wtorek, 2 czerwca 2020

#101: Point of Retreat ( Colleen Hoover)- recenzja

Hej ludziki! Tak, dawno nie pisałam żadnych postów ale nie miałam kompletnie weny. Na szczęście udało mi się przygotować trochę wpisów na najbliższy tydzień lub dwa. :)
Dziś przychodzę do was z moją opinią na temat drugiego tomu serii "Slammed". Recenzję pierwszej części możecie znaleźć TUTAJ.

Tytuł : Point of Retreat
Autor: Colleen Hoover
Tłumacz: Jarosław Mikos
Wydawnictwo: YA!
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 282


Powiem szczerze, nie wiem od czego zacząć pisanie tej recenzji. Nie wiem czemu, ale recenzowanie drugich tomów serii zawsze sprawia mi trudność. No nic, jak nie spróbuję, to nigdy się nie dowiem, jak to wyjdzie. Będzie to krótka recenzja, bo inaczej musiałabym zaspojlerować wam fabułę, a tego bym robić nie chciała. Z tego samego powodu zdecydowałam się nie pisać opisu fabuły. 

"Point of Retreat" to drugi tom serii "Slammed" autorstwa Colleen Hoover. Przez pierwszy tom przemknęłam niczym błyskawica i choć druga część nie była aż tak dobra, jak część pierwsza, przeczytałam ją równie szybko. Jest to kontynuacja historii Lake i Willa, więc myślę, że bez znajomości początków ich związku i tego, przez co musieli przejść, by być razem, "Point of Retreat" nie zrobi na was takiego wrażenia. 

"To jest warte całego bólu,
Wszystkich łez
I błędów.
Serce mężczyzny i kobiety, którzy się kochają,
Jest warte całego bólu tego świata."

Ten tom nie daje czytelnikowi takiego emocjonalnego kopa, jak ten poprzedni ale też wprawia nas w zdziwienie i szok kilka razy. Zakończenie jest szczególnie zaskakujące. Gwarantuję wam, że jak już do niego dotrzecie, nie będziecie wiedzieli, co powiedzieć. Wbije was w siedzenie!
Poczynania bohaterów są czasem niezrozumiałe, szczególnie Willa. Niestety, zachowuje się on czasem bardzo..niefajnie, żeby nie powiedzieć "jak dupek". Niestety, nie mogę wam przybliżyć sytuacji, więc będę musiała zostawić ten temat. 

"Mężczyzna może mówić kobiecie setki razy, że ją kocha, aż mu język zdrętwieje. Słowa nic dla niej nie znaczą, jeśli się bije z myślami i jest pełna wątpliwości. Musisz jej tego dowieść. "

Kurcze, jak trudno zrecenzować książkę, kiedy niewiele można o niej powiedzieć. No cóż, książkę czytało mi się bardzo dobrze, postacie wciąż bardzo lubię i interesują mnie ich dalsze dzieje (dlatego czytam właśnie trzeci tom serii). Jestem szczęśliwa, że trafiłam na tę serię, bo dawno nic mnie tak nie wciągnęło. Historia Lake i Willa, a także ich przyjaciół- Eddie, Gavina, Cauldera i Kela oraz najnowszych dodatków do gangu- Kiersten oraz jej mamy zostaną ze mną na dłużej i jeśli kiedyś będę miała trochę pieniędzy na zbyciu, zdecydowanie zakupię tę serię. 

Polecam wam tę serię i zachęcam do przeczytania. Nawet jeśli nie jesteście fanami takich powieści, "Slammed" oraz "Point of Retreat" mają tak świetnie zarysowanych bohaterów i interesujące fabuły, że myślę, że wam się spodobają. Nawet jako coś odmóżdżającego, bo umówmy się, to nie są skomplikowane i głębokie książki, ale warto dać im szansę. 

OCENA: 8/10




piątek, 22 maja 2020

#100: Portret Doriana Graya (Oscar Wilde) - recenzja




Witajcie ludziki! Miałam pisać częściej ale jak to w życiu bywa, nie zawsze jest tak, jak tego chcemy. Przez ostatnie tygodnie pracowałam nad moimi zaliczeniami semestralnymi i choć było ciężko, to jestem dumna z efektu mojej pracy. No, przynajmniej jednego z nich. 
Dziś przychodzę do was z  krótką recenzją książki " Portret Doriana Graya". Bez zbędnego gadania, przejdźmy do tego, co chcę powiedzieć. 

Tytuł: The Picture of Dorian Gray
Autor: Oscar Wilde
Tłumacz: Maria Feldmanowa
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 276

Jestem zawiedziona. Nawet nie macie pojęcia jak bardzo. 
Słyszałam tyle dobrego o tej powieści- o barwnym języku, świetnych bohaterach, mrocznej tajemnicy i uniwersalnych prawdach w niej skrytych. Choć zgadzam się co do barwnego języka, bo książka jest naprawdę pięknie napisana, to niestety uważam, że jest ona przegadana. Dialogi, choć wspaniałe, wysokich lotów i z mnóstwem genialnych fragmentów, nad którymi można by dumać godzinami, w którymś momencie stają się nużące i irytujące. Bohaterowie pierwszoplanowi są faktycznie dobrze napisani ale co z tego, jeśli wszystkie drugoplanowe postacie dostają linijkę albo dwie na przedstawienie, po czym znikają, jakby ich istnienie nie miało znaczenia. Możecie się ze mną kłócić, że może faktycznie nie mają znaczenia w ogólnym rozrachunku ale to nie prawda! Prawie każda ze wspomnianych osób została w jakiś sposób skrzywdzona przez Doriana Graya, ale w jaki sposób? Tego już się nie dowiadujemy. Uwierzcie mi, wolałabym czytać o złych uczynkach Doriana, zamiast zgłębiania się w to, jacy mężczyźni są wspaniali w swojej istocie, jak piękni i mądrzy, zaś kobiety głupie i brzydkie. I nie czepiam się tutaj samego faktu, że autor ewidentnie przelał na papier swoje uwielbienie do mężczyzn. Przeszkadza mi to, że dostajemy czasem cholernie długie wypowiedzi jednego z bohaterów na tematy kompletnie niezwiązane z głównym wątkiem fabularnym, tematy niepotrzebne i poruszane tylko i wyłącznie dlatego, że pan Wilde zdecydował się wylać swoje żale na karty tej powieści.



Nie byłby to taki wielki problem, gdyby nie to, w jaki sposób zbudowana jest fabuła. Początek jest interesujący, poznajemy bowiem Doriana jako młodego człowieka, który cieszy się życiem arystokraty uwielbianego dzięki swojej urodzie. Doriana, który jest zakochany w pięknie i sztuce. Zostaje mu namalowany przepiękny portret, na którego widok Gray wypowiada życzenie, by obraz się starzał, a nie on. Jak możecie się domyślać, tak się dzieje. Niestety, wtedy właśnie przechodzimy w środkową część książki. Ta część jest nudna, przegadana i daje poczucie niedosytu, bo choć jest mówione o tym, jak Dorian zmienił się przez lata w okropną osobę, która niszczy wszystko, czego się dotknie, nie dostajemy żadnych szczegółów. Nie wiemy co takiego robił kolejnym wymienianym bohaterom, nie wiemy w jaki konkretny sposób wpływał na nich, że źle kończyli. Nie dowiadujemy się absolutnie niczego ważnego ale dostajemy całe rozdziały poświęcane rozmyślaniom nad życiem i jestestwem. Albo takie mówiące o tym, jak to nie warto kochać, świat jest zły, a obiad smakuje lepiej jak się ma dobrego kucharza. No wiecie, bo po co dać czytelnikom faktyczne informacje skoro można zapełnić kolejne kartki paplaniną nie prowadzącą absolutnie donikąd. 
Jeśli myślicie, że chociaż zakończenie jest dobre- nie, nie jest. Jest za szybkie, głupie i naprawdę ciężko uwierzyć w to, że człowiek, który zrobił "tyle złego" nagle pragnie być dobry. No po prostu... nie. 

Wybaczcie mi, jestem na siebie wściekła, że spędziłam tyle czasu łudząc się, że może jednak ta książka będzie dobra. Może to tylko jeden słaby rozdział. Może to tylko słabe 50 stron. 
Jeśli chcecie, możecie po tę powieść sięgnąć ale tylko i wyłącznie dla barwnego języka i cytatów. Niczego więcej. Przykro mi, nie mogę wam polecić tej pozycji. 

OCENA: 6/10 za język i cytaty





środa, 29 kwietnia 2020

TOP 3: Ulubionych ścieżek dźwiękowych Demetrii

Hejka ludziki! Choć od dwóch dni męczę się z bólem głowy, nie powstrzymuje mnie to przed noszeniem na głowie słuchawek i słuchaniu muzyki 24/7. Muzyka towarzyszy mi cały czas i dlatego właśnie postanowiłam zrobić serię TOPek, w których podzielę się z wami moimi ulubionymi piosenkami albo całymi albumami, które bardzo lubię. Na przestrzeni ostatnich lat zrobiłam kilka takich zestawień. Oto one:

Dzisiejsza lista zawierać będzie tylko trzy pozycje ale nie martwcie się, już niedługo wrócę z kolejną porcją soundtracków, które uwielbiam.

1. "Piraci z Karaibów. Na krańcu świata"

Kompozytor: Hans Zimmer
Rok wydania: 2007
Wytwórnia: Walt Disney Records

Uwielbiam "Piratów z Karaibów", szczególnie pierwsze trzy części. Uważam, że są to świetne filmy ale nie miałyby one takiego klimatu, gdyby nie doskonałe utwory muzyczne stworzone przez Hansa Zimmera do tego filmu. Bez utworów takich jak "Up is Down", czy "Hoist the Colours", "Piraci..." nie byliby tym, czym są. Ta ścieżka dźwiękowa jest bardzo charakterystyczna i dynamiczna, i za to ją lubię. Plus, zawsze przypomina mi ona te wszystkie śmieszne sytuacje z Jackiem Sparrowem i jego załogą. 



2. " Zmierzch" 

Kompozytor: Carter Burwell
Rok wydania: 2008
Wytwórnia: Atlantic Records

Będę z wami szczera. Gdy byłam w gimnazjum, byłam mega fanką sagi Zmierzch. Normalnie wszystko miałam z logo Zmierzchu! Uwielbiałam historię, bohaterów, aktorów wychwalałam pod niebiosa. Po latach widzę, że film jest po prostu zły, a historia przygłupawa. Ja to wiem. Dopiero teraz dostrzegłam jednak, że choć film jest jaki jest, to ścieżka dźwiękowa do niego jest naprawdę dobra! I nie mówię tu o piosenkach, a o utworach muzycznych takich jak " The Lion fell in love with the Lamb", czy " Bella's Lullaby", które są według mnie rewelacyjne. Z resztą, sami oceńcie. 



3. "Epoka Lodowcowa 2: Odwilż"

Kompozytor: John Powell
Rok wydania: 2006
Wytwórnia: Varèse Sarabande

Powiem szczerze, że żadna ze ścieżek dźwiękowych do kolejnych części Epoki Lodowcowej nie podoba mi się tak, jak ta. Może jest to związane z faktem, że jest to też mój ulubiony film z całej serii. Muzyka jest zabawna, wręcz figlarna i bardzo ekscytująca. Uwielbiam też piosenki napisane do tego filmu, a tekst jednej z nich w polskiej wersji- "Dziób pełny mieć dziób, już widzę kotleta"- to złoto!



To już wszystko na dziś! Mam nadzieję, że przesłuchacie pełnych ścieżek dźwiękowych do filmów, które wymieniłam. Warto!

niedziela, 19 kwietnia 2020

#99: Slammed ( Colleen Hoover) - recenzja

Hej ludziki! Dzisiejsza recenzja nie będzie zbyt długa, bo nie widzę sensu w laniu wody, gdy dobrze wiem, co chcę wam powiedzieć. Zrobię to więc krótko i zwięźle.

Polski tytuł: Pułapka uczuć/ Slammed
Autor: Colleen Hoover
Tłumacz: Katarzyna Puścian
Wydawnictwo: YA!
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 282

Lake przeprowadza się do Michigan wraz z mamą i młodszym bratem, by zacząć nowe życie po tym, jak kilka miesięcy wcześniej straciła ojca. Pierwszego dnia w nowym miejscu poznaje ona Willa- przystojnego sąsiada z naprzeciwka. Kilka spotkań i pocałunków daje Layken nadzieję, że wszystko będzie dobrze, a ona znów zazna szczęścia. Wtedy właśnie na światło dzienne wychodzi coś, co rozbija plany zakochanej dwójki w drobny mak. Sytuacja wydaje się być kompletnie nierealna ale to nie ostatnia niespodzianka, z jaką Lake będzie musiała się zmierzyć. 

Z panią Hoover spotkałam się już wcześniej dwa razy. Dwa razy zakochałam się w jej sposobie pisania, dwa razy płakałam czytając powieści przez nią napisane. " Hopeless" (kliknij by przejść do recenzji) oraz " Losing Hope" to wciąż jedne z moich ulubionych książek, dlatego ucieszyłam się, gdy nadarzyła się szansa przeczytania "Slammed", kolejnego tworu Colleen. Oczekiwania miałam wysokie. Czy zostały spełnione?

Nie będę owijała w bawełnę i udawała, że może było coś, co nie podobało mi się w tej powieści. Nie byłoby to fair. Jestem nią zachwycona! Kocham każdy jej element, od fabuły, przez bohaterów, do okładki. Nie wiem nawet od czego zacząć jej opisywanie. Brak mi słów, jestem w kompletnej emocjonalnej rozsypce. Aż się boję zabierać za drugi tom!

Z początku myślałam, że będzie to zwykły romans między Layken, a Willem. Jasne, wątkiem pobocznym była śmierć taty dziewczyny i przeprowadzka, która niespodziewanie okazała się ważną częścią książki ale generalnie nie oczekiwałam niczego, co doprowadzi mnie do stanu, w jakim teraz jestem. Oj, nieźle się zdziwiłam. Nie mogę wam powiedzieć, co właściwie się wydarzyło, bo byłby to ogromny spojler ale musicie uwierzyć mi na słowo. Ta książka to rollercoaster. Początek jest niczym pójście na obiad do babci z obietnicą, że zjecie tylko zupę. Już po kilkunastu minutach babcia daje wam dokładkę, drugie danie, ciasteczko, serniczek i pierdyliard dolewek herbaty, a gdy się żegnacie chce wam się płakać, bo tyle zjedliście i nie czujecie się z tym źle, bo to wszystko było genialne. Takie właśnie było czytanie tej powieści. Już po kilkunastu stronach autorka wyrwała mi serce zwrotem akcji. Potem było tylko gorzej. W sensie, dla mnie było super ale głównej bohaterce zrzucono worek cegieł na głowę. Jeju, jak ja strasznie mam ochotę wam powiedzieć, co się wydarza... ale nie mogę.

"Ktoś ich kiedyś o to zapytał. (...) Zadał im pytanie o ich poezję. O to, czy nie jest im ciężko ponownie przeżywać swoje słowa podczas każdego występu. Odpowiedzieli, że chociaż sami mają to już pewnie za sobą- nie myślą o osobie lub wydarzeniu, które było inspiracją dla ich słów w danym momencie- nie znaczy to, że ktoś inny słuchający ich utworów akurat w tym nie tkwi. Więc co z tego? Co z tego, że złamane serce, o którym pisaliście w zeszłym roku, nie jest już złamane? Być może czuje się tak teraz osoba siedząca w pierwszym rzędzie. To, co czujecie w danym momencie, oraz osoba, do której serca możecie trafić swoimi słowami za pięć lat- to powody, dla których pisze się wiersze. "

Dobrze, przejdźmy do postaci. Uważam, że zostali oni wykreowani świetnie, a jeśli czegokolwiek im brakuje, to mam przed sobą jeszcze dwie części tej trylogii, także myślę, że się wszystkiego o nich dowiem. Jak na razie mogę stwierdzić, że absolutnie ubóstwiam młodsze rodzeństwo Layken i Willa. Obaj chłopcy byli wprost przeuroczy, choć ich charaktery nie zostały bardzo rozwinięte. Z Layken miałam love-hate relację, bo chociaż z początku bardzo ją lubiłam i byłam wobec niej wyrozumiała, tak później odrobinę irytowało mnie jej zachowanie. Wciąż jednak byłam w stanie jej to wybaczyć. To samo tyczy się Willa. Był wspaniałym chłopakiem i fakt, że zajął się wychowywaniem swojego brata po śmierci ich rodziców niezwykle mi zaimponowało. Przewracając kolejne strony przestawałam go rozumieć, ale nie było w tym nic dziwnego, bo wiedziałam tyle, co Lake(skrót od Layken). Dopiero zakończenie pozwoliło mi zobaczyć ich oboje w innym świetle i w obojgu się zakochałam.

Pobocznym bohaterem, o którym chciałabym wspomnieć jest Eddie. Myślę, że każdy chciałby mieć taką przyjaciółkę, jaką była Eddie, której pogodne usposobienie wprawiało wszystkich jej znajomych w dobry nastrój. Sama przeszła w życiu przez wiele rodzin zastępczych i choć nie dała tego po sobie poznać, skrywała w sobie żal do jej rodziców. Mimo to, potrafiła podać pomocną dłoń Lake, kiedy ta jej potrzebowała i kiedy na światło dzienne wypłynęły tajemnice, które mogłyby zawalić cały świat Layken i Willa. Eddie stała przy boku swojej przyjaciółki i potrafiła ją podbudować, ale też sprowadzić na ziemię, jeśli taka była potrzeba. Była rewelacyjną postacią i na pewno na dłużej zostanie w mojej pamięci.

No, to teraz przyszła pora na zakończenie. Ja nie płakałam. Ja ryczałam kończąc "Slammed", czy też "Pułapkę uczyć". Nie mogę wam zdradzić dlaczego ale powiem wam, co mnie tak poruszyło. Połowiczny happy end to jedna sprawa ale powód, dla którego rozpłynęłam się w kałuży łez jest sposób, w jaki mama zwracała się do Lake. Chodzi mi tu o zwrot "moje słoneczko". Moja mama się w ten sposób do mnie zwraca, a wydarzenia pomiędzy Lake, a jej mamą bardzo mną poruszyły i uświadomiły mi, jak bardzo kocham i tęsknię za moją mamą, choć rozmawiamy prawie każdego dnia, a dzieli nas tylko kilka krajów. Dało mi to do myślenia, a właściwie zmusiło do przemyśleń na temat tego, jak wdzięczna jestem mojej mamie za to, że mnie wychowała na osobę, jaką jestem i za to, że jest przy mnie każdego dnia, choć ostatni raz widziałyśmy się w styczniu.

Zanim skończę, chciałabym dodać jeszcze, że świetnym pomysłem autorki było wprowadzenie wierszy pisanych przez bohaterów. Pozwalało mi to na doświadczenie ich emocji poprzez sztukę, dzięki której wyrażali siebie. Bardzo duży plus dla Colleen Hoover!

OCENA: 10/10

No, to wszystko na dzisiaj. Miało być krótko, a wyszło jak zawsze. Przepraszam, że nic ostatnio nie wstawiałam ale nie miałam w sobie życia. Dosłownie, byłam w stanie tylko podnieść się z łóżka, zrobić kawę, wypić ją i iść znów spać. Niezbyt produktywnie ale co zrobić.

Życzę wam miłego dnia i jeszcze lepszego tygodnia. :)




niedziela, 12 kwietnia 2020

#98: Chaos. Oryginalny Serial Empik Go - recenzja audiobooka

" Chaos" nadchodzi....




Na podstawie książki " Szczury Wrocławia. Chaos"
Liczba odcinków: 13
Czas trwania: 9,5 godziny ( razem)
Autor: Robert J. Szmidt
Adaptacja scenariusza: Magdalena Zych
Realizacja dźwięku: Maciej Zych, Patryk Morawski, Krzysztof Czeczot
Muzyka: Maciej Zych, Wojciech Błażejczyk
Lektor: Mariusz Bonaszewski







Ludziska, ja nie wiem czy ja będę w stanie napisać tę recenzję tak, by miała ona sens. Będzie ona miała trochę inną formę niż zazwyczaj ale myślę, że mi wybaczycie. Jest druga w nocy, a ja właśnie skończyłam przesłuchiwanie ostatniego odcinka serialu " Chaos" który, przepraszam za słownictwo, rozpieprzył mi system! Nigdy jakoś nie byłam fanką audiobooków czytanych przez jednego lektora ale zawsze lubiłam słuchowiska. Dlatego właśnie postanowiłam dać szansę temu stworzonemu na zlecienie Empik Go. Dałam szansę i ....

Przepadłam. 
Serial ten składa się z 13 odcinków, z czego każdy trwa ponad 40 minut. Jakimś cudem przesłuchałam wszystkie w ciągu dwóch dni. Powiem szczerze, że pierwszy odcinek wbił mnie w siedzenie. Potem odrobinkę się nudziłam przez jeden, może dwa odcinki. Myślałam, że " Chaos" zacznie mnie nudzić i go sobie odpuszczę. Oh, jak bardzo się myliłam. Jak już zaczęło się dziać, tak nie mogłam się oderwać i cisnęłam, aż się kurzuło! O ile mogę tak powiedzieć. Hordy zombie, rządowe potyczki, tajemnice i hektolitry flaków i krwi. Czego chcieć więcej!

Prawdą jest, że przy trzecim odcinku zapomniałam już kto jest kim i rozpoznawałam postacie po głosach aktorów, których w tym serialu jest naprawdę wielu. Takie nazwiska jak Piotr Adamczyk, Mariusz Bonaszewski, czy Jacek Braciak to tylko początek. Gwarantuję wam, będziecie zachwyceni słysząc znane wam głosy, a ich gra aktorska, a właściwie to jak niesamowicie grają swoimi głosami powali was na kolana!

Właśnie zdałam sobie sprawę, że nie napisałam wam, o czym ten audiobook jest. Oto opis ze strony Empika:

"Oryginalny Serial Audio Empik Go w technologii dźwięku 3D
Ze strachu zerwiecie słuchawki z uszu!
Miasto ogarnął CHAOS!
Jest rok 1963. Wrocław. W Państwowych Zakładach Lotniczych giną ludzie. Wybucha panika. Milicja Obywatelska musi zmierzyć się z dziwną plagą atakującą miasto.
Opowieść początkowo oparta na faktach przeradza się w alternatywną historię. Historię wybuchu epidemii, która zamienia się w coś znacznie bardziej potwornego. Zmarli powstają jako nieumarli odmieńcy, a ludzkość staje w obliczu niewyobrażalnego zagrożenia. Kto wygra? Ludzie czy zombie?
Serial „Chaos” jest adaptacją pierwszej powieści Roberta J. Szmidta z cyklu „Szczury Wrocławia” wydawanego od 2015 r. przez wydawnictwo Insignis. To pełnokrwista polska apokalipsa zombie i nowatorski eksperyment literacki – na kartach powieści giną rzeczywiste osoby, wylosowane przez Autora spośród kilkutysięcznej rzeszy czytelników, skupionych wokół poświęconego książce profilu społecznościowego.
Pierwsza superprodukcja Empik Go zrealizowana w technologii binauralnej z niespotykanym dotąd rozmachem."
No, ja nie wiem jak was ale mnie ten opis zachęcił. Może nie będę przesłuchiwała tego serialu po raz kolejny ale obiecuję wam, że przeczytam drugą część serii książek " Szczury Wrocławia". "Chaos" opiera się na pierwszym tomie. Mówię 'opiera', dlatego że nie wiem dokładnie, jak duża część powieści została użyta. Przeczytałam gdzieś, że wykorzystano tylko główną linię fabularną. No niestety, nie mam na razie jak tego sprawdzić, bo Empik Go udostępnia w ramach mojego abonamentu jedynie " Chaos" i drugi tom serii książek.



Słuchajcie, jestem w takich emocjach, że normalnie aż mi się coś wyrywa! Jestem zdziwiona, że aż tyle udało mi się napisać. Ja wiem, że ta recenzja jest niezwykle chaotyczna ( Chaos? Chaotyczna? Takie to śmiszne!) ale poprzez pisanie jej w takim stanie chciałam wam udowodnić, dlaczego warto zabrać się za to słuchowisko. Chciałam pokazać, co " Chaos" potrafi zrobić z człowiekiem.
Jest zwyczajnie nieziemski! Gdybym oceniała książkę, prawdopodobnie oceniłabym ją trochę niżej ale ze względu na to, że biorę pod uwagę całokształt audiobooka, czyli fabułę, głosy, kreację bohaterów, szaleństwo i opisy zombie, itd., moja ocena to:

9/10


Możecie posłuchać pierwszego odcinka za darmo i zdecydować, czy warto słuchać dalej. :)






piątek, 10 kwietnia 2020

#97: Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy. Złodziej pioruna ( Rick Riordan) - recenzja

Hej ludziki! Piękna pogoda na dworze, słoneczko grzeje, aż chce się pisać, czytać, śpiewać, tańczyć i podbijać świat. No, z tym ostatnim to przesadziłam. Jedyny świat jaki będę podbijać to mój ogródkowy universe. Ale zanim znów wyłożę się na dworze niczym zwłoki ze słuchowiska " Chaos", podzielę się z wami moimi odczuciami po ponownym przeczytaniu książki " Złodziej Pioruna".

Oryginalny tytuł: Percy Jackson. The lightning thief. 
Autor: Rick Riordan
Tłumacz: -
Wydawnictwo: Puffin(UK)/ Galeria Książki (PL)
Rok wydania: 2013(UK)
Liczba stron: 388

Percy'emu wydaje się, że jest dzieckiem dziwnym, głupim, z ADHD i takim, które wiecznie powoduje kłopoty. Tak jest oceniany przez większość ludzi. Czego Percy się nie domyśla, to że nie jest on zwykłym dwunastolatkiem. Już niedługo jego świat wywróci się do góry nogami, kiedy chłopiec trafi do Obozu Pół- Krwi i dowie się, że greccy bogowie istnieją i mają dzieci- pół bogów. A on, Percy Jackson, jest jednym z nich. 

Seria o Percym Jacksonie była jedną z tych, które rozpoczęły moją przygodę z czytaniem. Tak jak setkom, jak nie tysiącom innych dzieci, Percy pomógł mi przetrwać moje, żeby nie skłamać, niezbyt przyjemne szkolne lata. Zrozumiałam dzięki niemu i jego przygodom, że bycie innym wcale nie równa się z byciem gorszym. Przez wiele lat miałam obsesję na punkcie książek Ricka Riordana. Dorastałam wraz z bohaterami, przeżywałam ich wzloty i upadki, cieszyłam się gdy wszystko szło po ich myśli i smuciłam się, gdy ... oj, dużo było momentów, gdy ryczałam jak bóbr. Uwielbiałam te książki i dlatego właśnie, po siedmiu latach od przeczytania "Ostatniego Olimpijczyka"- piątego i ostatniego tomu serii, wracam do świata Percy'ego Jacksona, Annabeth Chase, Obozu Pół-Krwi i greckich bogów.

Tym razem jednak moje odczucia odrobinę się zmieniły. Ponownie przemknęłam przez pierwszy tom, ciesząc się jak małe dziecko. Z sentymentem wspominałam moje podstawówkowe lata, zamieniając się na chwilę w jedenastoletnią mnie. Choć tym razem nie czekałam z zapartym tchem na to, co się stanie, to towarzyszenie Percy'emu, Annabeth i Groverowi wciąż dawało mi mnóstwo radości. Przyznam jednak, że czytanie tej powieści po raz drugi było złą decyzją. Humor już mnie tak nie bawił, znajoma fabuła nie dawała takich emocji, jak kiedyś, a mnie ciężko było się wczuć w klimat książki. Nie jestem już zagubioną jedenastolatką, szukającą pocieszenia wśród innych odmieńców. Jestem dwudziestolatką, która zna swoją wartość i nie potrzebuje bycia półbogiem, by czuć się dobrze z samą sobą. Dorosłam jako czytelnik i jako kobieta, a sentyment który pozostał, związany jest z małą dziewczynką i jej problemami, które już mnie nie dotyczą. Dlatego właśnie, mimo dobrych chęci i wielkich oczekiwań, nie byłam w stanie w taki sam sposób odebrać tej historii, jak te dziewięć lat temu.

" The real world is where the monsters are. That's where you learn whether you're any good or not"

Jest chyba tak, że pewne książki zostają z nami na dłużej ale tylko ze względu na wspomnienia, jakie się z nimi łączą. Wciąż kocham Percy'ego Jacksona, wciąż kocham Ricka Riordana i jego twórczość ale wydaje mi się, że sięganie po kolejne powieści, które uwielbiałam za dziecka i jako nastolatka nie ma żadnego sensu i tylko zniszczy sentyment, który niczym niewidzialna wstążka łączy mnie z lat szkolnych i teraźniejszą mnie. Nie chcę tej wstążki przecinać i niszczyć wspomnień, które może właśnie tym powinny zostać. Wspomnieniami.

Ja tę książkę czytałam po angielsku i muszę podkreślić, że jeśli jesteście zainteresowani nauką angielskiego poprzez czytanie, ta powieść będzie dobrym wyborem na start. Język jest przystępny dla każdego, a myślę, że i ci którzy dopiero zaczynają przygodę z językiem angielskim dadzą sobie radę.

OCENA: 8/10



niedziela, 5 kwietnia 2020

#4: Kong. Wyspa Czaszki (2017) - recenzja filmu

Hej ludziki! Piękna pogoda na dworze, a ja próbując znaleźć sobie jakieś zajęcie w domu, oglądam kolejne filmy i seriale. Choć nie potrafię pisać filmowych recenzji, to chciałabym się nauczyć, a od czegoś trzeba zacząć. Prawda? Dlatego właśnie chcę wam dziś opowiedzieć o filmie " Kong. Wyspa Czaszki". Mogą się pojawić mini spojlery, także jeśli wam to nie przeszkadza, zapraszam do czytania, a jeśli jest inaczej, radzę najpierw obejrzeć film.

źródło: grafika google/ filmozercy.com

Zrodzony z 185 000 000 dolarów, reżysera "Królów lata" (Jordan Vogt-Roberts) oraz scenarzystów: Maksa Borensteina ("Godzilla" z 2014), Dana Gilroya ("Dziedzictwo Bourne'a") oraz Dereka Connolly ("Jurrasic World"), film ten wszedł na ekrany kin w 2017 roku, a ja aż do tej pory go nie obejrzałam. Jestem na siebie zła, bo już od dawna coś ciągnęło mnie do tej produkcji. Może był to sam król Kong- główny bohater wielu filmów, z których ten z 2005 jest moim ulubionym. Może była to obsada, może fabuła, a może zwyczajnie chodziło tu tylko i wyłącznie o moją miłość do dobrej rozpierdółki. Tak, czy inaczej, dzięki ogromnej ilości czasu wolnego i wykupionemu Netflixowi, wreszcie udało mi się ten film zobaczyć. I... ani się nie zawiodłam, ani nie jestem nim tak bardzo zachwycona. Spróbuję wam wytłumaczyć dlaczego.


źródło: google obrazy/ para na film

Film opowiada o grupie naukowców i żołnierzy, którzy pod pretekstem naukowej ekspedycji, zapuszczają się na wyspę ukazywaną tylko przez satelity, zwaną "Wyspą Czaszki". Nikt nie wie, co się tam znajduje, a ci którzy wiedzą, nie zamierzają nic mówić.
Właściwie tylko tyle wystarczy wam, by pobieżnie ocenić, czy chcecie, czy też nie zamierzacie oglądać tego blockbustera. Fabuła gra ważną rolę, wręcz zdziwiona byłam jak wiele wątków scenarzyści postanowili do niej wrzucić. O dziwo, praktycznie wszystkie udaje się domknąć, choć powiem szczerze, że po obejrzeniu całych dwóch godzin ta wielowątkowość pozostawiła mi niedosyt. Oprócz momentów walki Konga z potworami, czy żołnierzy z Kongiem, mamy tutaj też historię Hanka Marlowa ( John C.Reilly)- porucznika amerykańskiego lotnictwa, który został zestrzelony na wyspę w 1944; dowódcę żołnierzy Prestona Packarda, granego przez Samuela L. Jacksona, który nie potrafi pogodzić się z końcem wojny i wrócić do normalnego życia; Billa Randę ( John Goodman)- człowieka, który zorganizował całą wyprawę, a który skrywa wiele niebezpiecznych tajemnic; etc. Prawie każda z postaci ma dopisane dłuższe lub krótsze backstory, które ułatwia odbiorcy utożsamienie się z daną osobą lub znienawidzenie jej. To drugie jest o wiele cięższe do zrealizowania, bo żadna z postaci nie jest jednoznacznie dobra lub zła i to zdecydowanie bardzo mi się podobało. Świat nie jest czarno-biały i cieszę się, że nawet filmy tworzone czysto pod rozrywkę to pokazują. Na upartego, mogłabym zacząć rozwodzić się, czy wojna w Wietnamie, której koniec wyznacza czas rozpoczęcia się przygody w "Kong. Wyspa Czaszki", była słusznym posunięciem, ale nie mnie to oceniać.

źródło: naekranie.pl/ klimatyczne-zdjecia-z-kong-wyspa-czaszki-od-antywojennego-fotografa

Efekty specjalne w " Kong. Wyspa czaszki." były całkiem niezłe, momentami rewelacyjne ale niestety zawiodły w kluczowych momentach. Potwory, które miały być głównym przeciwnikiem Konga nie wyglądały przerażająco, ani nawet choć trochę strasznie. Wyglądały jak mniej porażająca wersja Kaiju z "Pacific Rim", a przy Kongu i reszcie stworzeń, które mieliśmy okazję zobaczyć w filmie wypadały słabo.

No, teraz przyszedł czas na to, czemu właściwie nie podobała mi się ta produkcja tak bardzo, jak liczyłam, że mi się spodoba. Wszystkiemu winne są moje oczekiwania. Słuchajcie, myślałam że skoro dostajemy Konga, tajemniczą wyspę zamieszkałą przez gigantyczne potwory plus bandę twardzieli z bronią, to ten film będzie niczym rollercoaster od samego początku aż do końca. Miałam nadzieję, że będę bawić się świetnie patrząc jak kolejne helikoptery wybuchają ( i wybuchały w jednej zarąbiście dobrej scenie), jak nasi bohaterowie próbują przeżyć pośród nieznanej fauny i flory, jak wszystko płonie, a przystojny Tom Hiddleston jako James Conrad biegnie, by uratować wszystkich i jeszcze skopać tyłek potworom. No, nie. Dostałam może dziesięć procent, góra dwadzieścia tego, czego oczekiwałam. Gdzie zniknęła cała reszta? Wydaje mi się, że wszystkie pieniądze poszły w tworzenie Konga stojącego na tle krwistoczerwonego zachodu słońca, patrzącego się na zbliżających się obcych, bo ta scena jest świetna!

To tyle ode mnie na dzisiaj! Życzę wam, drogie ludziki, zdrowia i cierpliwości, żebyśmy przetrwali ten ciężki czas. Film oceniam na 7/10. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś sięgnę po tę produkcję ale jeśli wy to zrobicie, wróćcie i dajcie mi znać w komentarzu, czy wam się podobała.

Miłego dnia :)


źródło: google obrazy/reelviews

czwartek, 2 kwietnia 2020

#96: Sookie Stackhouse 1: Martwy aż do zmroku ( Charlaine Harris) - recenzja

Hej ludziki! Jak wam mija tydzień? Ja siedzę w domu, choć dziś udało mi się wyjść na rower. Strasznie się cieszę, bo już miałam dość bycia zamkniętym w czterech ścianach, gdy na dworze piękne pogoda.

Oryginalny tytuł: Dead until Dark
Autor: Charlaine Harris
Tłumacz: Ewa Wojtczak
Wydawnictwo: MAG (pl)/ Gollancz (en)
Rok wydania: 2004 (pl)/ 2009 (en)
Liczba stron: 326

Z racji tego, że moja wena czytelnicza do mnie powoli wraca, dziś przychodzę do was z recenzją książki, którą przeczytałam tydzień temu. Właściwie ponownie przeczytałam, bo moje pierwsze spotkanie z serią autorstwa pani Harris miało miejsce jeszcze w 2013 roku. Czytałam wtedy wszystko, co związane z wampirami! Oczywiście, spowodowane było to moją miłością do sagi "Zmierzch", od której zaczęła się moja wampiryczna obsesja. Tak więc, jako szalona czternastolatka pomaszerowałam któregoś dnia do biblioteki znajdującej się niedaleko domu mojej babci i zgarnęłam z półki wszystkie 11 tomów serii o Sookie Stackhouse. Żebyście widzieli minę bibliotekarki! Do tej pory ją pamiętam...
Ale nie popadajmy w melancholię, bo recenzja sama się nie napisze.

Odkąd wampiry zdecydowały się wyjawić sekret o swoim istnieniu w publicznej telewizji, ludzie zaczęli przyzwyczajać się do nowej rzeczywistości, w której to krwiopijcy- dawniej postaci z koszmarów i horrorów  - próbują być częścią społeczeństwa. Bon Temps, małe miasteczko w Luizjanie, jak to wszystkie konserwatywne miasteczka, gdzie wszyscy się znają, podchodzi do całej tej sytuacji bardzo sceptycznie. Niewielu mieszkańców widziało prawdziwego wampira i niewielu chciałoby go spotkać. Wyjątkiem jest Sookie- młoda kelnerka, która nie potrafi ukryć podekscytowania, gdy któregoś dnia w jej barze zjawia się 173 letni Bill. Dziewczyna wie, co znaczy być postrzeganym jako dziwoląg- sama posiada umiejętność czytania w myślach, która jest według niej tylko problemem. Jednak, gdy udaje jej się podsłuchać ludzi, którzy chcą zabić nowego wampira w mieście, Sookie rusza z pomocą. Ta noc i wydarzenia, które po niej nastąpią zmienią życie kobiety i wplączą ją w wiele niebezpieczeństw. Czy Sookie poradzi sobie z nowymi wyzwaniami?

" Martwy aż do zmroku" to powieść, którą ciężko jest mi ocenić. Z jednej strony, przemknęłam przez nią w ciągu kilku dni, co jest świetnym wynikiem biorąc pod uwagę jak wolno ostatnio czytam. Fabuła była ciekawa, przyznaję. Zainteresował mnie temat wampirów i tego, w jaki sposób starają się przystosować do koegzystowania z ludźmi. Byłam ciekawa tego, jak ich świat wpływa na świat ludzi: czy się dogadują, czy istnieje dyskryminacja, co wampiry piją zamiast krwi, jakie nowe możliwości otworzył kryminalistom wampirowy coming-out. Czy dostałam odpowiedzi na te pytania? No właśnie nie bardzo. Rozumiem, jest to dopiero pierwsza część serii, dlatego może nie powinnam się czepiać. Jednakże, zamiast budowania świata przedstawionego ( z naciskiem na wampirzy świat), dostałam zagadkę kryminalną z wampirami w tle. Nie zrozumcie mnie źle, odkrywanie jej wraz z bohaterami sprawiło mi wielką radochę, ale nie tego oczekiwałam.

" Nie wiedziałem, czego pragnę, dopóki nie odkryłem, że mogę to stracić."

Bohaterów polubiłam, nawet główną bohaterkę, co jest bardzo dziwne, bo ja zazwyczaj nie znoszę głównych bohaterek. Na szczęście, Sookie nie była tak głupiutką ani bezbronną osobą, jak mi się zdawało. Potrafiła postawić na swoim, odszczeknąć się i postawić pewne granice. Prawdą jest, że nie rozumiem co było takiego w Billu, czego nie mogła znaleźć w innych chłopakach ale może dowiem się w kolejnych tomach. Bill był ...no był. I tyle o nim pamiętam. Nie był może zdepresjonowanym Edwardem ale było w nim coś, co mnie cholernie irytowało. Nie wiem jeszcze co, tego też się pewnie dowiem później. Reszta bohaterów? No cóż, wampiry jak wampiry- żądne krwi, szalone, wyuzdane ( lub "wyzwolone"), ludzie ja ludzie- każdy ze swoimi problemami. Największym pozytywem jest to, że aż do samego końca nie spodziewałam się, kto może być mordercą. Przeżyłam mini-szok jak zostało to ujawnione.

Myślę, że mogę przestać już lać wodę i przejść do rzeczy. Były w tej książce momenty, które mnie zdegustowały. I to bardzo. Zacznijmy może od dialogów między bohaterami, które czasem były tak żałosne i wzbudzające niesmak, że to się aż w głowie nie mieści. Ja rozumiem, że seks jest naturalną potrzebą ludzką ale ilość tego seksu jest tutaj wręcz odstraszająca i obrzydliwa. Tak jak pewne pomysły autorki: 1) zmiennokształtny udaje psa, obserwuje koleżankę po fachu jak ta się przebiera, ładuje jej się do łóżka i budzi się jako nagi facet i jeszcze jest zdziwiony, że kobieta jest wkurzona; oraz 2) seksualizowanie picia krwi i robienia z tego czegoś podniecającego. No błagam was! Pierwsza część to ewidentne naruszanie czyjejś prywatności i wykorzystywanie empatii i wrażliwości tej osoby. Druga jest po prostu ...



Nie umiem tego dosadniej opisać. Mam tylko nadzieję, że kolejne tomy nie będą zawierały wielu takich " smaczków".

OCENA: 7/10 na zachętę



niedziela, 29 marca 2020

#95: Wampiry z Morganville. Nocna Aleja. ( Rachel Caine) - recenzja

No dobra ludziki. Jest 3:30 nad ranem, a ja właśnie skończyłam czytać kolejny tom z serii "Wampiry z Morganville" i muszę, ale to MUSZĘ się z wami podzielić moją opinią na jego temat.

Originalny tytuł: Midnight Alley
Autor: Rachel Caine
Tłumacz: Edyta Jaczewska
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 264

Po wydarzeniach z pierwszej księgi, Claire została związana z Amelie- najsilniejszym i najstarszym wampirem w Morganville. Dziewczyna była świadoma, że ta decyzja jeszcze do niej wróci i kopnie ją z pół obrotu ale nie przewidywała, że zostanie jej powierzone zadanie, które choć niezwykle ważne, może grozić jej nawet utratą życia. Claire nie ma jednak wyjścia i musi się go podjąć, czy jej się to podoba czy nie.
W tym samym czasie w Morganville giną kolejne dziewczyny, a morderca zdaje się być poza wszelkimi podejrzeniami. Claire czuje, że niebezpieczeństwo związane z jej zadaniem to nie jest jej jedyny problem. Jak poradzi sobie z przeciwnościami losu? Czy utrzyma w sekrecie to, czego się dopuściła próbując ratować przyjaciół?

Nie będę owijać w bawełnę. Jestem tą serią zachwycona! Pierwsza księga zawierająca pierwsze dwa tomy była doskonała, a " Nocna Aleja" utrzymuje wysoki poziom. Książkę czyta się błyskawicznie ( szczególnie na czytniku), historia jest wciągająca i trzymająca w napięciu. Pierwsze dwie części zadziałały świetnie jako wprowadzenie do serii, nie będąc przy tym zbyt opisowymi i zwyczajnie nudnymi. Miały też w sobie nutkę akcji i suspensu. W "Nocnej Alei" akcji jest zdecydowanie więcej. Czasem miałam wrażenie, że wydarzenia pędzą niczym ludzie po środki dezynfekujące i papier toaletowy! I mówię to w sensie pozytywnym, bo nie ma chyba rzeczy, która mi się w tej książce nie podobała. Ciężko mi jedynie mówić o fabule, by za wiele nie zdradzić. W końcu, jest to już trzecia książka w tej serii i bez znajomości " Przeklętego domu" i " Balu umarłych dziewczyn" ciężko będzie komukolwiek zrozumieć wydarzenia w trzecim tomie.

" Nauka to tylko metoda, a nie religia i przecież potrafi być tak samo ograniczona. Claire, tutaj liczą się otwarte umysły. Kwestionuj wszystko, nie przyjmuj niczego na wiarę, dopóki sama tego nie udowodnisz. "

Bohaterowie zostali świetnie wykreowani już w poprzednich częściach ale i tym razem dowiadujemy się o nich nowych rzeczy, szczególnie o Michaelu, który pod koniec drugiego tomu przeszedł dość dużą przemianę. Shane irytował mnie z początku tym, w jaki sposób traktował swojego współlokatora i jakim niesamowitym był bucem. Później te jego cechy delikatnie zanikły, a może po prostu się do nich przyzwyczaiłam i próbowałam je wyjaśnić tym, co się wokół niego działo. Eve, jak to Eve- kocham tę postać! Eve to szalona gotka z umiejętnością rzucania przezabawnych komentarzy, przy których śmiałam się jak opętana. Pokochałam ją już w pierwszym tomie, a teraz tylko ugruntowałam swoje uczucie do niej.
Co do Claire, nie jestem pewna. Nie jestem do niej uprzedzona. Powiedziałabym nawet, że w sumie ją lubię ale nie wiem jeszcze, czy to wynik chwilowego zachłyśnięcia się tym, jak świetną jest bohaterką i jaką rolę gra w całych trzech tomach, które czytałam, czy to może faktycznie przemyślana i zdecydowana miłość. Tego się dowiemy jak skończę tę serię. Prawdopodobnie.

Proszę, wybaczcie mi chaotyczność tej recenzji. Piszę ją zaraz po skończeniu " Nocnej Alei" i mam nadzieję, że widzicie na podstawie tego jak piszę, w jakim jestem stanie. Czuję się jak na jakimś haju. Książkowym haju!

Tymczasem żegnam was i życzę wam miłego dnia ( lub nocy, bo nie wiem, kiedy to wstawię).
:)

OCENA: 10/10



wtorek, 24 marca 2020

Pisać, czy nie pisać? Oto jest pytanie...

Jest piąta rano, słońce powoli wstaje, zmieniając niebo w błękitno-pomarańczowy miszmasz. Światła w pobliskich domach są pogaszone, choć cienie ludzi w oknach wskazują, że nie tylko ja jestem rannym ptaszkiem. Właściwie, to nim nie jestem. Przez ostatnie wydarzenia mój tryb senny przestawił się do tego stopnia, że śpię w dzień, a baluję w nocy, o ile balowaniem można nazwać czytanie i oglądanie kolejnych odcinków " The Fresh Prince of Bell Air".
Nie mogę spać. Tysiące różnych myśli chodzi mi po głowie i wciąż brak odpowiedzi na pytania, które sama sobie zadaję. Myślałam, że relaksująca muzyka uspokoi mnie na tyle, że przymknę oczy choć na parę godzin. Nie wyszło, ale i wy możecie posłuchać tej playlisty.



Cały wczorajszy dzień zastanawiałam się, czy dalej pisać tego bloga. Zaniedbywałam go przez ostatnie dwa lata. Ani nie miałam weny na pisanie, ani motywacji, by to kontynuować. Z przyzwyczajenia wrzucałam coś raz na przysłowiowy ruski rok, żeby tylko nie porzucać czegoś, co zaczęłam pisać mając lat piętnaście. Nie wiedziałam nawet, o czym powinnam pisać. Nie czytam już tak wielu książek, jak kiedyś. Nie potrafię już tak żartować, a moje recenzje nie są już tak dobre. Myślałam nad tym, czy abym nie powinna była się poddać już dawno temu. Cały dzień nad tym rozmyślałam. 

Mam dwadzieścia lat. Studiuję w obcym kraju, a moje plany na życie zmieniły się wraz ze mną. Odeszłam z aktorstwa, potem pół roku pracowałam, a we wrześniu rozpoczęłam Travel and Tourism Management na West London University. Wybrałam drogę kompletnie inną, niż tę, którą planowałam pójść. To była dobra decyzja. Uwielbiam swój kurs, uwielbiam to czego się uczę i uwielbiam świat, który mogę poznawać za pośrednictwem zajęć, moich wykładowców i międzynarodowych studentów, których mam pełno na roku. Chciałabym czasem dzielić się z wami tym, czego się uczę, co nowego odkrywam. 



Po dwóch latach od rozpoczęcia się mojego książkowego kaca, moja chęć do czytania książek powoli do mnie wraca. Nareszcie! Chociaż, tak jak mówię, nie czytam już tak wiele jak kiedyś, czytam wiele różnorodnych rzeczy, z czego trzydzieści procent to artykuły, książki itd. potrzebne mi na zajęcia. Reszta to powieści fantastyczne, obyczajowe, YA i tysiące innych rodzajów i tytułów, na które mam ochotę. Chcę wciąż dzielić się z wami moją miłością do książek i czytania. Chcę pisać o tym, od czego tak naprawdę zaczęłam pisać, na czym bazowałam tego bloga, kiedy go tworzyłam. Nie chcę, by praca, jaką włożyłam w tego bloga poszła na marne. 

Na pewno jest jeszcze wiele tematów, o których będę pisać. Nie mam zamiaru obiecywać w jakich ilościach, bo obiecanki cacanki, a mnie nigdy dotrzymanie słowa nie wychodziło. Wiem tylko, że chcę pisać, chcę się z wami dzielić moim małym światem. Mam motywację i jestem zdeterminowana. Reszta wyjdzie w praniu :) 

Ten post był tylko moimi luźnymi przemyśleniami. Może dziś, może jutro wstawię coś bardziej konkretnego. Kto wie, co to będzie. Kto wie, na co najdzie mnie ochota. Nie porzucam bloga, więc jeśli jest ktoś, kto jeszcze czyta to co piszę, niech wyczekuje na nasze ponowne spotkanie i to już niedługo. 

A teraz żegnam was i życzę wam miłego poranka i jeszcze lepszego dnia :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...