Geek Girl: Japońska Katastrofa ( Holly Smale)- recenzja

Witajcie ludziki! Jestem chora. I wygrałam pierwsze miejsce w konkursie wokalnym. Wiem, nie tak powinnam zaczynać nową recezję, ale chciałam się pochwalić. Tym drugim, nie tym pierwszym. No dobrze, do rzeczy.

Oryginalny tytuł: Geek Girl. Model Misfit.
Autor: Holly Smale
Tłumacz: Iwona Wasilewska
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 2015
Liczba stron: 320

Geek Girl powraca! Tym razem musi zmierzyć się z czymś więcej niż tylko ze szkolnym wrogiem i swoją nieporadnością.
Myśli w głowie Harriet krążą niekontrolowanie, powodując u niej nerwicę. Jej chłopak Nick zniknął, jej rodzina przygotowuje się do przyjęcia kolejnego członka ( na co absolutnie dziewczyna nie jest gotowa), a słynna projektantka zleca jej sesję zdjęciową na drugim końcu świata, bo aż w Japonii. Jak Harriet poradzi sobie z tym wszystkim? I co uda jej się zniszczyć teraz?

Zasadnicza różnica między pierwszą, a drugą częścią to odczucia czytelnika. Wiem, brzmi to dość dziwnie , ale zaraz wam wszystko wyjaśnię. W "Geek Girl: Modelka z przypadku " pech głównej bohaterki i głupie sytuacje, w które się pakowała dostarczały mi mnóstwo radości. Czytając drugą część już się nie śmiałam. Raczej współczułam Harriet. Polubiłam ją i to, że coś jej nie wychodziło już wcale mnie nie bawiło. Jednakże, były też pewne rzeczy, które mnie okropnie denerwowały! Mimo wysokiej inteligencji i zapewne ogromnej wiedzy na wszelkie tematy, Geek Girl była też dobijająco naiwna, dziecinna, nieobliczalna i nieprofesjonalna!
W notatkach miałam zapisane dużo więcej informacji na temat tej książki. Opisywałam w nich całe sytuacje, niechcący spoilerując całą fabułę. Dlatego też nie mogę tej części moich notatek przepisać do recenzji, co mam nadzieję mi wybaczycie.

 ,, Ten, kto orzekł, że świat modelingu jest pełen splendoru, miał chyba nierówno pod sufitem.
   Wszędzie jest krew. Wszędzie! [...] W tej krwi taplają się ryby. Wielkie ryby i małe rybki. A poza tym krewetki, homary, langusty, przegrzebki, małże... Do wyboru, do koloru, pełen przekrój przez morską faunę. Tysiące, a może dziesiątki tysięcy stworzeń ułożone jedne na drugich w rzędach, część w całości, część pocięta na kawałki. Większość z nich pożegnała się już z tym światem, choć są takie, które desperacko próbują przetrwać w tej rybiej rzeźni.
   Jest 4:40 rano, a ja stoję na samym środku czegoś, co wygląda jak Gdzie jest Nemo? w wersji Quentina Tarantino. "

Podsumowując, powieść mimo wszystko była bardzo zabawna i zaskakująca. W szczególności podobało mi się zakończenie, które było po prostu przegenialne ! Oczywiście, było również szalenie przewidywalne, ale to właśnie przewidywalność jest cechą charakteryzującą książki z serii o Geek Girl. Wiecie, kiedy wstawiłam na instagrama zdjęcie " Japońskiej Katastrofy" ktoś stwierdził w komentarzu, że dla niego książka ta była kompletną beznadzieją. Poczułam, że powinnam wyjaśnić dlaczego właściwie tak lubię powieści z tej serii i co skłoniło mnie do postawienia tak wysokiej oceny. Zacytuję teraz to, co wtedy napisałam: " A mnie właśnie jej głupota i przewidywalność najbardziej przypadły do gustu. W momencie, w którym czytałam te książki, cały czas byłam zajęta czymś dość stresującym i potrzebowałam czegoś właśnie na wyluzowanie się, odstresowanie. Z pomocą przyszła mi Geek Girl, którą traktuję odrobinkę sentymentalnie, bo zawdzięczam jej możliwość wytchnienia od codzienności.".

OCENA: 8/10




Czytaj dalej...

KĄCIK NAUKOWY #2: Wyzwanie Poliglotki Dzień 3-5.

Hejka hej ludziki! Jak się trzymacie? Mam jeszcze dwa dni wolnego, także ja trzymam się rewelacyjnie. Głównie siedzę i się uczę, ale tak właściwie to lubię się uczyć. Zawsze mogę dowiedzieć się czegoś ciekawego, wynieść jakąś naukę itd; wiecie o co chodzi. No dobrze, jak wiecie, od kilku dni biorę udział w Wyzwaniu Poliglotki. Na blogu robiłam już jedno podsumowanie i dziś właśnie przychodzę z kolejnym. Tym razem opowiem wam, co udało mi się zrobić podczas ostatnich trzech dni.

Zacznijmy od tego, jak wyglądał mój plan:
  • 4 maja: napisać kartkę z pamiętnika, nauczyć się kolejnych 4 słówek z niemieckiego
  • 5 maja: napisać kartkę z pamiętnika, powtórzyć czasy przeszłe w języku niemieckim
  • 6 maja: napisać kartkę z pamiętnika, nauczyć się 4 kolejnych słówek z niemieckiego, przeczytać " How to train your dragon"
 No tak, teraz czas na podsumowanie i uświadomienie sobie, czego nie udało mi się zrobić.

Czwartego maja zrobiłam wszystko, co sobie zaplanowałam; słówek nie będę wypisywać, ale podzielę się z wami moim wpisem z pamiętnika. Początek jest bardzo osobisty, ale nie pominę go, gdyż uważam, że skoro go napisałam wiedząc, że te kartki z pamiętnika będę wam pokazywała, to w jakimś stopniu byłam przygotowana na to, że podzielę się z wami jakąś częścią mnie.

Dear Diary,
I'm writing in English because of the challenge which I have been doing recently. So, my last note in this diary was at 3th November of 2015. It was the day of my grandpa's birthday. To be honest, I was really sad when I was reading that note because grandpa died last summer. He had a cancer. You know, it's funny. I have always thought that grandpa is not an ordinary man. He was 81 but he was so healthy and sporty and he always had more power in himself than everyone in my family! Life is unfair :/
I don't know what I should write. Maybe I would tell you about things that you missed. Okay, so I have changed my school so now I study at Catholic High School. I feel good in this school. I have many friends and even more awesome teachers but I think that next year I will change school again. It's weird, I know. But my school has some problems and I don't want to be part of them, especially on last year of school. I will come back to school where I studied earlier but this time I will enrol on afternoon lessons. I'm not sure if I wrote the name of that classes correctly but I don't care. It's midnight and I'm so freaking sleepy. But I don't want to go to sleep. 
At first, I want to tell you about my day. So, I woke up at 9 o'clock and I ate breakfast and I drank coffee as I always do. Then I opened my computer and I started to write a new review. When I was writing, my grandma called. She told me that she was coming back from Castorama so I could go to her house. I went to the bus stop. When I arrived , she asked me to help her with her financial problem. Actually, she wanted me to go to the post and pay for her accounts. So I did what she wanted me to do and I came back to her house. We were doing a pizza for two hours and then I ate one piece of it and I went home. I gave pizza to my mum and I went to my friend. I have a concert at Saturday so I asked her to paint my nails. We were talking about funny things during she have been doing my nails. When she finished I called for a taxi and then I went to rehearsal.
After that, my teacher drove me home. So, my dear diary- my day was... nice. Now, I'm going to sleep. Good night, my dear diary!

Piątego maja owszem, napisałam kartkę z pamiętnika, ale nie powtórzyłam czasów przeszłych. Za to, zrobiłam fiszki ze słówek z języka niemieckiego, których miałam się nauczyć. Także, mniej więcej jestem z siebie zadowolona.


Oto kartka z pamiętnika:

Dear Diary! 
This day was... actually I don't know what to say about this day. In the morning, I met the women who wants me to sing on her wedding. So, I suggested her some of the songs which I could sing. She chose " You raise me up", " Ave Maria" and " Hallelujah". After meeting I came home and I started to write a new post on my blog. This time the post was named " Story Time" and it was about my trip to Kraków. 
Okay, so I had a rehearsal at 8 pm, so I went to the building of cinema, where my rehearsal was. When it ended I came home.

Wczoraj nie miałam zbytnio czasu, dlatego niewiele udało mi się wykonać- nie przeczytałam książki, ale pozostałe dwie rzeczy cudem zrobiłam. W prawdzie w niewielkim stopniu, ale zrobiłam. Słówek uczyłam się poprzez wzięcie ze sobą do Warszawy fiszek zrobionych dzień wcześniej.
A to wpis z pamiętnika:

Dear Diary!
I don't have much time because today I'm going to Warsaw. I will be singing with my friends during the break between first and second cathegory of singing contest. You know, as guests or something.
Now I have to go. I will probably write when I will come back.

Koniec końców nic nie napisałam po powrocie, bo prawie od razu poszłam spać. Mimo to, cieszę się że udało mi się napisać choć dwa zdania.

To koniec dzisiejszego posta! Mam nadzieję, że również bierzecie udział w tym wyzwaniu. Jeśli tak, to trzymam za was kciuki. Powodzenia!


Czytaj dalej...

STORY TIME #3: Krakowskie Podróże, czyli jak to Merida Waleczna/ John Watson i Mavis Dracula/ Sherlock Holmes podbiły Kraków.

Hello ludziki! Dwa dni temu napisałam, że w najbliższym czasie postaram się wam opowiedzieć o mojej czterodniowej wyprawie do Krakowa. I oto jestem! Postaram się napisać tylko o najciekawszych miejscach, które odwiedziłam i o najfajniejszych sytuacjach, które mnie spotkały. Dodam również wierszyki, które z nudów z Kasią pisałyśmy. No, to zaczynamy!

Jedziemy pociągiem i jemy kanapki;
Dobrze, że wzięłyśmy przyjacielskie klapki.
Kasia pije soczek z jabłkiem, no i miętą.
Jak ją droga znudzi, zacznie liczyć deltą.
W szybie widzimy swoje odbicia.
Dajże mi wreszcie Kaśka coś do picia! 
Kraków niedaleko, maj już rozpoczęty,
wrócimy do domu, pójdzie nam to w pięty.
 
Po przyjeździe do Krakowa ja i Katerina- moja przyjaciółka, udałyśmy się z dworca do Galerii Krakowskiej, w której to wypiłyśmy magiczny napój dodający sił. Tak, wypiłyśmy po kawce, po czym zebrałyśmy bagaże i wraz z siostrą cioteczną Kasi poszłyśmy na przystanek tramwajowy.
-> -> -> -> Przewiń -> -> -> -> -> ->
Resztę dnia kręciłyśmy się wokół rynku, zapoznając się z architekturą, a tak naprawdę gubiąc się wśród wielu nieznanych nam uliczek. Na szczęście, pomógł nam Niebieski Kwiat i Kolce, czyli niebieska kropka w GPS, pokazująca gdzie iść.
W Składzie Tanich Książek na Grodzkiej zaopatrzyłam się w pierwsze trzy części sagi Darrena Shena ( o której jeszcze dziś wspomnę).
Około osiemnastej, wymęczone pojechałyśmy do domu, w którym miałyśmy mieszkać przez kolejne dni. Oto kilka fotek z pierwszego dnia:




 




Z pociągu wyszłyśmy, bolą nas już nogi,
chętnie bym coś zjadła; Kasia, chcesz pierogi?
Nie wiem, gdzie jesteśmy; galeria w oddali.
Chyba jakiejś próbie nas tutaj poddali. 
Nie do końca czaję, co się wokół dzieje.
Tutaj menel pije, gdzieś tam kogut pieje. 
 Kasia miała rację, źle żeśmy polazły.
Po czterech godzinach mózg mam już rozlazły.

Drugiego dnia z samego rana zrobiłyśmy sobie wycieczkę do Manufaktury Czekolady, gdzie wypiłyśmy bardzo dobrą czekoladę( ja) i czekoladowe latte ( Katerina). To tam właśnie zaplanowałyśmy zwiedzanie. A więc, pierw odwiedziłyśmy Muzeum Archeologiczne. Idąc w jego stronę, mijałyśmy ludzi biegnących w maratonie. Pogoda była idealna do biegania- nie było jakoś super zimno, ale słońce również nie chciało się pokazać, więc nie mogło walić biegnącym po oczach.
Dotarłyśmy do Muzeum, do którego wejście tego dnia było darmowe, więc byłyśmy przeszczęśliwe, że uda nam się zaoszczędzić odrobinę pieniędzy. Odwiedziłyśmy każdą salę, podziwiałyśmy mumie, a ja przestraszyłam się woskowej figury.
Skierowałyśmy się na Wawel, który zobaczyłyśmy jedynie od zewnątrz, a wszystko przez ogromne kolejki! Oczywiście, zrobiłyśmy mnóstwo zdjęć :D
Ufając niebieskiej kropce przeszłyśmy na drugą stronę rzeki i poszłyśmy zobaczyć, co kryje w swoim wnętrzu Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha". Zaproponowano nam trzy wystawy; mnie najbardziej podobała się ta o nazwie " Taniec Duszy", autorstwa Zhanga Minije- chińskiego artysty i wizjonera.
Co dalej? Naszym ostatnim przystankiem był sklep Vintage Classic, w którym to czułam się niczym w magicznej krainie z moich snów- stroje z lat pięćdziesiątych, wielkie kapelusze i suknie ślubne z innej epoki! Znalazłam tam dla siebie piękną, kwiecistą spódnicę z koła, którą dziś założyłam po raz pierwszy. Czułam się bosko !
Na tym zakończyłyśmy naszą niedzielną wyprawę, wróciłyśmy do domu. 











Mam dziwne wrażenie, mądre nie do końca;
Mogę jeszcze myśleć, w mieście nie ma słońca.
Nareszcie jesteśmy! Kafejka nas wita!
Wypiłyśmy kawę, czuję się roztyta.
Rozglądam się wokół, ludzi bardzo dużo.
Wszyscy tacy sami, trochę mnie już nużą. 
Idziemy na tramwaj, większe coraz miasto.
Każdy na mnie patrzy, schrupią mnie jak ciasto!
Kraków taki wielki ściele się przed nami;
zaraz tam pójdziemy- rozgrzewka przed górami.
Tu wegańskie knajpki, tych w Ostrowsi brak,
na rynku toitoje, trafi mnie tu szlag. 
Po powrocie padłyśmy niczym dwa cupcake'i,
gra na skojarzenia, zjedzmy mordoklejki! 
Na seans zdążymy? To niemożliwe!
Tramwaje się gubią, ulice burzliwe! 

Zapomniałam wspomnieć, że poszłyśmy do Manufaktury Czekolady zaraz po tym, jak spóźniłyśmy się na seans do Kina Pod Baranami. Nie weszłyśmy na salę kinową, więc nie obejrzałyśmy filmu. No cóż, tak bywa.
W poniedziałek około dziesiątej wybrałyśmy się na Kopiec Krakusa, leżący zaledwie dwadzieścia minut drogi od miejsca, w którym mieszkałyśmy. Oczywiście, my szłyśmy godzinę, a jakże by inaczej! Miejsce piękne, ale niezwykle... wietrzne. Z resztą sami zobaczycie na zdjęciu :)
Po zejściu, poszłyśmy piechotką na rynek, gdzie pod pomnikiem Mickiewicza czekał na nas brat Kateriny. Zabrał nas do ciekawej restauracji, w której to pierwszy raz w życiu jadłam pizzę z oliwą. Serio, nigdy wcześniej nie polewałam pizzy oliwą. No, ale smakowało mi także jest okej. Spacerując po ulicach Krakowa, odwiedziłyśmy klasztory Dominikanów i Franciszkanów, a potem oddałyśmy, a raczej oddaliśmy się odpoczynkowi na ławce w parku. Nie drążyłabym tematu, gdyby nie śmieszna sytuacja, która nas tam spotkała. Wiecie jak wyglądają ortodoksyjni Żydzi? A pamiętacie te urządzenia, na których poruszają się mężczyźni ze zdjęcia z Barbakanem? Połączcie te dwa czynniki i dodajcie do tego wyścigi na tych urządzeniach. Widzicie w wyobraźni ten obraz? Za szybcy za wściekli w wersji 2.0? Nic mnie ostatnio tak nie rozśmieszyło jak banda chłopaków z ortodoksyjnym, żydowskim wyglądem śmigająca na tych pojazdach po jednej z uliczek w parku. Zaznaczam, że nie jest to żaden przytyk. Śmieszy mnie po prostu ta sytuacja!
Chyba wiecie, co było dalej. Wsiadłyśmy w tramwaj i....







Przyszedł czas na dzień ostatni- wtorek, 2 maja. Z samego ranka spakowałyśmy manatki i podjechałyśmy tramwajem jak najbliżej Fabryki Oskara Schindlera mogłyśmy. Dość długo stałyśmy w kolejce do kas, ale zdecydowanie opłacało się czekać, bo muzeum jest wspaniałe! Nie jestem w stanie opisać wam poszczególnych sal. Uważam, że sami powinniście zobaczyć to miejsce. 
Powiem wam szczerze, że pewien dziwaczny moment, sytuacja zaistniała w jednym z pomieszczeń pomogła mi odblokować barierę językową! Otóż pewna starsza pani podeszła do jednego z francuskich turystów, nastoletniego chłopaka i poprosiła go po angielsku, żeby zrobił jej zdjęcie. Od razu podała mu aparat, więc kolega mniej więcej zrozumiał, o co chodziło, ale minę miał taką, jakby nie wiedział w jakiej galaktyce się znajduje. Do tej pory nie wiem czemu, ale zapytałam go, czy nie potrzebuje pomocy. Podał mi aparat i odsunął się, odetchnąwszy z ulgą. Zrobiłam kobiecie kilka zdjęć, po czym podeszłam do niej i z nosem pod samym niebem rzuciłam jak zawodowiec: " Take a look". Kasia powiedziała mi później, że podziwia mnie za odwagę, ale prawda jest taka, że zrobiłam to dość odruchowo i nawet nie zastanawiałam się, co powiedzieć. Po prostu... mówiłam.
Po wyjściu z muzeum wyruszyłyśmy na poszukiwanie księgarni z książkami po angielsku, ale po drodze podeszłyśmy pod Wawel, by zrobić sobie zdjęcie z odciskami dłoni gwiazd. Tak naprawdę, to najbardziej zależało na tym Katerinie, która jest ogromną fanką Sherlocka Holmesa granego przez Benedicta Cumberbatcha, więc po prostu MUSIAŁA mieć fotkę z jego rękami. 
Potem, znów dzięki niebieskiemu kwiatkowi z kolcami, udało nam się dotrzeć wreszcie do księgarni As You Like It, w której kupiłam tylko jedną powieść " Wonder". Szukając przystanku tramwajowego, trafiłyśmy do kolejnej księgarni - American Bookstore, w której to udało mi się nie tylko zaopatrzyć w trzecią część " Geek Girl", ale także ( dzięki uprzejmości sprzedawczyni) w dziesięć nieprzetłumaczonych na język polski tomów serii o Darrenie Shenie, której szukałam od wielu lat i nigdzie nie mogłam jej znaleźć, a tu proszę! 
Błyskawicznie wróciłyśmy do mieszkania po rzeczy, pożegnałyśmy się z rodzinką Kasi i wsiadłyśmy w tramwaj, który miał nas zawieźć pod sam dworzec. Jak się okazało, pomyliłyśmy tramwaje i w konsekwencji pojechałyśmy daleko, daleko dalej niż dworzec. Jak się zorientowałyśmy, była bodajże 16:30, a o 16:55 miałyśmy pociąg powrotny. Przesiadłyśmy się w inny tramwaj, ale gdy wreszcie z niego wysiadłyśmy, tym razem już w dobrym miejscu, zostało dziesięć minut do odjazdu pociągu. Powiem szczerze, że w życiu tak szybko nie biegłam, a także tak nie przeklinałam jak w tamtej chwili. Cudem, bo w ostatniej chwili, ale zdążyłyśmy! 
To koniec historii. Nie będę opisywała drogi powrotnej, bo nie widzę w tym sensu. Zdjęcia z ostatniego dnia:











To już wszystko na dziś! Katerina, jeśli to czytasz, a ja coś pokręciłam, to przepraszam, ale wiesz jak to jest z moją pamięcią. 
Na dzień jutrzejszy miałam zaplanowany jakiś post o nauce, ale rezygnuję z niego ze względu na to, że cały dzień spędzę w Warszawie i nie będę miała kiedy go napisać. Oczywiście, mogłabym sobie go naszykować już dziś, ale mam mnóstwo rzeczy do nauki i nie mam na to już czasu.
Mam nadzieję, że post się wam podobał. Widzimy się w niedzielę! Cześć!













Czytaj dalej...

Mroczne Umysły ( Alexandra Bracken)- recenzja

Hejka ludziki! Tak, jak mówiłam- dziś recenzja pierwszej części " Mrocznych Umysłów" Alexandry Bracken! Jestem w szoku, że wstawiam tę recenzję dopiero teraz, bo książkę skończyłam czytać dwa lata temu, a dokładnie 20 października 2015 roku. Wiem, to dawno. No dobrze, najważniejsze że w ogóle znalazłam moje notatki na jej temat i dzięki temu mogę się z wami podzielić moją opinią.

Oryginalny tytuł: The Darkest Minds
Autor: Alexandra Bracken
Tłumacz: Maria Borzobohata-Sawicka
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2014
Liczba stron: 456

 ,, Mam na imię Ruby.
Potrafię wedrzeć się do twojego umysłu, a nawet wymazać wspomnienia. Jako dziecko zostałam wysłana do obozu ,, rehabilitacyjnego" dla takich jak ja. Zieloni, Niebiescy, Żółci, Pomarańczowi, Czerwoni. Mroczne umysły. Zostałam przydzielona do Zielonych, ale w rzeczywistości jestem ostatnią z Pomarańczowych. Ukrywam to, żeby przetrwać. "

Już dawno nie trafiłam na książkę taką jak ta- książkę, która wywoła we mnie taką burzę uczuć, roznieci ogień głęboko skryty i wyzwoli we mnie pierwotne, mordercze instynkty ( pierwszy raz miałam ochotę wbić kogoś na pal, przewiesić nad ogniskiem i patrząc jak powoli staje się pieczonym kurczakiem, tańczyć i śpiewać).  Powieść ma niesamowitą fabułę, rozwija się w zastraszającym tempie i ma takie zwroty akcji, że głowa mała! Przeraża swoją brutalnością i tragedią, jaka spotkała ludzkość, którą oczywiście ograniczono do Ameryki. Jasne, przypomina ona odrobinę " Igrzyska Śmierci", ale nie jest ich kopią.

Mocno wczułam się w sytuację bohaterów- kiedy się śmiali, śmiałam się razem z nimi, kiedy się bali, zgrzytałam zębami ze strachu o ich życie, a kiedy walczyli, pragnęłam stanąć z nimi ramię w ramię i zawalczyć o lepsze jutro dla takich jak oni. Chyba nie było postaci ( prócz tej, której imienia nie wymówię, bo się wścieknę), którą chciałabym zamordować. Nie czułam nienawiści do Ligii Dzieci, strażników Psi, czy nawet do samego prezydenta odpowiedzialnego za wsadzanie uzdolnionych dzieci do obozów, w których traktowano je jak robaki, wykorzystywano i na wszelaki sposób gnębiono, pozbawiano możliwości nauki, normalnego rozwoju, dzieciństwa.

,, Wdziałam, jak chłopak odwraca się i coś do niej mówi. [...] Strażniczka puściła ramię nastolatka, wyjęła pistolet z kabury, po czym bez słowa- nie mrugnąwszy nawet okiem- wsadziła sobie lufę do ust i pociągnęła za cyngiel.
Nie wiem, czy to ja krzyknęłam, czy zduszony szloch wydarł się z ust kobiety, która zbyt późno zdała sobie sprawę z tego, co robi. Obraz jej twarzy- opadnięta żuchwa, wybałuszone oczy, zmarszczki na nagle obwisłej skórze- wyrył się w powietrzu jak negatyw i pozostawał tam dłużej niż rozbryzg różowego obłoku krwi i kępki włosów na karoserii autobusu. "

W sumie to momentami odrobinkę irytowała mnie główna bohaterka- Ruby, ale to przez to, że nie mogłam zrozumieć jej postępowania. Dziwiłam się, że robi tak, a nie inaczej i to właśnie mnie denerwowało. Ta dziewczyna była nieprzewidywalna! Wyprowadzała mnie z równowagi, a ja nie mogąc się powstrzymać, wrzeszczałam:
  • Gdzie ty biegniesz?! Nie w tę stronę!
  • Nie tykaj tego guzika! Słyszałaś?! Nie. Tykaj. Guzika! A już na pewno nie wciskaj tego cholernego guzika! 
  • Użyj mocy! Po to masz moc, żeby jej używać, a nie bawić się w ninja! 
Co do pozostałych osób- Liama i Zu uwielbiam, ale to Charlesa kocham nad życie. Był on introwertykiem, uwielbiał czytać książki, rozmawiać o nauce i miał 17 lat. Czyż to nie ideał (dla mnie)? Zanim zdążycie mi to zarzucić, sama o tym powiem. Tak, mam tendencję do zakochiwania się w tych grzecznych postaciach męskich, w typowych geekach i nerdach. Tak już jest, tak już będzie, bułka masłem posmarowana. Finito. 

Dobrze, przyszedł czas na Clancy'ego- bohatera, któremu chciałam zrobić te wszystkie okropności, największego dupka, hipokrytę ukrytego dyktatora wszech-książkowych czasów! Już w pierwszej chwili gdy go poznałam wiedziałam, że coś jest z nim nie tak. Nie wiem, może ja mam wbudowany jakiś radar złych postaci, czy co? W każdym razie, kiedy zrobił to, co zrobił, miałam ochotę gryźć, kopać, wrzeszczeć i pluć jadem. Obudziły się we mnie mordercze instynkty wobec tej szui! Aż korciło mnie, żeby rzucić książką ( czego oczywiście nie zrobiłam).

Podsumowując, jedyny hejt ode mnie leci na zakończenie " Mrocznych Umysłów". Rozerwało mi ono serce na kawałki! Nie wiem, jak autorka mogła tak postąpić! Hejt na autorkę za ten czyn!
Jeśli nie czytaliście tej książki, to dowiecie się o co mi chodzi, jak zapoznacie się z tą pozycją. Jeśli czytaliście... łączę się z wami w bólu.

OCENA: 9/10





Czytaj dalej...

KĄCIK NAUKOWY #1: Wyzwanie Poliglotki Dzień 1-2

Witajcie ludziki! Jak tam po majówce? Ja swój wolny czas spędziłam w Krakowie, oddając się przyjemnościom. O tym co robiłam i jakie miejsca według mnie każdy powinien odwiedzić napiszę w innym poście. Dziś powracam do was z pierwszym wpisem z serii " KĄCIK NAUKOWY".
Dwa dni temu przeczytałam informację na blogu Madame Polyglot o Wiosennym Wyzwaniu Poliglotki. Postanowiłam dołączyć do tego wyzwania i od drugiego maja do pierwszego czerwca będę walczyła z moim lenistwem, ostro zabierając się za naukę języka angielskiego( szlifowanie)  i niemieckiego( od podstaw). Właściwie, to już zaczęłam to robić.
Nie będę tłumaczyła wam, na czym polega to wyzwanie. Po szczegóły odsyłam na bloga Sandry :)






Zaczęłam od przygotowania sobie planu działania, bazującego na tym dostępnym na blogu autorki wyzwania. Jaki jest mój główny cel? No cóż, moje cele na ten miesiąc to poprawa znajomości słownictwa z języka angielskiego i niemieckiego, a także przypomnienie sobie gramatyki, którą szczerze powiedziawszy ostatnio zaniedbałam. Wszystko to sobie rozpisałam.

Jak możecie zauważyć, dzień wczorajszy jest już zaznaczony tym magicznym dynksem, którego nigdy nie wiem jak nazwać. Znaczek? Fajka? Ptaszek? Uznajmy, że jest to dynks. A więc, drugi maja odznaczyłam dynksem, bo udało mi się zrobić to, co planowałam. Wczoraj wieczorem zagrałam z przyjaciółką w Scrabble, a raczej w ich udziwnioną wersję. Ustaliłyśmy, że postaramy się wymyślać słówka tylko w języku angielskim, chyba że naprawdę nic nam nie przyjdzie do głowy, wtedy i tylko wtedy będziemy mogły napisać coś po polsku. Miałyśmy też inny problem. Literki w tej wersji Scrabble pochodziły z polskiego alfabetu, więc oczywiście pojawiały się polskie znaki takie jak " Ł" , czy " Ę". Kiedy tak się działo, zwyczajnie udawałyśmy, że zamiast " Ł" jest " L", a zamiast " Ę" po prostu " E". Tak to właśnie wyglądało.


 No dobrze, ale co z dzisiejszym dniem? Według mojego planu, dziś powinnam:

  • Napisać kartkę z pamiętnika po angielsku.
So, today I was lying  in bed in the morning and then I went to the kitchen and I made a cup of coffee. When I did it, I came to my room, opened a computer and started to write a new post on my blog. And that's all what I have been doing today. I'm not sure if I wrote this note correctly because I have a headache and it's hard for me to think. 
  • Nauczyć się pierwszych czterech słówek po niemiecku z listy, z której będę miała niedługo test. 



To tyle na dzisiaj! Dajcie znać, czy też bierzecie udział w tym wyzwaniu. Jeśli nie, zachęcam was do tego, bo to może zmotywować was do nauki jakiegoś nowego języka, a nawet jeśli nie nowego, to chociaż do powtórzenia wiadomości, które już posiadacie :)
A już jutro ... recenzja " Mrocznych Umysłów" Alexandry Bracken !



Czytaj dalej...
Podróże międzyksiążkowe © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka