#91: Dotyk Julii ( Tahereh Mafi)- recenzja

Hej ludziki! Nie będę was okłamywać, strasznie ciężko mi się ostatnio pisze. Nie tylko bloga, wszystko. Czytać też prawie nie mogę. Nie wiem, co się dzieje. Na szczęście wciąż mam notatki do recenzji trzech książek, więc dopóki nie wróci mi wena do czytania i wciąż będzie mi to zajmowało tak dużo czasu, będę korzystać ze starych notatek. Trudno.

Oryginalny tytuł: Shatter Me
Tytuł polski: Dotyk Julii
Autor: Tahereh Mafi
Tłumacz: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 336

[UPDATE 2019: Przepraszam za użycie opisu z lubimyczytac.pl ale kompletnie nie pamiętam fabuły tej książki]
Nikt nie wie, dlaczego dotyk Julii zabija. Bezwzględni przywódcy Komitetu Odnowy chcą wykorzystać moc dziewczyny, aby zawładnąć światem. Julia jednak po raz pierwszy w życiu się buntuje. Zaczyna walczyć, bo u jej boku staje ktoś, kogo kocha. 

Książka nie jest rewelacyjna, to muszę od razu przyznać. Mimo to, ma w sobie coś takiego, co sprawia, że jest ona niesamowicie wciągająca. Nie potrafiłam się oderwać i bardzo szybko ją skończyłam. Jednocześnie nie wywołała we mnie żadnych emocji, więc myślę, że czytałam ją raczej z czystej ciekawości jak autorka zakończy pierwszy tom serii, niż z niewymuszonej chęci do zapoznania się z tą książką. Wszystko w powieści było takie "okej", ale nic więcej. Szału nie było.
Niestety, dużym minusem tej książki był kolejny bezsensowny trójkąt miłosny, jakich jest pełno w powieściach. Nie wiem, może odbierałam go tak negatywnie, bo bohaterowie byli mi kompletnie obojętni. Tak, wszyscy. A może po prostu widziałam motyw trójkąta miłosnego w tylu książkach, że już zdecydowanie mam go dość.

"Spędzałam życie wsunięta między kartki książek. Z braku bliskości z ludźmi budowałam więzi z papierowymi postaciami. Przeżyłam miłość i stratę z powieści historycznych, doświadczyłam dojrzewania przez analogię. Mój świat jest utkaną ze słów pajęczyną, splatającą kończyny, kości i ścięgna, myśli i obrazy. Jestem istotą złożoną z liter, postacią stworzoną przez zdania, wytworem wyobraźni, fikcją. "

Wracając do postaci, nawet Julia- główna bohaterka mnie nie denerwowała, co się rzadko zdarza w moim przypadku. Była mi tak totalnie obojętna, że nawet gdyby zginęła już na początku książki, w ogóle bym się nie przejęła.
Warner okropnie przypomina Jonathana z serii "Dary Anioła"- też jest psychopatą z obsesją na punkcie kobiety, która go nienawidzi i też podejmuje próbę pokazania jej swojego świata, jeszcze bardziej ją do siebie zrażając. Niestety, to kolejna postać, która była mi obojętna. No, był jeden moment, kiedy chciałam go udusić ale to tyle.
Co do Adama, myślę że jest po prostu zbyt idealną postacią i dlatego... chyba wiecie, co chcę powiedzieć.

Wątpię, że kiedykolwiek sięgnę po kolejny tom z tej serii. Słyszałam dużo dobrego i się niestety zawiodłam. Tyle w temacie.

OCENA: 6/10



#3: Herkules - spojlerowa recenzja filmu

#3: Herkules - spojlerowa recenzja filmu


Witajcie ludziki ( tak, wracam do ludzików)! Zaczęłam uporządkowywać pliki na moim laptopie i całkiem przypadkiem znalazłam tę oto recenzję filmu "Herkules" z 2014 roku. Stwierdziłam, że co się ma zmarnować, dlatego wrzucam ją na bloga. 



Cofnijmy się więc do 2014 roku i piętnastoletniej Demetrii siadającej do komputera zaraz po powrocie z kina, by napisać...

Nie marnując słów i pięknej białej kartki ,,maszynopisu”, rozpocznę recenzję filmu, na który wybrałam się razem z rodziną trzynastego sierpnia.

,, Herkules” to kolejna reinterpretacja klasycznego mitu. To opowieść o losach Herkulesa wygnanego z Aten i poszukującego ukojenia w walce i byciu najemnikiem. Razem ze swoją ,, Drużyną Pierścienia” zostaje zatrudniony przez dobrego króla Tracji, który później okazuje się być złym władcą. Bohater ma wyszkolić armię, obronić ludność i króla przed domniemanym najeźdźcą. Jak można by się domyślić, udaje mu się. W pewnym momencie jednak bohater zdaje sobie sprawę, że został oszukany, a dobry/zły król sam pragnie podbić inne ziemie oraz ludy i zawładnąć całą Grecją. Postanawia zniweczyć plany byłego pracodawcy. W między czasie dowiaduje się, kto zabił mu rodzinę, poznaje piękną królową i niszczy posąg nienawidzącej go bogini.

Już w pierwszych minutach filmu zostaje nam podany na ekranie jak na talerzu wzór drużyny, który możemy zauważyć również w innych produkcjach takich jak ,, Thor”, ,, Fantastyczna czwórka”, czy też ,, Avengers” . Między kilkoma dzielnymi wojami odnajduje się jedna dzielna wojowniczka, która podbija nasze serca. Pokazuje, że kobieta też potrafi walczyć o swoje, nie poddawać się i równie dobrze jak mężczyźni władać mieczem lub inną bronią.

Grze aktorskiej Dwayne’a Johnsona- filmowego Herkulesa nie można nic zarzucić. Jego rola jest bardzo wiarygodna, choć na twarzy bohatera malują się wciąż te same emocje: radość, gniew, smutek.
Naprawdę bardzo dobrym pomysłem była zmiana koncepcji bohatera antycznego i przedstawienie go jako czułego ojca, któremu rodzinę zabił król Aten zazdrosny o uwielbienie ludu. Dzięki temu bohater nie stał się kolejnym ,, mięśniakiem” pozbawionym uczuć.

Wciąż powstają filmy w technice 3D. Nie wszystkie te efekty są przekonujące, a niektóre niepotrzebne jak w ,,Hobbicie’’. Tym razem nie sprawiły, że film stał się sztuczny, tylko dodały mu uroku. Nie raz, nie dwa nieświadomie widz uchylał się przed strzałą, oszczepem, czy tez ostrymi zębami Lwa Nemejskiego. co sprawia, że adaptacja jest bardziej realistyczna.
Wprowadzenie bohaterów dziecięcych, przedstawienie ich dramatycznych losów oddziałuje na emocje odbiorcy. Wiele brutalnych scen z udziałem dzieci łapie za serce i przypomina, że na wojnie zawsze są ofiary, bardzo często nawet tak bezbronne.
Fabuła luźno traktuje mit jak i samego bohatera. Raz wprawia nas w strach, a raz bawi komizmem sytuacji i postaci. Wróżbita wyczekujący na śmierć, która wcale nie zamierza przyjść tak szybko jest tego przykładem.

Tak naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Są może trzy rzeczy, które nie podobały mi się w filmie. Pierwszym z nich, według mnie najważniejszym, jest zmiana imienia głównego bohatera. Na samym początku narrator mówi, że matka Heraklesa dała mu to imię na cześć bogini Hery. Kiedy jednak zaczyna opowiadać o dorosłym mężczyźnie, zostaje zmienione na rzymskie Herkules i wymawiane przez innych ludzi aż do ostatniej sceny. Podejrzewam, że ma to związek z przywiązaniem się populacji XXI wieku do jego rzymskiej wersji, choć skoro rzecz dzieje się w starożytnej Grecji powinno zostać to pierwsze.
Drugą i ostatnią rzeczą jest ucięty wątek. Wiele osób mogło nie zwrócić na niego uwagi, aczkolwiek ja uważam, że wprowadzenie postaci Resosa, który przez pierwsze pół godziny filmu pojawia się i znika jak Józek z piosenki zespołu Bajm było totalnym niewypałem. Bohater, o którym na początku dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy później zostaje pojmany, związany, wypowiada kilka zdań i znika równie szybko jak się pojawił pozostawiając wielką przepaść niekończącej się historii, której widz nigdy nie pozna.

Oprócz tych dwóch minusów nie wartych ani jednej złotej greckiej drachmy i fabuły prostej jak budowa cepa, film ogląda się bardzo przyjemnie. Myślę, że autorzy, reżyserzy, czy też scenarzyści chcieli przede wszystkim pokazać, że ,, nie trzeba być półbogiem, żeby być bohaterem”, co może być przesłaniem dla ludzi XXI wieku. Polecam tym, którzy nie liczą na arcydzieło zasługujące na Oscara, ale na lekki film przygodowy dla całej rodziny.

8/10

Break Up Book TAG!!

Break Up Book TAG!!

Hejka ludziki! Zastanawiałam się, o czym powinnam dziś napisać post i koniec końców postanowiłam zrobić Break Up Book TAG, w oryginale wymyślony przez Ashley Shannon, ja go tylko przetłumaczyłam. Nie pytajcie o backstory tej decyzji :D
No, to do dzieła!



1. To koniec- książka, którą przykro ci było kończyć.

" Prawo Mojżesza" przeczytałam w 2016 roku ale wciąż bardzo dobrze pamiętam tę książkę i to, w jakim stopniu zapoznanie się z nią odbiło się echem w moim życiu. Książkę czytałam z zapartym tchem, a zakończenie zszokowało mnie do tego stopnia, że przez kolejne kilka dni chodziłam jak w transie. Nie żartuję. Cieszę się, że wciąż mam tę powieść na półce, bo bardzo chętnie sięgnę po nią jeszcze raz i myślę, że nie będę jej chciała kończyć w takim samym stopniu, jak za pierwszym razem. " Dlatego właśnie ta książka jest taka niesamowita. Nie dość, że jest wciągająca, to mimo wątku paranormalnego wydaje się taka prawdziwa. Mogłoby się wydawać, że jest ona skomplikowana, biorąc pod uwagę ilość wątków i bohaterów, ale to nie do końca prawda. To powieść życiowa i można z niej naprawdę wiele wynieść." - tak właśnie pisałam o niej w mojej recenzji, której pełną wersję możecie znaleźć: TUTAJ

2. Byle przeżyć dzień - książka, w której możesz się zatracić.

Okej, może nie tyle, co zatracić, co wkręcić i przerazić na tyle, że nie mogłam tak łatwo wrócić do prawdziwego świata. Zazwyczaj nie czytam horrorów ale z jakiegoś nieznanego mi już powodu postanowiłam spróbować i chwyciłam " Dom na wzgórzu". To był błąd. To był duży błąd. Ta historia przeraziła mnie nie na żarty ale nie potrafiłam się oderwać i dotrwałam do końca..., a potem nie wychodziłam spod kołdry przez kilka godzin. Moja przeklęta głupota! :D Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.

3. Smutna i ckliwa- książka, która była smutna ale to właśnie w niej pokochałeś. 

" Dag, córka Kasi" to książka nienależąca do kategorii " lekkie, łatwe i przyjemne". Jeśli chcecie po nią sięgnąć, przygotujcie się na ból, krew i łzy, bo życie głównej bohaterki nie rozpieszczało, a szczęścia w nim było tyle co kot napłakał. Mimo to książka jest po prostu doskonała i ani trochę ckliwa. Była to jedna z ulubionych powieści mojej mamy, kiedy była w moim wieku ( mama Kasia, moja siostra Dagmara- a'propos nazywania dzieci imionami bohaterów literackich) i jest ona również na mojej liście książek, które w jakiś sposób wpłynęły na moje życie. " Dag, córka Kasi " to rewelacyjna powieść, która wprowadziła mnie w stan mini- depresji. To taka " Analfabetka, która nie potrafiła liczyć" tylko w wersji starszej , bardziej dramatycznej i oczywiście, polskiej. To tragiczna historia Dagmary, rozgrywająca się na przestrzeni ponad dwudziestu lat. To książka o niekończącej się walce o prawo do szczęścia, miłości i samej siebie. Przekazuje, że nie warto poddawać się ludzkim osądom, trzeba iść cały czas naprzód, z całych sił walczyć o swoje marzenia."
Pełna recenzja TUTAJ

4. Przywróć uśmiech na swojej twarzy- książka, która daje ci radość i potrafi cię rozbawić.

Nie myślałam długo nad odpowiedzią. Humor Ricka Riordana nigdy nie przestaje mnie bawić. Ba! Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że to bohaterowie w jego książkach nauczyli mnie, że byciem otwarcie agresywnym świata nie zwojuję ale sarkazmem i ironią, których idioci nie potrafią zrozumieć już tak. Tak dla " beki" moje zdjęcie z 2014 roku, kiedy to brałam udział w Dniu Herosa, chodząc po szkole we własnoręcznie zrobionej koszulce obozowej i torbie wypchanej książkami o Percym Jacksonie. Oto recenzje książek RR, jakie możecie znaleźć na moim blogu: "Archiwum Herosów" ( TUTAJ), "Krew Olimpu" ( TUTAJ ), " Miecz lata" (TUTAJ ), " Pamiętniki Półbogów" ( TUTAJ), " Znak Ateny" (TUTAJ ).


5. Ponowne wyjście do ludzi- książka, po którą nigdy nie spodziewałbyś się chwycić, a jednak to zrobiłeś.

"Powiem szczerze, że nie oczekiwałam od tej powieści zbyt wiele. Miało to związek z tym, że gdzie bym nie spojrzała, której recenzji bym nie przeczytała, dowiadywałam się, że " Podniebny lot" ma wiele wspólnego z " Pięćdziesięcioma twarzami Grey'a", czyli z powieścią, której po prostu nie znoszę. Dlatego właśnie podeszłam do niego z rezerwą. Jednakże, ku własnemu zdziwieniu, zostałam pozytywnie zaskoczona. " Tak, jak pisałam w recenzji, zostałam zaskoczona, bo naprawdę przyjemnie mi się czytało zarówno pierwszą część serii, jak i jej kontynuacje. Przez lata zarzekałam się, że w życiu nie sięgnę po erotyka ale jak wiadomo, życie jest jak pudełko czekoladek :) Pełna recenzja : TUTAJ.

6. Poznanie kogoś nowego- książka z gatunku, po który normalnie nie sięgasz lub takiego, z którego jeszcze niczego nie czytałeś.

" Niebo istnieje naprawdę" przeczytałam w 2015 roku, a dostałam w prezencie w 2017. Szkoda tylko, że w międzyczasie, bo w 2016 roku chłopiec, o którym mowa w książce przyznał, że cała jego historia o aniołach i spotkaniu Jezusa była zmyślona i wykreowana tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę. No cóż, to jedyna religijna książka, jaką przeczytałam w życiu, nie licząc fragmentów " Biblii". 

7. Jesteś gotowy otworzyć serce i znów pokochać- książka, która daje ci nadzieję na to, że znów się zakochasz. 

Każda antologia miłosnych opowiadań zawsze działa na mnie jak miodek na Kubusia Puchatka. Nie ważne, czy to zbiór świąteczny, czy wakacyjny. Zawsze po przeczytaniu opowiadań w nich zawartych daję się wkręcić w to naiwne myślenie, że miłość czeka na każdym kroku i " kto wie, czy za rogiem nie stoją anioł z Bogiem" i przy okazji jakimś rycerzem na białym koniu. Zawsze. Recenzje książek, które możecie znaleźć na blogu: "Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań.",  " W śnieżną noc".

To już wszystko na dziś! Mam nadzieję, że TAG wam się podobał. Do zrobienia go nominuję:


#90: " Wampiry z Morganville. Księga 1: Przeklęty Dom. Bal umarłych dziewczyn" ( Rachel Caine)- recenzja

#90: " Wampiry z Morganville. Księga 1: Przeklęty Dom. Bal umarłych dziewczyn" ( Rachel Caine)- recenzja


Witajcie! Wiem, że dziś powinna była pojawić się recenzja " Magnusa Chase'a i bogów Asgardu" ale wyjechałam do rodziny na tydzień i zapomniałam zabrać ze sobą notatnika z recenzjami, więc skorzystałam z tego, co już było gotowe.




Pięć lat. Tyle czasu czekała na mnie ta książka, stojąc na półce wśród dziesiątek innych książek o wampirach. To przerażająca ilość czasu, choć wcale mnie nie dziwi. Będąc w gimnazjum miałam obsesję na punkcie kupowania książek. Oczywiście, wypożyczałam je też z biblioteki ale posiadanie książek na stałe za bardzo mnie kusiło. Wydawałam astronomiczne sumy na książki, a większość z nich stoi sobie wciąż na półkach u mnie w pokoju, czekając na swoją kolej, która nie mam pojęcia kiedy nastąpi. W końcu nie mogę ich wszystkich od razu przenieść do Anglii, bo nie miałabym ich nawet gdzie trzymać. W każdym razie, nie wiem, co zdecydowało, że wybrałam akurat „ Wampiry z Morganville” jako powieść na drogę powrotną z Polski do Anglii. Oczywiście, nie skończyłam jej ani w drodze, ani również przez cały styczeń. Troszkę się z nią męczyłam przez mojego kaca książkowego. Starałam się czytać 50 stron dziennie, ale to nic przy pięciuset stronach cegłówki, jaką są „ Wampiry z Morganville”. W końcu udało mi się ją skończyć. Jaka jest moja opinia na jej temat? O tym już za chwilkę.

Oryginalny tytuł: The Morganville Vampires #1: Glass Houses ; #2: The Dead Girls' Dance
Tytuł polski: Wampiry z Morganville. Księga 1: Przeklęty dom. Bal umarłych dziewczyn.
Autor: Rachel Caine
Tłumacz: Edyta Jaczewska
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 508


Claire, choć udaje jej się skończyć liceum w wieku szesnastu lat, według rodziców nie jest wystarczająco dorosła, żeby iść na studia z daleka od domu. Koniec końców trafia do Morganville, miasta równie odpychającego, co uczelnia się w nim znajdująca. Choć Claire jest bystrą dziewczyną, bardzo szybko zachodzi za skórę córce burmistrza, która nie cofa się przed niczym, by zniszczyć wroga raz na zawsze. Posiniaczona nastolatka wyrusza na poszukiwanie nowego mieszkania, z daleka od akademika, w którym króluje Monica i jej świta- dziewczyny, które próbowały ją zabić. Trafia do posiadłości Glassów i choć wydaje jej się, że wśród nowych znajomych i w nowym domu będzie teraz mogła w spokoju kontynuować studia, nie ma pojęcia jak bardzo się myli. Wir wydarzeń wrzuca szesnastolatkę w świat, w który aż ciężko uwierzyć i stawia przed nią problemy, których nikt o zdrowych zmysłach nie wiązałby z uniwersyteckim życiem.
Jak poradzi sobie w sytuacji, gdy cała jej wiedza oparta na nauce zostanie skonfrontowana z rzeczami, których nie da się naukowo wytłumaczyć?

Nie spodziewałam się, że „ Wampiry z Morganville” tak mnie zaskoczą. I to pozytywnie! Z początku nie byłam pewna, czego powinnam oczekiwać. Po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów zastanawiałam się, czy książka nie będzie kolejnym paranormalnym romansem opierającym się na tych samych motywach i stereotypach, co setki, jak nie tysiące innych. Szesnastoletnia szara myszka, dwóch przystojnych mężczyzn gotowych skoczyć jej na ratunek i bogata dziewczyna, której marzeniem jest zniszczenie życia głównej bohaterce. Każdy jest w stanie wymienić przynajmniej dwie powieści bazujące na tym schemacie. Czym więc „ Wampiry z Morganville” różnią się od całej reszty?



No cóż, fabuła w pierwszych stu stronach nie powala. Nie jest może tak okropnie nudna, że nie da się tego czytać ale zdecydowanie trzeba troszeczkę poczekać na rozwój akcji. Pierwsze rozdziały skupiają się głównie na przedstawieniu postaci, relacji między nimi oraz samego Morganville i zasad w nim panujących. Zazwyczaj jeśli po stu stronach książka mnie nie wciągnie, to przerywam jej czytanie. Ze względu jednak na to, że „ Wampiry z Morganville” mają 508 stron, dałam sobie kolejne sto stron. Nie pożałowałam decyzji, bo im dalej, tym lepiej. Kolejne rozdziały przynoszą nam bowiem kolejne problemy czyhające na Clair. Miasto rządzone przez wampiry? Da się przeżyć. Nie do końca żywy współlokator? Jasne, czemu nie. Fakt, że w każdym kącie czeka niebezpieczeństwo i śmierć? Ta…. Rodzice odkrywający piwo w lodówce? Koniec świata.
Miliony kłód zwalają się Clair pod nogi, wciągając ją coraz bardziej w mroczny świat wampirzego miasta, tak jak mnie wciągnęło czytanie o zmaganiach głównej bohaterki i jej przyjaciół. Nie potrafiłam się oderwać od książki! A jak ją skończyłam, to od razu zamarzyłam, by chwycić kolejną księgę w moje łapki.

Jak miałam szesnaście lat przedstawianie postaci w moim wieku tak, jak została przedstawiona Clair, wywoływało we mnie poczucie niesprawiedliwości. Oczywiście, nie zdawałam sobie sprawy, że sama zachowywałam się bardzo podobnie. Clair, niezwykle mądra i inteligentna, choć spierałabym się w tej kwestii, potrafiła być również porywcza, rozchwiana emocjonalnie oraz zachwycona każdym przystojniejszym facetem. Boże, jakie to znajome…
Mimo wszystko mnie udało się ją polubić. Może zaważyła odwaga, której Clair nie brakowało, a może głupie oddanie się walce o sprawiedliwość. Czasami miałam ochotę rzucić w nią klapkiem albo krzyknąć, żeby nie zachowywała się tak dziecinnie ale zaraz przypominałam sobie, że tak naprawdę ona wciąż jest dzieckiem. Nie, żebym mówiła, że ja w wieku dwudziestu lat zachowuję się lepiej, bo to byłoby kłamstwo.

" - (...) jeśli chcesz poznać prawdziwą naturę różnych spraw, moja mała, to przychodź do kogoś, kto tę naturę poznał. 
- Ale to tylko punkt widzenia- stwierdziła Claire.- A nie fakty.
- Każdy fakt jest punktem widzenia. "

Michael i Sam to postacie, z którymi myślę ,że mogłabym znaleźć wspólny język. Michael był jednym z głównych bohaterów, więc udało mi się go całkiem dobrze poznać, niestety nie mogę tego samego powiedzieć o Samie. Pojawił się zaledwie na kilku stronach ale wydawał mi się tak ciepłą osobą, że nie potrafiłam go nie polubić. Obaj ci mężczyźni mieli wiele wspólnego ( w sumie nie dziwne, Sam był dziadkiem Michaela- taki mały spojler) i mam nadzieję, że w kolejnych częściach serii będę mogła zobaczyć ich dwóch w tych samych scenach.

Bardzo podobało mi się to, że aż do końca nie wiadomo do końca kto jest czarnym charakterem. U każdej z postaci mocno zarysowane są zarówno pozytywne jak i negatywne cechy, więc ciężko jest zdecydować czytelnikowi, tak samo jak i Claire, po czyjej stronie stanąć. Nie zgadzam się z wieloma wyborami bohaterów, uważam że ten wybór obróci się przeciwko nim ale żeby się tego dowiedzieć, muszę dorwać kolejną część!

Podsumowując, pierwsza księga „ Wampirów z Morganville” bardzo mi się podobała i gdyby nie te pierwsze sto stron dałabym jej ocenę dziesięć. Wróciłam dzięki niej pamięcią do czasów mojego uwielbienia książek o wampirach, które wydaje mi się, że właśnie powróciły. Polecam wam ją i zachęcam do przeczytania. Mam nadzieję, że tym, którzy jeszcze jej nie znają spodoba się tak samo jak mnie, a tych, którzy jej czytanie mają za sobą, zachęcam do wypowiedzenia się na jej temat w komentarzach pod tą recenzją, na moim blogowym Instagramie lub fanpage-u na Facebooku.

Miłego dnia!

OCENA: 9/10




WIELKA TRÓJKA- NAJLEPSZE KSIĄŻKI 2018

WIELKA TRÓJKA- NAJLEPSZE KSIĄŻKI 2018

Witajcie! Dziś będzie króciutko, bo najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w 2018 jest tylko trzy. Zacznijmy może od tego, że w 2018 roku przeczytałam... UWAGA UWAGA....8 książek. Serio, nie żartuję. Nie wiem, czy to przez maturę, do której swoją drogą powinnam właśnie więcej przeczytać, a przynajmniej powtórzyć niektóre lektury. Prawdopodobnie wyszło tak przez moje lenistwo, bo rozleniwiłam się całkowicie. No nic, mówi się trudno i płynie się dalej.



Oto lista książek, które przeczytałam:

  1. "Body speaks"- Lorna Marshall 
  2. Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach. "- Aleksandra Chrobak
  3. " Świt Wampira" - J.R.Rain
  4. " Babcia 19 i sowiecki sekret"- Ondjaki
  5.  " Ocaleni. Życie, które znaliśmy. " - Susan Beth Pfeffer
  6. Urodzona o północy "- C. C. Hunter
  7. Slash " - Natalia Osińska
  8. Inne zasady lata/ Aristotle and Dante Discover the Secrets of the Universe "- Benjamin Alire Saenz


Jak widzicie, recenzje niektórych z nich już pojawiły się na blogu. Czy pojawi się reszta? Prawdopodobnie nie, ze względu na to, że tych pozostałych nie potrafię zrecenzować, bo były zwyczajnie nijakie albo są za trudne, bym wyrażała swoją opinię na ich temat.

Nadeszła chwila na TOP 3, najlepsze książki, best of, królowe półek itd...

BEDUINKI NA INSTAGRAMIE. MOJE ŻYCIE W EMIRATACH.


Autor: Aleksandra Chrobak
Moja ocena: 8/10

"Autorka w bardzo ciekawy, niekiedy humorystyczny sposób opisuje emiracką rzeczywistość. Robi to z perspektywy kogoś, kto zna nie tylko dobre strony ale i mankamenty tego kraju oraz społeczności go zamieszkujących. Mimo, że nie stroni od podkreślania swojej miłości do Emiratów, opisuje je łącząc opinie bazowane na własnych przeżyciach z tym, co udało jej się odkryć rozmawiając z osobami ze swojego otoczenia- zarówno rodowitymi Emiratczykami, jak i pozostającymi tam na czas kontraktu imigrantami. "
Tak właśnie pisałam o tej książce w mojej recenzji, którą w pełni możecie przeczytać klikając w podlinkowany tytuł.




SLASH


Autor: Natalia Osińska
Moja ocena: 10/10

"Ja płakałam. I wy też będziecie. Dlatego właśnie MUSICIE przeczytać " Slash", a jeśli nie czytaliście " Fanfika", to przeczytajcie najpierw to, a potem wróćcie do " Slasha". Ta duologia ( wiem, że będzie trzecia część, ale oczekuję serii na miarę liczby " Szybkich i wściekłych") to jedne z najlepszych powieści jakie kiedykolwiek czytałam i nie wyobrażam sobie życia bez nich. Tak samo jak bez tostów z majonezem. "
Resztę recenzji możecie znaleźć...oczywiście klikając w tytuł książki !


ARISTOTLE AND DANTE DISCOVER THE SECRETS OF THE UNIVERSE


Polski tytuł: Inne zasady lata
Autor: Benjamin Alire Saenz
Moja ocena: 10/10

"" Aristotle and Dante Discover the Secrets of the Universe", czy też w polskim tłumaczeniu " Inne zasady lata" to książka niezwykła, szczera i prawdziwa. To książka, na której przeczytanie wystarczyły mi cztery godziny, bo wciągnęła mnie tak, że jak zaczęłam, to już nie mogłam przestać, ani chociaż zrobić przerwy. Z zapartym tchem obserwowałam to, co działo się na jej kartach, każdą szczęśliwą i smutną chwilę przeżywałam z bohaterami patrząc, jak dorastają do odpowiedzialności i zrozumienia własnego ja. "
Wiecie, co robić... już, już klikać mi w podlinkowany tytuł!!! :)


To by było na tyle! Mam nadzieję, że zajrzycie do pełnych recenzji książek, które wymieniłam oraz do nich samych, bo wszystkie trzy warto przeczytać, choćby dla samej przyjemności czytania. Dla tych, co lubią zastanawiać się " co autor miał na myśli"- cała trójka czegoś uczy, można z nich coś wynieść ( naukę, nie wyrwane strony na makulaturę). :D

STUDIA W ANGLII - WRAŻENIA PO PIERWSZYM SEMESTRZE

STUDIA W ANGLII - WRAŻENIA PO PIERWSZYM SEMESTRZE

Witajcie! Styczeń minął, luty mija, a ja... nic na bloga nie wstawiam. No, to się musi zmienić.
Za mną pierwszy semestr studiów w Anglii, na West London University. Drugi planuję przenieść na przyszły rok, ale na ten temat wypowiem się kiedy indziej. Dziś chciałabym przybliżyć wam jak wyglądał początek moich studiów, co mnie zdziwiło, czego się bałam, a z czym nie mogłam sobie poradzić.

Na początek krótkie wspomnienie poprzednich wakacji, magicznego czasu, kiedy nie wiedziałam jeszcze co mnie czeka :)

















Było miło, a potem przyszedł wrzesień. W pierwszym tygodniu nie miałam żadnych lekcji ale musiałam zarejestrować się w systemie, wypełniając kilka formularzy na komputerze w szkole. Robienie tego zajęło mi trochę za dużo czasu, przez co nie pojawiłam się na spotkaniu klasowym. Dobry start, nie? Na pierwszą lekcję w kolejnym tygodniu się spóźniłam, bo pomyliłam budynki ( moje zajęcia odbywają się w czterech budynkach, rozrzuconych po całym Ealing Broadway, czego nie wiedziałam na początku). Z tego, co mówili mi znajomi z klasy, to stałam się legendą. Podobno ktoś stwierdził, że nie jestem prawdziwą osobą, tylko kimś stworzonym, by uczyć studentów, że nie należy się spóźniać. W sumie, patrząc przez pryzmat czasu, mieli rację, bo chyba nie było lekcji w pierwszym semestrze, na którą bym się nie spóźniła.

Pierwsza lekcja z moją klasą była dla mnie katorgą. Nie to, żeby ktoś był dla mnie niemiły, nic z tych rzeczy. Po prostu nie potrafiłam zrozumieć większości ludzi z mojej klasy. Ich akcenty mi to uniemożliwiały. Przykładowo, mam w klasie trzy osoby z Yorkshire i każda z nich ma inny akcent. Teraz jestem w stanie ich zrozumieć, przynajmniej dopóki nie zaczynają mówić szybko. Wtedy kompletnie nie wiedziałam, co do mnie mówią. To samo było z dziewczynami z Birmingham, Glasgow, Cardiff. Ja sama też strasznie wstydziłam się mówić. Dukałam, jąkałam się, a wypowiedzenie całego zdania zajmowało mi tyle czasu, co cała matura ustna z polskiego. Na szczęście wszyscy byli bardzo wyrozumiali.
A tak wyglądały moje listy słów, których nie rozumiałam lub tych, nad których wymową powinnam pracować.




W pierwszych tygodniach musiałam ciągle prosić nauczycieli o to, by nie mówili tak szybko, bo nie mogłam ich zrozumieć. Niektórzy zapominali o moich prośbach, rozwijając pełną prędkość. Do niektórych się już przyzwyczaiłam, do innych... nie mogę powiedzieć, że zawsze wiem, o czym mówią. Zazwyczaj w takich sytuacjach po prostu kiwam głową, co jakich czas wyrzucając z siebie krótkie " Mhmm". Na szczęście nikt mi nie robi wyrzutów z tego powodu. Z początku się wstydziłam ale teraz otwarcie przyznaję, jak czegoś nie rozumiem i proszę o powtórzenie.

Tak wyglądał mój plan w pierwszym semestrze:






 Mój kurs jest jedynym z tak dużą liczbą godzin, a na nowy semestr jeszcze doszło więcej. Nie mogę powiedzieć, że jest łatwo, bo nie jest. Czasami mieliśmy ledwo 15 minut, by dosłownie przebiec z jednego budynku do drugiego, nie wspominając nawet o czasie na jedzenie. Z piciem nie ma problemu, bo możemy pić w czasie lekcji. Jeśli chodzi o same lekcje- chyba nie ma takiej, której bym nie lubiła. Jasne, są takie, które wolę bardziej od innych albo takie, których sensu do końca nie widzę ale mimo to wszystkie darzę sympatią i doceniam nauczycieli, którzy je prowadzą.

Moi nauczyciele to banda pozytywnych szaleńców. Serio. Każdy z nich jest inny, to są niesamowicie specyficzni ludzie ale tacy, którzy dobrze znają się na swojej robocie. Zajęcia z nimi to ciągły śmiech, żarty i luźna, przyjazna atmosfera. Zaznaczam, że mówię tu tylko o nauczycielach, którzy mnie uczą, nie wiem jak to wygląda na innych kierunkach. Czy miałam jakieś problemy z nauczycielami? Raz się zdarzyło, ale z tym wiąże się dłuższa historia. Otóż konflikt na linii nauczyciel-uczniowie rozpoczął się przez różnicę w sposobie nauczania, do którego przyzwyczajeni są ludzie, a tym, który stosował ów nauczyciel. Nie będę wchodziła w szczegóły, w każdym razie chodziło o to, że uczniowie uważali, że nauczyciel nie może sobie na tak wiele pozwalać. Ja byłam po stronie nauczyciela, bo to, co moi znajomi nazywali "okrutnym traktowaniem" w rzeczywistości było tylko nie cackaniem się z nimi i szczere mówienie im, co jest nie tak.

To chyba to, co mnie tu najbardziej denerwuje. Taka mała rada ode mnie dla tych, którzy uważają, że konstruktywna krytyka jest okej- tutaj nie jest. Nie wiedziałam tego z początku, czym narobiłam sobie wrogów. Nie ważne, co robimy, zawsze musimy mówić o samych pozytywach. To tak jak z zapytaniem " How are you?". Jedyną odpowiedzią jest " Fine". Przykładowo na zajęciach aktorskich, gdy jakaś grupa przygotowuje etiudę i ją przedstawia, jedyny odzew, na jaki może liczyć to ocena w samych superlatywach. Mnie samą to wkurzało i wkurza. Jeśli coś robię źle, to nie chcę słyszeć jak świetnie wykonałam 50 % pracy, skoro drugie pięćdziesiąt zrobiłam okropnie i nawet nie mogę się o tym dowiedzieć!

Uff, to był bardzo długi post. Kolejny pojawi się już niedługo, a w nim postaram się pokazać wam i przybliżyć jak wyglądało moje " zaliczenie" jednego z przedmiotów.
Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś konkretnie na jakiś temat albo jeśli macie jakieś pytania odnośnie studiów za granicą, to piszcie je w komentarzach, na wszystko odpowiem. :)
#89: Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach. ( Aleksandra Chrobak)- recenzja

#89: Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach. ( Aleksandra Chrobak)- recenzja



Witajcie! Oto pierwszy post w nowym, 2019 roku! Wszystko się zmienia, nadchodzi nowe, nieznane jutro... tak sobie ten rok wyobrażam. Jak będzie? Zobaczymy. Bądźmy pozytywnej myśli :)
A dziś mam dla was świat niezwykłych Zjednoczonych Emiratów Arabskich i książkę kobiety, która mieszkając tam dobrych kilka lat, poznała ZEA od podszewki. 

Oryginalny tytuł: -
Tytuł polski: Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach.
Autor: Aleksandra Chrobak
Tłumacz: -
Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 304

Zabierając się za tę książkę, nie miałam żadnych oczekiwań, bo i moja wiedza na tematy związane ze światem arabskim jest znikoma. Jasne, obserwuję na Instagramie stewardessy linii Emirates, bawiące się w najlepsze na imprezach, czy wygrzewające się w bikini na plaży. Znam również wizerunek Dubaju, górujący nad nim Burdż Chalifa oraz palmę ze sztucznie usypanych wysp. Czytałam co nieco również o sytuacji gospodarczej ZEA, ale to wszystko. Biorąc pod uwagę moją ciekawość świata, nie rozumiem, czemu nigdy wcześniej nie próbowałam w żaden sposób poszerzać swojej wiedzy. Mimo wszystko, cieszę się, że rozpoczęłam nabywanie jej od przeczytania „ Beduinek na Instagramie”.

Autorka w bardzo ciekawy, niekiedy humorystyczny sposób opisuje emiracką rzeczywistość. Robi to z perspektywy kogoś, kto zna nie tylko dobre strony ale i mankamenty tego kraju oraz społeczności go zamieszkujących. Mimo, że nie stroni od podkreślania swojej miłości do Emiratów, opisuje je łącząc opinie bazowane na własnych przeżyciach z tym, co udało jej się odkryć rozmawiając z osobami ze swojego otoczenia- zarówno rodowitymi Emiratczykami, jak i pozostającymi tam na czas kontraktu imigrantami.

"Emirackie tradycje to nie skansen i patyna, ale żywy krwiobieg, filar podtrzymujący tożsamość kraju. Nigdy nie zrozumie się Zjednoczonych Emiratów Arabskich bez próby przekroczenia mostu pomiędzy paralelnymi światami imigrantów i miejscowych. Emiraty to znacznie więcej niż konsumpcyjny raj z seriali i reklam linii lotniczych. Od każdego przyjezdnego zależy, ile wyniesie z tego spotkania."

Z tych rozmów i wspomnień wyłania się obraz Emiratów pełnych kontrastów i hipokryzji- kraju otwartego na zachodni świat, napędzającego gospodarkę turystyką, w którym to luksusowych hoteli i restauracji najwyższej klasy jest na pęczki. Kraju, w którym posiadanie ferrari nie jest niczym szczególnym, w którym filipińska gosposia jest w stanie wyżywić i zapewnić dobrobyt całej rodzinie dzięki rocznemu kontraktowi; w którym wydaje się, że pieniądze rosną na drzewach. Jest to jednak kraj muzułmański, trzymający się tradycji, w którym kobieta prawie całkowicie podległa jest mężowi, który ma prawo mieć kilka żon i kochankę na boku, z którą spędza czas bawiąc się w najlepsze, podczas gdy jego żona nie ma prawa wyściubić nosa z domu bez pozwolenia. Kraj, w którym ogromne ilości robotników z Indii i innych krajów pracują za najniższe pieniądze, codziennie dusząc się w nieznośnym upale. Kraj, w którym przemoc fizyczna i psychiczna wobec gospodyń domowych jest na porządku dziennym; w którym ofiara gwałtu staje się jego winowajczynią.

Taki właśnie kraj- bogactwa i biedy, wiecznej zabawy i wykańczającej pracy, pełnia szczęścia w życiu i upadlającego traktowania, raju na Ziemi i piekła - przedstawia Aleksandra Chrobak. Zachęcam was do poznania tego niezwykle interesującego i tak różnego od naszego, świata Zjednoczonych Emiratów Arabskich, poczynając od przeczytania „ Beduinek na Instagramie”. Ja z pewnością sięgnę po inne książki odsłaniające tajemnicze i nieznane nam realia tamtych terenów.

Ocena: 8/10




#88: "Ocaleni. Życie, które znaliśmy." ( Susan Beth Pfeffer) - recenzja

#88: "Ocaleni. Życie, które znaliśmy." ( Susan Beth Pfeffer) - recenzja


Witajcie! Wiem, że nie udzielałam się ostatnio na blogu ale pierwszy semestr studiów dawał mi w kość. Muszę zacząć znów pisać, tym razem wykorzystując to jako sposób na odcięcie się od świata nauki. Mam w planach kilka postów związanych ze studiowaniem w Anglii, które postaram się przygotować w najbliższych dniach. Niczego jednak nie obiecuję.

Tymczasem zapraszam was do przeczytania mojej recenzji książki " Ocaleni. Życie, które znaliśmy.", która zapadła mi w pamięć. Dlaczego? Tego dowiecie się czytając dalej. 

Oryginalny tytuł: The Last Survivors. Life as we knew it.
Tytuł polski: Ocaleni. Życie, które znaliśmy. 
Autor: Susan Beth Pfeffer
Tłumacz: Ewa Spirydowicz
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 351

Za oknami piękna pogoda, ptaki śpiewają, a drzewa szumią. Spotykacie się ze znajomymi, rodziną, spędzacie miło czas w centrum handlowym, czy na basenie, czy też spacerując i podziwiając piękno otaczającego was świata. Jesteście trochę głodni, robicie więc mały wypad do Subwaya, McDonalda czy KFC, przy okazji biorąc kawę z ukochanego Starbucksa. Życie jest super.
Teraz zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że to wszystko się kończy. Wielka asteroida uderza w Księżyc, przybliżając go do Ziemi. Wielkie fale tsunami pustoszą nadmorskie miasta, wybuchają wulkany, a chmary dymu wydobywające się z nich zasłaniają niebo, uniemożliwiając dostęp promieni słonecznych. Natura zaczyna się unicestwiać, giną miliony. Zapada zima, nie ma prądu i jedzenia, jeśli zachorujecie, umieracie bo nikt nie jest w stanie wam pomóc…
W takiej sytuacji zostali postawieni bohaterowie „Ocaleni. Życie, które znaliśmy”. Czy udało się im przetrwać?

Kupiłam tę książkę ze względu na jej cenę, a nie na treść przybliżoną mi na okładce. Nie wiedziałam, za co się zabieram. Nie wiedziałam, a zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Post-apokaliptyczne historie lubiłam od zawsze, zarówno w formie książek, jak i filmów. Uwielbiam czytać o walących się budynkach i wielkich trzęsieniach ziemi, tak jak kocham je oglądać na wielkim ekranie. To trochę tak jak z oglądaniem seriali o morderstwach- świetnie się na to patrzy z boku, jak na coś nierealnego, co nie może nam się przydarzyć. Tym bardziej, jeśli to, co widzimy jest tak straszne, że modlimy się, żeby to się nigdy nie zdarzyło.

Bohaterowie tej powieści muszą mierzyć się ze zmieniającym się klimatem, stratą bliskich i przyjaciół, i podejmowaniem decyzji, o których w dawnym świecie nie musieliby nawet myśleć. Czytanie o ich zmaganiach wywoływało we mnie przedziwne emocje. Z jednej strony przeżywałam wraz z nimi to, co się działo, drżąc na myśl o tym, co może im się przytrafić. Za każdym razem, gdy sytuacja się pogarszała, wydawałam z siebie ciche „ O, nie!”, zakrywając ręką usta w przerażeniu. Z drugiej strony jako fanka destrukcji chciałam, żeby było coraz gorzej, żeby się waliło i paliło. Biłam się z myślami, nie wiedząc, na czym stoję i czego chcę. Ale to dobrze, bo książka dostarczała mi pełną gamę emocji, które w paraboli zmieniały się tak często, że kończąc tę powieść byłam wrakiem. Wrakiem, który marzył o sięgnięciu po kolejny tom, który jak się okazało nie został przetłumaczony na język polski.

" Los zawsze trzyma dla nas niespodziankę. Ktoś zamyka ci drzwi? Ktoś inny uchyla okno. "

Niestety, muszę przyznać, że zachowanie głównej bohaterki-Mirandy, wywoływało we mnie głównie wściekłość. Jej kretyńskie i samolubne decyzje powodowały u mnie skoki ciśnienia, a już jak otwierała usta, żeby coś powiedzieć, miałam nadzieję, że nie będzie to nic związanego z jej przemyśleniami, które przez większą część książki były nie do zniesienia. Szczególnie, że zawierał je jej pamiętnik, który był nieodłączną częścią powieści. Kończy się jedzenie i cała rodzina może umrzeć? Co tam! Ona wyżre całą paczkę chrupek i jeszcze strzeli focha na matkę, która odbierze jej prawo do kolejnego posiłku tego samego dnia. Matkę, która sama nie je nic, żeby dać swoim dzieciom szansę na przeżycie.
Na szczęście, w którymś momencie dziewczyna się opamiętuje i dostosowuje się do nowej rzeczywistości, przestając być ciężarem dla wszystkich wokół.

Właśnie, matka i opiekun całej rodziny, niezwykle dzielna i waleczna postać. Gdy tylko zaczęły się doniesienia o Księżycu przybliżającym się do Ziemi i według niektórych, końcu świata, ona dobrze wiedziała, co robić. Wiedziała, jakie przedmioty będą jej rodzinie niezbędne do przetrwania i jakie spożywcze produkty w najgorszych chwilach będą na wagę złota. Gdyby nie ona, zarozumiała główna bohaterka ani jej bracia nie przeżyli by nawet pierwszych miesięcy. Wyróżniała się oddaniem, odwagą, inteligencją, walecznością i ogromną miłością do swoich dzieci, dla których była gotowa oddać swoje życie. Jest to postać, do której mam ogromny szacunek i z którą bardzo się zżyłam. Uważam, że należy jej się wyróżnienie na tle innych osób i wielki podziw.

„ Ocaleni. Życie, które znaliśmy” to książka, dla której poświęcenia mojego czasu w ogóle nie żałuję. Na pewno sięgnę po nią jeszcze raz, jak również zrobię wszystko, by przeczytać kolejne tomy tej serii i dowiedzieć się, jak koniec świata wyglądał z perspektywy innych osób.
Was serdecznie zachęcam do zapoznania się z tą pozycją, choć ostrzegam, że nie jest to powieść dla osób o słabych nerwach, bo nie dla wszystkich bohaterów koniec jest szczęśliwy.

OCENA: 8/10



#87: Dom na Wzgórzu ( Peter James)- recenzja Demetrii

#87: Dom na Wzgórzu ( Peter James)- recenzja Demetrii

NOTATKI DO RECENZJI Z LIPCA 2017
( PRZEPISANE NA KOMPUTER W TAKIEJ FORMIE, W JAKIEJ BYŁY ZAPISANE NA PAPIERZE)

Hejka wszystkim! Jeju, jak ten czas leci! Już dwa miesiące studiuję w Anglii, w co wciąż nie mogę uwierzyć. Mam taką ilość zajęć, że jedyne na co mam ochotę, gdy mam chwilę przerwy, to sen. Na szczęście mam teraz tydzień przerwy, więc może uda mi się naszykować trochę postów do wstawiania, gdy nie będę miała znów czasu by je pisać. 
A dziś przychodzę z recenzją książki, którą udało mi się przeczytać jakieś półtora roku temu i do której notatek użyję dziś w niezmienionej od 2017 roku formie. Choć mam ochotę pozmieniać trochę rzeczy, nie zrobię tego, by odbiór książki pozostał prawdziwy i taki, jaki był gdy ją skończyłam. 

Oryginalny tytuł: The House on Cold Hill
Tytuł polski: Dom na Wzgórzu
Autor: Peter James
Tłumacz: Robert Waliś
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 384

,,Przeprowadzka z centrum Brighton na prowincję, to poważne przedsięwzięcie i wyzwanie dla trzyosobowej rodziny. Jednak Cold Hill House – ogromna, zrujnowana georgiańska posiadłość, budzi w Olliem niesamowitą ekscytację. Jeszcze nie wie, czy podoła finansowo temu wyzwaniu, ale od dziecka marzył o tym, by zamieszkać na wsi, a rezydencja wydaje mu się idealnym miejscem dla kochającej kontakt z naturą córki. Posiadłość jest inwestycją, która ma generować zyski i być bazą dla jego nowej firmy projektującej strony internetowe. Jego żona, Caro, podchodzi do tego mniej optymistycznie, a dwunastoletnia Jade nie jest zadowolona z rozstania z przyjaciółmi.
Już po kilku dniach od przeprowadzki, staje się jasne, że Harcourtowie nie są jedynymi mieszkańcami Cold Hill House. Gdy dom zwraca się przeciwko nim, nie pozostaje im nic innego, jak pogrążyć się w jego mrocznej historii... "
opis z lubimyczytac.pl

" Dom na wzgórzu" był pierwszym horrorem, jaki przeczytałam, nie licząc "Wielkiego Marszu" Stephena Kinga, który mnie jednak nie przestraszył. Przed zapoznaniem się z nim byłam przekonana, że książka nie będzie w stanie mnie przestraszyć. Myliłam się, o jak strasznie się myliłam.
Pisząc tę recenzję, siedzę w łóżku bojąc się przejść w inny kraniec pokoju z obawy przed natrętnymi duchami ( kamienica, w której mieszkam ma jakieś sto lat; kto wie jakie strachy się w jej murach kryją). Tak jak jeden z bohaterów nie wiem już, co jest prawdą, a co wymysłem mojej świadomości.

Książka była niezwykła, tajemnicza, mroczna i przerażająca. Wciągająca niczym bagna spowite mgłą równie gęstą jak ta skrywająca historię domu Cold Hill. Fabuła choć prosta, intrygująca i pochłaniająca. Czytając nawet nie zauważałam upływającego czasu. Z niecierpliwością i przeszywającymi mnie dreszczami obserwowałam poczynania bohaterów i to, jak ze strony na stronę świadomość zaczynała płatać im figle, przerażenie i strach brały górę nad innymi emocjami, a nawiedzające ich duchy stawały się coraz bardziej nieznośne. 

"Nie boję się zmarłych, to żywi mnie przerażają"

Każdą z postaci udało mi się w jakimś stopniu polubić, dlatego życzyłam im jak najlepiej i absolutnie nie chciałam, by skończyli jak poprzedni właściciele posiadłości. Co wyszło z tego, czego sobie życzyłam? Tego wam nie zdradzę, tak jak nie zdradzę wam zakończenia tej powieści.
Zdecydowanie polecam " Dom na Wzgórzu", w szczególności osobom, które oglądały i którym podobał się pierwszy sezon " American Horror Story".

OCENA: 8/10 


KONKURS-WYNIKI!!!

KONKURS-WYNIKI!!!

Witajcie! Od razu mówię- tak, wiemy że wyniki miały być do 16 września ale prosimy o zrozumienie; początek studiów odrobinę nas przytłoczył.

Choć zgłosiły się tylko trzy osoby, postanowiłyśmy mimo wszystko zrobić losowanie i wylosować zwycięzcę, którym to zostaje... THE WICKED ONE!!! 


Gratulujemy zwycięzcy!!! Książkę wyślemy w ciągu najbliższego miesiąca :)
Copyright © 2014 Podróże międzyksiążkowe , Blogger