Analfabetka, która potrafiła liczyć( Jonas Jonassen) - recenzja.

Hejka! Przybywam do Was dziś, by podzielić się z Wami moją opinią na temat powieści autorstwa Jonasa Jonassona, pt. " Analfabetka, która potrafiła liczyć". Od razu powiem, że to będzie pozytywna, choć krótka recenzja, w której nie wymienię prawie żadnego minusa. To co? Zaczynamy?

Tytuł oryginalny: Analfabeten Som Kunde Rakna
Autor: Jonas Jonassen
Tłumacz: Bratumiła Pawłowska-Pettersson
Wydawnictwo: W.A.B
Wyd.PL.: 2015
Liczba stron: 416


,, Statystyczne prawdopodobieństwo, że mała analfabetka z Soweto lat siedemdziesiątych dorośnie i pewnego dnia znajdzie się w samochodzie do przewozu ziemniaków wraz z królem i premierem Szwecji, wynosi jeden do czterdziestu pięciu miliardów siedmiuset sześćdziesięciu sześciu milionów dwustu dwunastu tysięcy ośmiuset dziesięciu.
   Tak wynika z wyliczeń tejże analfabetki. "

Autor na tych zaledwie czterystu stronach zmieścił tak pokręconą i chorą historię, że to aż niewiarygodne jak tego dokonał. Ta książka jest jak " Seria Niefortunnych Zdarzeń", tyle że napisana bardziej skomplikowanym językiem. Jest pełna absurdów i totalnie nierzeczywistych, nierealnych zdarzeń i sytuacji.
Niestety, muszę też przyznać, że ten nadmiar wszelkich informacji i kompletnych nonsensów w pewnym momencie ( dokładnie od dziewiętnastego rozdziału) zaczął mnie nudzić. Ostatnie sto stron przeczytałam z czystej ciekawości, jak to wszystko się zakończy, ale już bez takiego zapału jak wcześniej.
Powieść posiada mnóstwo, ale to mnóstwo czarnego humoru, którego nie cierpię ( dowiedziałam się tego podczas czytania), ale w tym przypadku jestem go w stanie przeboleć. Były momenty, w których cicho chichotałam, ale też takie, gdzie dosłownie leżałam ze śmiechu, a z oczu leciały mi łzy. Zazwyczaj śmiałam się z czystej, ludzkiej głupoty, która po prostu przekraczała w tej książce wszelkie możliwe granice.

Odkąd tylko na kartach tej powieści pojawiła się Nombeko wiedziałam, że będzie niesamowitą bohaterką. Ta dziewczyna była diabelnie inteligentna i wytrwała. Nikt nie chciałby przeżyć tego co ona, oczywiście jeśli mowa jest o tych przykrych dla niej zdarzeniach.
Z kolei od poznania Holgera 1( który miał brata- Holgera 2) i Celestine nie mogłam ich znieść, przewidywałam, że będą z nimi jakieś kłopoty. Z nimi i ich głupimi przekonaniami. Uważali oni bowiem, że monarchia, polityka, wszystkie " izmy" ( prócz kubizmu), to co nie ma nic wspólnego z całkowitą anarchią jest złe. Ponadto, para ta była wiecznie z czegoś niezadowolona, co irytowało nawet jeszcze bardziej niż jej ponadludzka zdolność do destrukcji.

,, Według wysłanych na miejsce zdarzenia reporterów programu informacyjnego Ekot toczyło się tam coś przypominającego wojnę. Co najmniej jeden z członków grupy operacyjnej został postrzelony w nogę, trzej inni zatruli się gazem. Wart dwanaście milionów helikopter przymusowo lądował na tyłach nieczynnego warsztatu ceramicznego, ponieważ gęsty dym ograniczał widoczność. Buldożer spłonął, podobnie jak budynek, magazyn, cztery wozy policyjne i karetka pogotowia, w której na obdukcję czekało ciało samobójcy.

   W sumie jednak akcję uznano za udaną. Wyeliminowano wszystkich terrorystów. (...)
- Rany boskie- jęknął Holger 2.- Krajowa Jednostka do Zadań Specjalnych tocząca wojnę sama ze sobą.
- Tak czy siak wygrali. To świadczy o pewnych kompetencjach- powiedziała Nombeko. "

Podsumowując, ta opowieść to totalna abstrakcja, a jednak stara się przekazać czytelnikowi coś ważnego. Mówi, że los jest nieprzewidywalny i zmienny. Nasze życie nie jest z góry określone, zaplanowane. To my je kształtujemy poprzez nasze decyzje i przeżycia.
Wiem, że ta recenzja była niesamowicie krótka, nawet jak na mnie, ale uwierzcie mi, nie byłabym w stanie więcej o niej powiedzieć bez spojlerowania. Mam nadzieję, że sięgniecie po tę powieść, ponieważ jest warta przeczytania.

Ocena: 8/10



Coffee Book TAG!!!

Hej! Wybaczcie, że ostatnimi czasy nie wstawiam zbyt wiele na bloga, ale aktualnie walczę o oceny i nauka trochę mnie przytłacza. Przygotowałam dziś dla Was TAG kawowo-książkowy. Ja sama kawę piję okazjonalnie, bo zamiast mnie pobudzać, ona mnie usypia. Mimo to bardzo spodobały mi się kategorie dopasowane do danych kaw i właśnie dlatego postanowiłam zrobić ten TAG. Wszystko jasne? Zaczynamy!

1. Czarna- książka, w którą nie mogłam się wkręcić.

Taką książką jest ,, Marsjanin". Właściwie, to nadal nie mogę się w nią wkręcić. Jest ciekawa, ale czytanie czegoś, co napisane jest w formie dziennika jest... ciężkie. Mam nadzieję, że uda mi się w nią wciągnąć, bo bardzo zależy mi na jej przeczytaniu.



2. Miętowa mocca- książka, która staje się bardziej popularna w okresie świątecznym.

Mogłabym wymienić tutaj dowolną książkę, która rozgrywa się w okresie świąt. Ja sama czytałam tylko jedną tego typu, a jest nią ,, W śnieżną noc".


3. Gorąca czekolada- ulubiona książka z dzieciństwa.

Nie pamiętam wielu książek z okresu dzieciństwa, ale wnioskując po ilości mazów, podejrzewam że najbardziej lubiłam "czytać" wiersze dla dzieci autorstwa Juliana Tuwima.



4. Podwójny espresso- książka, która trzymała mnie na krawędzi fotela od początku do końca.

" Hopeless" idealnie nadaje się do tej kategorii. To niesamowita, niezwykła powieść, w którą wciągnęłam się już na samym początku i aż do samego końca wiernie trwałam przy jej bohaterach, przeżywając to co oni. Nie raz, to co się w niej działo, wbijało mnie w fotel. A końcówka mnie z owego fotela zrzuciła. Koniec historii.



5. Starbucks- książka, którą widzę wszędzie.

Jest tylko jeden tytuł, który ( niestety) przychodzi mi na myśl. I myślę, że nie tylko mnie.



6. Hipsterska kawiarnia- książka napisana przez niezależnego autora.

Wydaje mi się, że nie czytałam jeszcze żadnej książki niezależnego autora, dlatego też nie mam pojęcia, co mogłabym przypasować do tej kategorii.


7. Przypadkiem dostałem bezkofeinową- książka, po której spodziewałam się więcej.

Niestety, muszę przyznać, że taką powieścią był " Kosogłos", który w porównaniu do poprzednich części trylogii był po prostu nudny. Takie jest moje zdanie. Teoretycznie działo się w nim więcej, ale było to opisane w tak mdły i nudny sposób, że to aż bolało. Oczywiście, nie zaprzeczam, że uwielbiam Igrzyska Śmierci i jest to jedna z moich ulubionych serii książkowych, ale " Kosogłos" wyjątkowo nie przypadł mi do gustu jako zakończenie trylogii. Gdyby był jednotomówką, wtedy może  potraktowałabym go łagodniej. Jednakże, od zakończenia wymagam więcej niż od tomów go poprzedzających i niestety ( zaczynam się powtarzać), tym razem się zawiodłam.


8. Idealne połączenie- książka lub seria, która była zarówno słodka, jak i gorzka, ale ostatecznie przypadła mi do gustu.

Czemu postanowiłam wybrać serię " Niezgodna"? Otóż, pierwsza część podobała mi się bardzo, ale z drugą było już gorzej. Nie spełniła moich oczekiwać, wynudziłam się na niej prawie na śmierć. Z kolei " Wierna", jak dobrze wiecie z recenzji, wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie, nawet lepsze niż wcześniejsze książki z tej serii. Tak więc, " Niezgodna" i " Wierna" były tym słodkim kremem w ciastku, a " Zbuntowana" zbyt dużymi kawałkami owoców ( których w ciastach nienawidzę). Było i słodko, i gorzko, ale w ostatecznym rozrachunku okazało się, że trylogia ta, plus " Cztery", podbiły moje serce.



Nie nominuję konkretnych blogerów. Jeśli któreś z Was będzie chciało zrobić ten TAG, proszę bardzo, może czuć się nominowany.
Na dzisiaj to wszystko, mam nadzieję, że moje odpowiedzi nie były aż nazbyt wyczerpujące ( wpadam w ironię przez " Marsjanina") :)

Życzę Wam miłego wieczoru, cześć!

Babska Stacja ( Fannie Flagg) - recenzja

Hej!!! Jak wam mija kwiecień? Mnie w zasadzie i dobrze i źle, ale nie będę zagłębiała się w szczegóły, nie po to tu jestem. Przychodzę do Was dziś z recenzją, którą zapowiadałam w poście ,,TOP 10: Książki, które najbardziej zapadły mi w pamięć". Niesamowicie się cieszę, że mogę wreszcie się z Wami podzielić moją opinią o książce autorstwa Fannie Flagg , pt. ,,Babska Stacja".

Oryginalny tytuł: The All-Girl Filling Station's Last Reunion
Autor: Fannie Flagg
Tłumacz: Dorota Dziewońska
Wydawnictwo: Otwarte
Wyd.PL: 2015
Liczba stron: 400

Sookie ma pięćdziesiąt lat, wspaniałego męża, psa, odchowaną trójkę dzieci i nieznośną matkę na utrzymaniu. Żyje rutynowo, nie robi nic, by się w jakiś sposób wyróżnić. Przez to nie jest szczęśliwa, nie czuje się całkiem spełniona, ale ukrywa to uczucie.
Pewnego dnia jednak dostaje list, po przeczytaniu którego nic już nie jest dla niej takie samo. Okazuje się, że całe życie była okłamywana- matka nie powiedziała jej, że jest adoptowana. Kobieta rozpoczyna poszukiwania własnego ja. Pragnie się dowiedzieć, kim jest naprawdę. Gdzie doprowadzą ją poszlaki z listu? Jaka historia kryje się pod tą pozornie błahą sprawą?

,,Babska stacja" to niezwykle ciepła, pogodna i skłaniająca do refleksji powieść. Jest zabawna, idealna na jesienne, czy też letnie wieczory. Jak na książkę obyczajową, fabuła jest dość skomplikowana, co więcej rozgrywa się na dwóch płaszczyznach- w czasach teraźniejszych i w przeszłości, głównie podczas Drugiej Wojny Światowej. Wątki przeplatając się, opowiadają historie dwóch kobiet- Fritzi i Sookie, pod koniec tworząc jedną historię. To właśnie wtedy zostaje rozwiązana tajemnica pochodzenia tej pierwszej. Jestem pod ogromnym wrażeniem całej koncepcji owego połączenia. Nigdy nie przypuszczałam, że tak pokocham powieść obyczajową. Zazwyczaj czytam je jedynie dla urozmaicenia mojej książkowej diety oraz w ramach chwilowego powrotu do rzeczywistości. Tymczasem...
Bardzo podoba mi się również pomysł stworzenia tytułowej ,, Babskiej stacji", w której to kobiety prowadziłyby cały interes i naprawiały auta przy dźwiękach starego, dobrego rock'n'rolla. Gdybym choć trochę znała się na samochodach, chętnie bym coś takiego otworzyła.

,, Nieważne, jak poplątane było jej życie- była dokładnie tą osobą, którą miała być, i żyła dokładnie tam, gdzie było jej miejsce. "

W powieści pojawia się polski akcent, z czego bardzo się cieszę, bo nawiązując do niego, mogę rozpocząć temat, o którym od dawna chciałam napisać. Ostatnio rozmawiałam z babcią o ...właśnie polskich akcentach w książkach zagranicznych. Stwierdziłyśmy, że ostatnimi czasy stały się one wszechobecne. Gdzie nie spojrzysz, tam polska pokojówka, kochanka o polskich korzeniach, pojawiają się też porównania do jakiejś cechy polskiej urody( co ciekawe, zazwyczaj żadne z tych porównań nie jest choć w małym stopniu trafione). Jak już mówiłam, owa ,,moda" dała o sobie znać również w tej powieści. Otóż ojciec jednej z głównych bohaterek był Polakiem i przekazał swoim córkom polską kulturę. Co więcej, mieszkali oni w amerykańskim miasteczku lecz o polskiej nazwie, otoczeni sąsiadującymi z nimi rodakami. Kiedy nadeszła wojna, trzy z pięciu kobiet z tej rodziny zostało pilotkami, i rozpoczęło służbę w Women Airforce Service Pilots. Powiem szczerze, że nawet nie wiedziałam o tym, jak wiele armie brytyjska i amerykańska zawdzięczają kobietom- pilotkom. Dzięki tej książce poszerzyłam moją wiedzę na ten temat i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa.
Wracając do samego recenzowania, były w tej powieści takie momenty, w których moja wewnętrzna feministka szalała z wściekłości, a już szczególnie przy wojennym wątku. Jasne, wiem że lata czterdzieste to były całkowicie inne czasy, ale jak czytałam o tym, że mężczyźni robili wszystko, żeby się pozbyć kobiet z armii, nie zważając na to, że były najlepsze w pilotażu wielkich czterosilnikowych samolotów bojowych, do których oni bali się wsiadać... myślałam, że mnie coś trafi. Oliwą dolaną do ognia okazała się informacja, że po wojnie, w Ameryce kobiece oddziały całkowicie zignorowano! Nie dość, że zarabiały minimum, to jeszcze odmówiono im wszystkiego, co przysługiwało byłym żołnierzom. A powodem do takiego traktowania była oczywiście płeć. To okropne i okrutne. Poza tym, w Wielkiej Brytanii kobiety w wojsku były uznawane za równe płci męskiej. Dlaczego więc nie mogło tak być też w USA?!

Każda z postaci jest rewelacyjnie wykreowana- czytając, czułam się tak, jakbym z dnia na dzień coraz lepiej poznawała daną osobę. Żywą osobę z krwi i kości, a nie jej papierową wersję.  Główne dwie bohaterki mają ze sobą tak wiele wspólnego, a jednak tak diametralnie się różnią. Fritzi jest taką typową chłopczycą, jakbyśmy dziś powiedzieli. Jest odważna, zadziorna, twarda, wie czego chce i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Sookie z kolei jest ustatkowana, poukładana, jak sama określa- jest " idealnym przykładem kury domowej", a w dodatku prawie w ogóle nie ma poczucia własnej wartości. Choć w sumie się nie dziwię. Musiała wytrzymywać z matką będącą szowinistką, hipokrytką, rasistką i mającą ego wielkie jak Pałac Kultury. Wielki podziw i szacunek dla niej, że nie zwariowała.

Podsumowując, myślę że powodem, dla którego tak przyjemnie spędziłam czas z tą książką jest fakt, iż jest ona niesamowicie realistyczna i prawdopodobna. Nie jest żadną feministyczną wariacją czy abstrakcją na temat istoty bycia dumnym z posiadania szerszych bioder i klatki piersiowej. Jest to prosta, ale piękna historia o odnajdywaniu własnej drogi i własnego JA. Polecam tą powieść każdemu z Was, niezależnie od wieku czy płci. Mam nadzieję, że udało mi się was zachęcić do jej przeczytania. Jeśli tak, mogę spać spokojnie :)

OCENA: 8/10








TOP 10: Cytaty Miesiąca- Kwiecień !!!

Witajcie! Przychodzę do was dziś z kolejną porcją cytatów, tym razem kwietniowych i mam nadzieję, że spodobają się wam one w takim samym stopniu, jak mnie :)
Oto one:

1. ,, Pisanie to nie skrobanie na papierze. To komunikacja. Pamięć. "

2. ,,Nie, piekło nie ma nic wspólnego z miejscem- piekło wiąże się z ludźmi. Może to ludzie są piekłem. "



3. ,, Każde zawody wydają się uczciwe, jeśli wszyscy zostali oszukani."



4. ,,Uśmiech losu można zobaczyć nawet w tych najciemniejszych chwilach, jeżeli pamięta się żeby zapalić światło."



5. ,, A ja chcę po śmierci spokojnie sobie nie żyć. "



6. ,, To, kim się urodziliśmy, czyni nas tym, kim jesteśmy." 



7. ,, Jedne rzeczy lubiłam, innych nie cierpiałam (...). A z istnienia niektórych nie zdawałam sobie sprawy, dopóki ich nie straciłam."



8. ,,Jestem wojowniczką, nie kochanką."

9. ,, Właściwie nigdy nie miałem przyjaciół, a przynajmniej bliskich. Pewnie dlatego tyle czytam. Książki były moim najlepszym towarzystwem. "



10. ,, Ślady, które ludzie pozostawiają po sobie, zbyt często są bliznami."



Ten jeden dzień ( Gayle Forman)- recenzja.

Witajcie! Dzisiaj bez zbędnych wstępów, przejdę od razu do recenzji :)

Oryginalny tytuł: Just one day
Autor: Gayle Forman
Tłumacz: Hanna Pasierska
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wyd. PL: 2015
Liczba stron: 384

Życie Allyson zawsze było poukładane, zaplanowane co do sekundy. To się zmienia, gdy podczas wycieczki po Europie poznaje pewnego młodego artystę. Chłopak przedstawia się jako Willem i proponuje dziewczynie jednodniowy wypad do Francji, oczywiście z nim. Ally dość szybko podejmuje decyzję- zgadza się na ten wyjazd. Czy jeden dzień w Paryżu zmieni coś w jej życiu? Przyniesie miłość czy może coś odwrotnego?

Większość książek dla nastolatek to kompletnie bezsensowne, naiwne i odrealnione romansidła. W każdej takiej historii główna bohaterka spotyka pewnego dnia swojego wymarzonego chłopaka, który naturalnie od razu się w niej zakochuje. Nazywa się to miłością od pierwszego wejrzenia. A wiecie jakie jest moje zdanie? Nie ma czegoś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia i ,, Ten jeden dzień" tylko potwierdza moją tezę. W powieści tej dziewczyna poznaje niezwykle przystojnego młodego mężczyznę, który po kilku godzinach znajomości proponuje jej wyjazd do Paryża. Oczywiście, Allyson się zgadza, bo czemu nie. Niestety, okazuje się, że Pan Idealny wcale nie jest taki idealny jak jej się zdawało, ale o tym nie będę pisała, bo jeszcze wam coś zaspojleruję. Z jednej strony chcielibyśmy ( zazwyczaj chciałybyśmy), żeby coś takiego przytrafiło się również nam, ale z drugiej strony, kiedy się dłużej nad tym zastanowić, wyjazd z dzień wcześniej poznanym facetem do obcego kraju bez zawiadomienia kogokolwiek o miejscu swojego pobytu, to czysty idiotyzm i nierozwaga. W książkach taki "men" jest miły, uprzejmy, prawdomówny i etc. , ale w prawdziwym życiu może się on okazać gwałcicielem, mordercą, a nawet porywaczem i członkiem jakiejś bandy zmuszającej kobiety do prostytucji. Nie jestem pesymistką. Taka jest rzeczywistość.
Wracając, prócz tego jednego dnia we Francji, ,,Ten jeden dzień" jest nudny jak flaki z olejem. Przez większość czasu autorka skupia się na dylematach Ally, które są tak niesamowicie głupie i bezsensowne, że to aż boli. Autentycznie, jestem w stanie przysiąc, że podczas czytania coś mnie bolało. Nie wiem, może to była tylko migrena, ale jednak.
   Tak jak pierwsze 200 stron przeczytałam od deski do deski, tak ostatnie kilkanaście stron pobieżnie przeleciałam, by móc wreszcie dotrzeć do zakończenia. Niestety, ono również okazało się jakieś takie nijakie. Było jak tiramisu ze zbyt dużą posypką prawdziwego kakao lub kawy- ni to słodkie, ni to gorzkie, trudno określić prawdziwy smak.
   Tak naprawdę jedyną rzeczą, która przypadła mi do gustu było stworzenie przez autorkę lekcji o sztukach szekspirowskich, na które uczęszczała Allyson, prowadzonych w dość nietypowy sposób. Otóż na każdej lekcji nauczyciel wybierał parę uczniów, którzy mieli za zadanie odegrać daną scenę ze sztuki, którą akurat omawiano. Gdyby tak wyglądały lekcje polskiego, jestem pewna, że pokochałabym dramaty.

,, A jeśli Szekspir się mylił?
   Być albo nie być: oto jest pytanie. To z najsłynniejszego monologu Hamleta, a może i samego Szekspira. W drugiej klasie liceum musiałam wykuć go w całości na blachę i do tej pory pamiętam każde słowo. Wtedy nie zastanawiałam się nad nim głębiej. Chciałam tylko niczego nie pokręcić i zgarnąć piątkę. Co jednak jeśli Szekspir - i Hamlet - zadawali niewłaściwe pytanie? Co jeśli naprawdę brzmi ono nie c z y , ale j a k być? "

Główna bohaterka jest bardzo uległą, ustępliwą osobą. Przekłada to, czego oczekują od niej inni ponad to, czego sama pragnie. Nie irytowałoby mnie to tak bardzo, gdyby przez pół powieści nie wypominała sobie wszystkich momentów, kiedy ustąpiła i znów zrobiła coś, czego w głębi serca nie chciała. Chciałam ją poznać, ale... nie w taki sposób.

W książce występuje bohater o nazwisku D'Angelo, który jest gejem. Gdy pierwszy raz pojawił się na jej kartach, moja reakcja wyglądała mniej więcej tak: Serio Gayle?! Serio?!
Dlaczego zareagowałam tak emocjonalnie? No cóż, jak dobrze wiecie uwielbiam powieści Ricka Riordana i każde najmniejsze skojarzenie z nim i jego twórczością jest dla mnie jak wewnętrzny wybuch fajerwerku. Tym razem to samo nazwisko wywołało we mnie burzę. Jasne, wiem że D'Angelo ( czy rickowe Di Angelo) nie ma praw autorskich i chyba nie może ich mieć, ale mimo to będzie mi się ono już zawsze kojarzyło z synem Hadesa- Nico.
W każdym razie, Dee D'Angelo był postacią, dzięki której przetrwałam wszystkie humory Allyson i jej mentalność na miarę ameby. Był zabawny, miał trafne spostrzeżenia, był wspaniałym przyjacielem ( czego nie można powiedzieć o Ally). Mówiłam już, że miał na nazwisko D'Angelo?
Na temat reszty bohaterów wolę się nie wypowiadać. Byli mi całkowicie obojętni, co więcej uważam, że niektórych można by wyrzucić z tej historii, bo nie wnosili do niej prawie niczego i tylko zaśmiecali strony powieści.

 Co tu dużo mówić ( powiedziała po napisaniu tysiąca słów)- książka ta okropnie mnie nudziła, a mimo to cały czas miałam nadzieję na jakiś rozwój akcji, na coś co mnie zaskoczy w jakiś sposób. Odradzam wam przeczytanie ,, Tego jednego dnia", ponieważ jest on zwykłą, przeciętną, niczym nie wyróżniającą się młodzieżówką i stracicie tylko czas na zaznajamianiu się z nim.

OCENA: 6/10


Copyright © 2014 Podróże międzyksiążkowe , Blogger