkowy i nie lubi kategoryzacji ludzi, może już skończyć czytać. Zgadzam się, że każdy ma w sobie coś niepowtarzalnego, ale nasze organizmy działają tak samo.

Mamy zatem szybkich i czynnych Czerwonych, towarzyskich i nieuważnych Żółtych, życzliwych i biernych Zielonych oraz zimnych i skupionych Niebieskich. Thomas Erikson opisuje w książce zachowania każdej z tych podgrup w danych sytuacjach; mówi o tym, co kieruje każdą z nich, przedstawia ich priorytety życiowe oraz słabe punkty. I robi to w bardzo ciekawy, humorystyczny sposób, na życiowych przykładach osób, które miał okazję spotkać w pracy oraz z którymi miał do czynienia w życiu towarzyskim. Każdemu kolorowi poświęcone jest tyle samo uwagi. I…, o dziwo, czytając o ludziach z innej grupy, niż ty, łatwiej jest ci ich zrozumieć. Naprawdę, ta książka pozwala zobaczyć świat oczami człowieka, który jest skrajnie inny od ciebie. A uważam, że to bardzo przydatna w wielu sytuacjach umiejętność, ponieważ nie zawsze sami decydujemy o tym, kogo potkamy w życiu. Oczywiście, najlepiej, jeśli osoba przejawia cechy jednego z kolorów, a nie więcej, a to rzadkie. Ale, przede wszystkim, dzięki poradnikowi, można dowiedzieć się trochę o sobie oraz poznać własne wady i słabości, a trzeba je znać, jeśli chce się ich pozbyć.  Mogę więc stwierdzić, że książka pomaga również w dążeniu do pewnych ideałów.

Żeby nie było tak kwieciście i kolorowo… mam parę uwag. Czasami miałam wrażenie, że autor sili się na żarty i luźny styl pisania, aby jak najlepiej przemówić do czytelnika. Być może, niepotrzebnie, ponieważ wymuszone żarty zazwyczaj nie są zabawne, a krępujące. Zdarzają się również powtórzenia, ponieważ jeśli już poznaliśmy dobrze daną grupę kolorów, pewne rzeczy są oczywiste i nie trzeba podkreślać ich po raz kolejny. Poradnika nie można nazwać więc fachowym i profesjonalnym, ale po prostu interesującym i zachęcającym do sięgnięcia do dalszych, bardziej zaawansowanych źródeł związanych z podziałem DISC.

Mimo wszystko, czytało mi się bardzo przyjemnie, a świadczy o tym tępo, w jakim skończyłam ‘Otoczonych przez idiotów’. Cenię książki, które wnoszą coś do mojego życia, a tej zdecydowanie się to udało. Chociażby to, że teraz nazywam ludzi kolorami. Jako, że jestem zielono-niebieska,  obserwowanie ludzi w milczeniu i określanie ich profilu psychologicznego to mój żywioł.
Polecam tę książkę szczególnie tym, którzy czują się zagubieni i niezrozumiani w otoczeniu, w jakim funkcjonują. Na pewno w jakimś stopniu, chociażby małym.

OCENA: 7/10


TOP 5: Piosenek Czerwca i Lipca - Wersja Audrey!!!

TOP 5: Piosenek Czerwca i Lipca - Wersja Audrey!!!

Witam! Każdy ma jakieś piosenki, które towarzyszą mu w ten letni miesiąc, jakim jest lipiec. Nie będę trzymała w tajemnicy, że jest to jeden z moich najmniej lubianych miesiąców w roku, ale nawet w nim muzyka żyje. Zapoznajcie się więc z utworami, które są teraz blisko mnie. Miłego słuchania.

1. Nevermind – Foster the People

Rok wydania:2014
Album: Supermodel
Gatunek: Alternative/Indie/Rock

Nie pytajcie, skąd mi się to wzięło, bo po prostu nie wiem, ale mogę słuchać tego zespołu godzinami. Do mojego TOP wybrałam akurat tę pozycję z albumu ‘Supermodel’, ponieważ ostatnio chyba najczęściej słucham właśnie jej. W pewien sposób uspakaja mnie, więc może na was też zadziała w podobny sposób.



2. I want to hold your hand – The Beatles

Rok wydania: 1964
Album: Meet the Breatles!

Gatunek: Folk rock

To jest odpowiedni moment na pytanie, czy ktoś zna jakieś sprawdzone sposoby na pozbycie się piosenki ze swoich myśli, kiedy ta nie ustępuje i nie daje nam spokoju. W tym przypadku, rada bardzo by się przydała, bo kiedy raz posłucha się tego lub podobnych utworów Beatlesów, będzie się je nuciło przez następne godziny nieustępliwie. Ten utwór siedzi w mojej głowie od jakiegoś roku. Oczywiście, z przerwami. Kiedy myślę, że mam spokój, znów gdzieś usłyszę ‘I want to hold your hand’ i zaczyna się od nowa. Mimo wszystko, nie ukrywam, że lubię tę piosenkę.



3. Tommorow Never Dies – Sheryl Crow

Rok wydania: 1997
Album: Tomorrow Never Dies

Gatunek: Rock

Kolejna piosenka, która mnie prześladuje. Ale trochę w inny sposób. Nie będąc wcale znaną, wciąż słyszę ją albo na playlistach odtwarzanych losowo albo w tle, jadąc windą albo wchodząc do sklepu muzycznego. Zwraca na siebie moją uwagę, ponieważ oczywiście podoba mi się. Z resztą, jak niemalże wszystkie piosenki napisane do filmów o Jamesie Bondzie. Od zawsze uważam, że utwory te są nawet lepsze od filmów i zawsze oglądam tylko sam początek, żeby usłyszeć piosnkę.



4. Delicate – Damien Rice

Rok wydania: 2002
Album: O

Gatunek: muzyka autorska

Teraz trochę nieoczywistej romantyczności od tego pana. Trafiają do mnie emocje, które przekazuje Damien Rice w swoich utworach, więc oto kolejna moja playlista i kolejna jego piosenka. Zazwyczaj słucham jej tylko wtedy, kiedy jestem sama i smutna, żeby być jeszcze bardziej smutną, ale tutaj się nią z wami podzielę.



5. Who You Really Are – David Arnold, Michael Price

Rok wydania: 2017
Album: Sherlock Soundtrack

Dlaczego ten utwór budzi mnie co rano? Ponieważ żaden inny nie potrafi aż tak mną potrząsnąć. Wierzcie mi, że od długiego czasu mam to ustawione jako alarm, ale wciąż gdy to słyszę, przeszywają mną dreszcze i natychmiast wstaję na nogi. Nie wiem, czy to zasługa dźwięku skrzypiec, czy to, że w jednym momencie przebiegają mi przed oczami wszystkie wydarzenia czwartego sezonu i wtedy tak bardzo chcę wrócić do czasów pierwszego. A więc ‘Who You Really Are’ wzbudza we mnie taką pewnego rodzaju tęsknotę i żal, że tym właśnie utworem granym w duecie ze swoją siostrą Eurus, Sherlock ‘pożegnał’ serial prawie dwadzieścia miesięcy temu.


TOP 10: ULUBIONYCH PIOSENEK CZERWCA I LIPCA- WERSJA DEMETRII !!! [ CZ.2]

TOP 10: ULUBIONYCH PIOSENEK CZERWCA I LIPCA- WERSJA DEMETRII !!! [ CZ.2]

Witajcie. Wczoraj poznaliście pierwszą część topki moich ulubionych piosenek czerwca i lipca. Jeśli nie czytaliście poprzedniego postu, zachęcam do kliknięcia TUTAJ. Myślę, że mogę zaczynać część drugą. Zacznijmy od numeru szóstego.

6. "Ready as I'll never be" - Jeremy Jordan, Eden Espinosa, Tangled- Cast

Rok wydania: 2018
Album: Tangled. The series ( Music from the TV Series)
Gatunek: muzyka filmowa

Uwielbiam serial " Zaplątani", tak jak kocham zarówno pełnometrażową animację, jak i krótkometrażówkę o ślubie Julka ( lub Eugene'a) i Roszpunki. Chyba nigdy do końca nie wyrosnę z bajek. Z resztą, jak tu wyrosnąć z bajek, jak narysowani w nich mężczyźni są tacy przystojni!
Piosenki z tego serialu są całkiem niezłe, ale ta konkretna, którą tu wymieniłam to coś rewelacyjnego. Jestem pod wielkim wrażeniem głosu Jeremiego Jordana, który wykonuje tutaj partię Variana, jak i samego utworu, który jest bardzo dobrze napisany.



7."Thousand years" - Christina Perri

Rok wydania: 2011
Album: The Twilight Saga: Breaking Dawn- Part 1
Gatunek: pop

Będę z wami szczera. Ostatnimi czasy zebrało mi się znów na czytanie i oglądanie Sagi Zmierzch, jak również wszystkich możliwych fanfiction. Co więcej, uważam że to bardzo dobre guilty pleasure. No, może prócz tego dziecka wygenerowanego komputerowo z ostatniej części i gry aktorskiej Kristen Stewart ( czy tylko mnie kojarzy się ona z deską z serialu Ed, Edd i Eddy?). W każdym razie, od zawsze uważałam, że ścieżka dźwiękowa do ostatniej części jest bardzo dobra, a " Thousand years" jest jedną z najlepszych piosenek. Bardzo lubię Christinę Perri, a tej konkretnej ballady zawsze dobrze mi się słucha.



8. "Higher ground" - Rasmussen

Rok wydania: 2018
Gatunek: pop

Tegoroczna Eurowizja owocowała w wiele dobrych, a przynajmniej chwytliwych piosenek. " Higher Ground" jest jedną z tych, na które najbardziej liczyłam, że uda im się wygrać. Bardzo podoba mi się brzmienie wspomagającego zespołu, szczególnie kiedy rozchodzą się na głosy. Szczególnie lubię jednak głos solisty- Rasmussena, którego głosu słucha się z największą przyjemnością. Niech żyją wikingowie!
Choć wstawiam poniżej wersję akustyczną, bo taka podoba mi się bardziej, polecam przesłuchać również wersję oryginalną.



9. "Good night" - Dreamcatcher

Rok wydania: 2017
Gatunek: k-rock/k-pop

O ile nie jestem wielką fanką damskich zespołów kpopowych, o tyle Dreamcatcher kupił mnie całkowicie! Unikatowa rockowa nutka to to, czego potrzebowały kpopowe damskie bandy. Słucha się tego świetnie, piosenka nakręca i daje kopa energii, aż ma się ochotę, zgodnie z tekstem piosenki, biec przed siebie ile sił w nogach. Mega!



10. " Seavolution/ Wave rider/ Tear it down" - Tiesto 

Rok wydania: 2018
Album: Hotel Transylvania 3: Summer Vacation (Movie Soundtrack)
Gatunek: muzyka klubowa ( tak to określam nie znając się na klubowej muzyce)

Na sam koniec końców coś dla fanów klasycznego "łubu-dubu", czyli muzyka klubowa która sprawia, że morskie potwory stają się agresywne, a wszyscy inni ruszają w tany. Nigdy w życiu nie byłam w żadnym klubie, więc nie jestem w stanie wam porównać tych trzech utworów do czegoś innego, ale mogę was zapewnić, że świetnie się do tej składanki robi kanapki :)
Samego filmu " Hotel transylvania 3" jeszcze nie widziałam, choć powinnam, bo boję się, że pokrzyżuje mi on plany fanfikowe. Na pewno się na niego niedługo wybiorę, a tymczasem delektuję się rewelacyjną "nutą", która jak nic innego potrafi zerwać mnie z kanapy.
Są to trzy utwory, więc poniżej wklejam je w takiej kolejności, w jakiej są w filmie. Ja się z wami żegnam i życzę wam miłego słuchania!




Copyright © 2014 Podróże międzyksiążkowe , Blogger