STORY TIME #3: Krakowskie Podróże, czyli jak to Merida Waleczna/ John Watson i Mavis Dracula/ Sherlock Holmes podbiły Kraków.

Hello ludziki! Dwa dni temu napisałam, że w najbliższym czasie postaram się wam opowiedzieć o mojej czterodniowej wyprawie do Krakowa. I oto jestem! Postaram się napisać tylko o najciekawszych miejscach, które odwiedziłam i o najfajniejszych sytuacjach, które mnie spotkały. Dodam również wierszyki, które z nudów z Kasią pisałyśmy. No, to zaczynamy!

Jedziemy pociągiem i jemy kanapki;
Dobrze, że wzięłyśmy przyjacielskie klapki.
Kasia pije soczek z jabłkiem, no i miętą.
Jak ją droga znudzi, zacznie liczyć deltą.
W szybie widzimy swoje odbicia.
Dajże mi wreszcie Kaśka coś do picia! 
Kraków niedaleko, maj już rozpoczęty,
wrócimy do domu, pójdzie nam to w pięty.
 
Po przyjeździe do Krakowa ja i Katerina- moja przyjaciółka, udałyśmy się z dworca do Galerii Krakowskiej, w której to wypiłyśmy magiczny napój dodający sił. Tak, wypiłyśmy po kawce, po czym zebrałyśmy bagaże i wraz z siostrą cioteczną Kasi poszłyśmy na przystanek tramwajowy.
-> -> -> -> Przewiń -> -> -> -> -> ->
Resztę dnia kręciłyśmy się wokół rynku, zapoznając się z architekturą, a tak naprawdę gubiąc się wśród wielu nieznanych nam uliczek. Na szczęście, pomógł nam Niebieski Kwiat i Kolce, czyli niebieska kropka w GPS, pokazująca gdzie iść.
W Składzie Tanich Książek na Grodzkiej zaopatrzyłam się w pierwsze trzy części sagi Darrena Shena ( o której jeszcze dziś wspomnę).
Około osiemnastej, wymęczone pojechałyśmy do domu, w którym miałyśmy mieszkać przez kolejne dni. Oto kilka fotek z pierwszego dnia:




 




Z pociągu wyszłyśmy, bolą nas już nogi,
chętnie bym coś zjadła; Kasia, chcesz pierogi?
Nie wiem, gdzie jesteśmy; galeria w oddali.
Chyba jakiejś próbie nas tutaj poddali. 
Nie do końca czaję, co się wokół dzieje.
Tutaj menel pije, gdzieś tam kogut pieje. 
 Kasia miała rację, źle żeśmy polazły.
Po czterech godzinach mózg mam już rozlazły.

Drugiego dnia z samego rana zrobiłyśmy sobie wycieczkę do Manufaktury Czekolady, gdzie wypiłyśmy bardzo dobrą czekoladę( ja) i czekoladowe latte ( Katerina). To tam właśnie zaplanowałyśmy zwiedzanie. A więc, pierw odwiedziłyśmy Muzeum Archeologiczne. Idąc w jego stronę, mijałyśmy ludzi biegnących w maratonie. Pogoda była idealna do biegania- nie było jakoś super zimno, ale słońce również nie chciało się pokazać, więc nie mogło walić biegnącym po oczach.
Dotarłyśmy do Muzeum, do którego wejście tego dnia było darmowe, więc byłyśmy przeszczęśliwe, że uda nam się zaoszczędzić odrobinę pieniędzy. Odwiedziłyśmy każdą salę, podziwiałyśmy mumie, a ja przestraszyłam się woskowej figury.
Skierowałyśmy się na Wawel, który zobaczyłyśmy jedynie od zewnątrz, a wszystko przez ogromne kolejki! Oczywiście, zrobiłyśmy mnóstwo zdjęć :D
Ufając niebieskiej kropce przeszłyśmy na drugą stronę rzeki i poszłyśmy zobaczyć, co kryje w swoim wnętrzu Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha". Zaproponowano nam trzy wystawy; mnie najbardziej podobała się ta o nazwie " Taniec Duszy", autorstwa Zhanga Minije- chińskiego artysty i wizjonera.
Co dalej? Naszym ostatnim przystankiem był sklep Vintage Classic, w którym to czułam się niczym w magicznej krainie z moich snów- stroje z lat pięćdziesiątych, wielkie kapelusze i suknie ślubne z innej epoki! Znalazłam tam dla siebie piękną, kwiecistą spódnicę z koła, którą dziś założyłam po raz pierwszy. Czułam się bosko !
Na tym zakończyłyśmy naszą niedzielną wyprawę, wróciłyśmy do domu. 











Mam dziwne wrażenie, mądre nie do końca;
Mogę jeszcze myśleć, w mieście nie ma słońca.
Nareszcie jesteśmy! Kafejka nas wita!
Wypiłyśmy kawę, czuję się roztyta.
Rozglądam się wokół, ludzi bardzo dużo.
Wszyscy tacy sami, trochę mnie już nużą. 
Idziemy na tramwaj, większe coraz miasto.
Każdy na mnie patrzy, schrupią mnie jak ciasto!
Kraków taki wielki ściele się przed nami;
zaraz tam pójdziemy- rozgrzewka przed górami.
Tu wegańskie knajpki, tych w Ostrowsi brak,
na rynku toitoje, trafi mnie tu szlag. 
Po powrocie padłyśmy niczym dwa cupcake'i,
gra na skojarzenia, zjedzmy mordoklejki! 
Na seans zdążymy? To niemożliwe!
Tramwaje się gubią, ulice burzliwe! 

Zapomniałam wspomnieć, że poszłyśmy do Manufaktury Czekolady zaraz po tym, jak spóźniłyśmy się na seans do Kina Pod Baranami. Nie weszłyśmy na salę kinową, więc nie obejrzałyśmy filmu. No cóż, tak bywa.
W poniedziałek około dziesiątej wybrałyśmy się na Kopiec Krakusa, leżący zaledwie dwadzieścia minut drogi od miejsca, w którym mieszkałyśmy. Oczywiście, my szłyśmy godzinę, a jakże by inaczej! Miejsce piękne, ale niezwykle... wietrzne. Z resztą sami zobaczycie na zdjęciu :)
Po zejściu, poszłyśmy piechotką na rynek, gdzie pod pomnikiem Mickiewicza czekał na nas brat Kateriny. Zabrał nas do ciekawej restauracji, w której to pierwszy raz w życiu jadłam pizzę z oliwą. Serio, nigdy wcześniej nie polewałam pizzy oliwą. No, ale smakowało mi także jest okej. Spacerując po ulicach Krakowa, odwiedziłyśmy klasztory Dominikanów i Franciszkanów, a potem oddałyśmy, a raczej oddaliśmy się odpoczynkowi na ławce w parku. Nie drążyłabym tematu, gdyby nie śmieszna sytuacja, która nas tam spotkała. Wiecie jak wyglądają ortodoksyjni Żydzi? A pamiętacie te urządzenia, na których poruszają się mężczyźni ze zdjęcia z Barbakanem? Połączcie te dwa czynniki i dodajcie do tego wyścigi na tych urządzeniach. Widzicie w wyobraźni ten obraz? Za szybcy za wściekli w wersji 2.0? Nic mnie ostatnio tak nie rozśmieszyło jak banda chłopaków z ortodoksyjnym, żydowskim wyglądem śmigająca na tych pojazdach po jednej z uliczek w parku. Zaznaczam, że nie jest to żaden przytyk. Śmieszy mnie po prostu ta sytuacja!
Chyba wiecie, co było dalej. Wsiadłyśmy w tramwaj i....







Przyszedł czas na dzień ostatni- wtorek, 2 maja. Z samego ranka spakowałyśmy manatki i podjechałyśmy tramwajem jak najbliżej Fabryki Oskara Schindlera mogłyśmy. Dość długo stałyśmy w kolejce do kas, ale zdecydowanie opłacało się czekać, bo muzeum jest wspaniałe! Nie jestem w stanie opisać wam poszczególnych sal. Uważam, że sami powinniście zobaczyć to miejsce. 
Powiem wam szczerze, że pewien dziwaczny moment, sytuacja zaistniała w jednym z pomieszczeń pomogła mi odblokować barierę językową! Otóż pewna starsza pani podeszła do jednego z francuskich turystów, nastoletniego chłopaka i poprosiła go po angielsku, żeby zrobił jej zdjęcie. Od razu podała mu aparat, więc kolega mniej więcej zrozumiał, o co chodziło, ale minę miał taką, jakby nie wiedział w jakiej galaktyce się znajduje. Do tej pory nie wiem czemu, ale zapytałam go, czy nie potrzebuje pomocy. Podał mi aparat i odsunął się, odetchnąwszy z ulgą. Zrobiłam kobiecie kilka zdjęć, po czym podeszłam do niej i z nosem pod samym niebem rzuciłam jak zawodowiec: " Take a look". Kasia powiedziała mi później, że podziwia mnie za odwagę, ale prawda jest taka, że zrobiłam to dość odruchowo i nawet nie zastanawiałam się, co powiedzieć. Po prostu... mówiłam.
Po wyjściu z muzeum wyruszyłyśmy na poszukiwanie księgarni z książkami po angielsku, ale po drodze podeszłyśmy pod Wawel, by zrobić sobie zdjęcie z odciskami dłoni gwiazd. Tak naprawdę, to najbardziej zależało na tym Katerinie, która jest ogromną fanką Sherlocka Holmesa granego przez Benedicta Cumberbatcha, więc po prostu MUSIAŁA mieć fotkę z jego rękami. 
Potem, znów dzięki niebieskiemu kwiatkowi z kolcami, udało nam się dotrzeć wreszcie do księgarni As You Like It, w której kupiłam tylko jedną powieść " Wonder". Szukając przystanku tramwajowego, trafiłyśmy do kolejnej księgarni - American Bookstore, w której to udało mi się nie tylko zaopatrzyć w trzecią część " Geek Girl", ale także ( dzięki uprzejmości sprzedawczyni) w dziesięć nieprzetłumaczonych na język polski tomów serii o Darrenie Shenie, której szukałam od wielu lat i nigdzie nie mogłam jej znaleźć, a tu proszę! 
Błyskawicznie wróciłyśmy do mieszkania po rzeczy, pożegnałyśmy się z rodzinką Kasi i wsiadłyśmy w tramwaj, który miał nas zawieźć pod sam dworzec. Jak się okazało, pomyliłyśmy tramwaje i w konsekwencji pojechałyśmy daleko, daleko dalej niż dworzec. Jak się zorientowałyśmy, była bodajże 16:30, a o 16:55 miałyśmy pociąg powrotny. Przesiadłyśmy się w inny tramwaj, ale gdy wreszcie z niego wysiadłyśmy, tym razem już w dobrym miejscu, zostało dziesięć minut do odjazdu pociągu. Powiem szczerze, że w życiu tak szybko nie biegłam, a także tak nie przeklinałam jak w tamtej chwili. Cudem, bo w ostatniej chwili, ale zdążyłyśmy! 
To koniec historii. Nie będę opisywała drogi powrotnej, bo nie widzę w tym sensu. Zdjęcia z ostatniego dnia:











To już wszystko na dziś! Katerina, jeśli to czytasz, a ja coś pokręciłam, to przepraszam, ale wiesz jak to jest z moją pamięcią. 
Na dzień jutrzejszy miałam zaplanowany jakiś post o nauce, ale rezygnuję z niego ze względu na to, że cały dzień spędzę w Warszawie i nie będę miała kiedy go napisać. Oczywiście, mogłabym sobie go naszykować już dziś, ale mam mnóstwo rzeczy do nauki i nie mam na to już czasu.
Mam nadzieję, że post się wam podobał. Widzimy się w niedzielę! Cześć!













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Podróże międzyksiążkowe , Blogger