Pokazywanie postów oznaczonych etykietą YA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą YA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2020

#101: Point of Retreat ( Colleen Hoover)- recenzja

Hej ludziki! Tak, dawno nie pisałam żadnych postów ale nie miałam kompletnie weny. Na szczęście udało mi się przygotować trochę wpisów na najbliższy tydzień lub dwa. :)
Dziś przychodzę do was z moją opinią na temat drugiego tomu serii "Slammed". Recenzję pierwszej części możecie znaleźć TUTAJ.

Tytuł : Point of Retreat
Autor: Colleen Hoover
Tłumacz: Jarosław Mikos
Wydawnictwo: YA!
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 282


Powiem szczerze, nie wiem od czego zacząć pisanie tej recenzji. Nie wiem czemu, ale recenzowanie drugich tomów serii zawsze sprawia mi trudność. No nic, jak nie spróbuję, to nigdy się nie dowiem, jak to wyjdzie. Będzie to krótka recenzja, bo inaczej musiałabym zaspojlerować wam fabułę, a tego bym robić nie chciała. Z tego samego powodu zdecydowałam się nie pisać opisu fabuły. 

"Point of Retreat" to drugi tom serii "Slammed" autorstwa Colleen Hoover. Przez pierwszy tom przemknęłam niczym błyskawica i choć druga część nie była aż tak dobra, jak część pierwsza, przeczytałam ją równie szybko. Jest to kontynuacja historii Lake i Willa, więc myślę, że bez znajomości początków ich związku i tego, przez co musieli przejść, by być razem, "Point of Retreat" nie zrobi na was takiego wrażenia. 

"To jest warte całego bólu,
Wszystkich łez
I błędów.
Serce mężczyzny i kobiety, którzy się kochają,
Jest warte całego bólu tego świata."

Ten tom nie daje czytelnikowi takiego emocjonalnego kopa, jak ten poprzedni ale też wprawia nas w zdziwienie i szok kilka razy. Zakończenie jest szczególnie zaskakujące. Gwarantuję wam, że jak już do niego dotrzecie, nie będziecie wiedzieli, co powiedzieć. Wbije was w siedzenie!
Poczynania bohaterów są czasem niezrozumiałe, szczególnie Willa. Niestety, zachowuje się on czasem bardzo..niefajnie, żeby nie powiedzieć "jak dupek". Niestety, nie mogę wam przybliżyć sytuacji, więc będę musiała zostawić ten temat. 

"Mężczyzna może mówić kobiecie setki razy, że ją kocha, aż mu język zdrętwieje. Słowa nic dla niej nie znaczą, jeśli się bije z myślami i jest pełna wątpliwości. Musisz jej tego dowieść. "

Kurcze, jak trudno zrecenzować książkę, kiedy niewiele można o niej powiedzieć. No cóż, książkę czytało mi się bardzo dobrze, postacie wciąż bardzo lubię i interesują mnie ich dalsze dzieje (dlatego czytam właśnie trzeci tom serii). Jestem szczęśliwa, że trafiłam na tę serię, bo dawno nic mnie tak nie wciągnęło. Historia Lake i Willa, a także ich przyjaciół- Eddie, Gavina, Cauldera i Kela oraz najnowszych dodatków do gangu- Kiersten oraz jej mamy zostaną ze mną na dłużej i jeśli kiedyś będę miała trochę pieniędzy na zbyciu, zdecydowanie zakupię tę serię. 

Polecam wam tę serię i zachęcam do przeczytania. Nawet jeśli nie jesteście fanami takich powieści, "Slammed" oraz "Point of Retreat" mają tak świetnie zarysowanych bohaterów i interesujące fabuły, że myślę, że wam się spodobają. Nawet jako coś odmóżdżającego, bo umówmy się, to nie są skomplikowane i głębokie książki, ale warto dać im szansę. 

OCENA: 8/10




niedziela, 19 kwietnia 2020

#99: Slammed ( Colleen Hoover) - recenzja

Hej ludziki! Dzisiejsza recenzja nie będzie zbyt długa, bo nie widzę sensu w laniu wody, gdy dobrze wiem, co chcę wam powiedzieć. Zrobię to więc krótko i zwięźle.

Polski tytuł: Pułapka uczuć/ Slammed
Autor: Colleen Hoover
Tłumacz: Katarzyna Puścian
Wydawnictwo: YA!
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 282

Lake przeprowadza się do Michigan wraz z mamą i młodszym bratem, by zacząć nowe życie po tym, jak kilka miesięcy wcześniej straciła ojca. Pierwszego dnia w nowym miejscu poznaje ona Willa- przystojnego sąsiada z naprzeciwka. Kilka spotkań i pocałunków daje Layken nadzieję, że wszystko będzie dobrze, a ona znów zazna szczęścia. Wtedy właśnie na światło dzienne wychodzi coś, co rozbija plany zakochanej dwójki w drobny mak. Sytuacja wydaje się być kompletnie nierealna ale to nie ostatnia niespodzianka, z jaką Lake będzie musiała się zmierzyć. 

Z panią Hoover spotkałam się już wcześniej dwa razy. Dwa razy zakochałam się w jej sposobie pisania, dwa razy płakałam czytając powieści przez nią napisane. " Hopeless" (kliknij by przejść do recenzji) oraz " Losing Hope" to wciąż jedne z moich ulubionych książek, dlatego ucieszyłam się, gdy nadarzyła się szansa przeczytania "Slammed", kolejnego tworu Colleen. Oczekiwania miałam wysokie. Czy zostały spełnione?

Nie będę owijała w bawełnę i udawała, że może było coś, co nie podobało mi się w tej powieści. Nie byłoby to fair. Jestem nią zachwycona! Kocham każdy jej element, od fabuły, przez bohaterów, do okładki. Nie wiem nawet od czego zacząć jej opisywanie. Brak mi słów, jestem w kompletnej emocjonalnej rozsypce. Aż się boję zabierać za drugi tom!

Z początku myślałam, że będzie to zwykły romans między Layken, a Willem. Jasne, wątkiem pobocznym była śmierć taty dziewczyny i przeprowadzka, która niespodziewanie okazała się ważną częścią książki ale generalnie nie oczekiwałam niczego, co doprowadzi mnie do stanu, w jakim teraz jestem. Oj, nieźle się zdziwiłam. Nie mogę wam powiedzieć, co właściwie się wydarzyło, bo byłby to ogromny spojler ale musicie uwierzyć mi na słowo. Ta książka to rollercoaster. Początek jest niczym pójście na obiad do babci z obietnicą, że zjecie tylko zupę. Już po kilkunastu minutach babcia daje wam dokładkę, drugie danie, ciasteczko, serniczek i pierdyliard dolewek herbaty, a gdy się żegnacie chce wam się płakać, bo tyle zjedliście i nie czujecie się z tym źle, bo to wszystko było genialne. Takie właśnie było czytanie tej powieści. Już po kilkunastu stronach autorka wyrwała mi serce zwrotem akcji. Potem było tylko gorzej. W sensie, dla mnie było super ale głównej bohaterce zrzucono worek cegieł na głowę. Jeju, jak ja strasznie mam ochotę wam powiedzieć, co się wydarza... ale nie mogę.

"Ktoś ich kiedyś o to zapytał. (...) Zadał im pytanie o ich poezję. O to, czy nie jest im ciężko ponownie przeżywać swoje słowa podczas każdego występu. Odpowiedzieli, że chociaż sami mają to już pewnie za sobą- nie myślą o osobie lub wydarzeniu, które było inspiracją dla ich słów w danym momencie- nie znaczy to, że ktoś inny słuchający ich utworów akurat w tym nie tkwi. Więc co z tego? Co z tego, że złamane serce, o którym pisaliście w zeszłym roku, nie jest już złamane? Być może czuje się tak teraz osoba siedząca w pierwszym rzędzie. To, co czujecie w danym momencie, oraz osoba, do której serca możecie trafić swoimi słowami za pięć lat- to powody, dla których pisze się wiersze. "

Dobrze, przejdźmy do postaci. Uważam, że zostali oni wykreowani świetnie, a jeśli czegokolwiek im brakuje, to mam przed sobą jeszcze dwie części tej trylogii, także myślę, że się wszystkiego o nich dowiem. Jak na razie mogę stwierdzić, że absolutnie ubóstwiam młodsze rodzeństwo Layken i Willa. Obaj chłopcy byli wprost przeuroczy, choć ich charaktery nie zostały bardzo rozwinięte. Z Layken miałam love-hate relację, bo chociaż z początku bardzo ją lubiłam i byłam wobec niej wyrozumiała, tak później odrobinę irytowało mnie jej zachowanie. Wciąż jednak byłam w stanie jej to wybaczyć. To samo tyczy się Willa. Był wspaniałym chłopakiem i fakt, że zajął się wychowywaniem swojego brata po śmierci ich rodziców niezwykle mi zaimponowało. Przewracając kolejne strony przestawałam go rozumieć, ale nie było w tym nic dziwnego, bo wiedziałam tyle, co Lake(skrót od Layken). Dopiero zakończenie pozwoliło mi zobaczyć ich oboje w innym świetle i w obojgu się zakochałam.

Pobocznym bohaterem, o którym chciałabym wspomnieć jest Eddie. Myślę, że każdy chciałby mieć taką przyjaciółkę, jaką była Eddie, której pogodne usposobienie wprawiało wszystkich jej znajomych w dobry nastrój. Sama przeszła w życiu przez wiele rodzin zastępczych i choć nie dała tego po sobie poznać, skrywała w sobie żal do jej rodziców. Mimo to, potrafiła podać pomocną dłoń Lake, kiedy ta jej potrzebowała i kiedy na światło dzienne wypłynęły tajemnice, które mogłyby zawalić cały świat Layken i Willa. Eddie stała przy boku swojej przyjaciółki i potrafiła ją podbudować, ale też sprowadzić na ziemię, jeśli taka była potrzeba. Była rewelacyjną postacią i na pewno na dłużej zostanie w mojej pamięci.

No, to teraz przyszła pora na zakończenie. Ja nie płakałam. Ja ryczałam kończąc "Slammed", czy też "Pułapkę uczyć". Nie mogę wam zdradzić dlaczego ale powiem wam, co mnie tak poruszyło. Połowiczny happy end to jedna sprawa ale powód, dla którego rozpłynęłam się w kałuży łez jest sposób, w jaki mama zwracała się do Lake. Chodzi mi tu o zwrot "moje słoneczko". Moja mama się w ten sposób do mnie zwraca, a wydarzenia pomiędzy Lake, a jej mamą bardzo mną poruszyły i uświadomiły mi, jak bardzo kocham i tęsknię za moją mamą, choć rozmawiamy prawie każdego dnia, a dzieli nas tylko kilka krajów. Dało mi to do myślenia, a właściwie zmusiło do przemyśleń na temat tego, jak wdzięczna jestem mojej mamie za to, że mnie wychowała na osobę, jaką jestem i za to, że jest przy mnie każdego dnia, choć ostatni raz widziałyśmy się w styczniu.

Zanim skończę, chciałabym dodać jeszcze, że świetnym pomysłem autorki było wprowadzenie wierszy pisanych przez bohaterów. Pozwalało mi to na doświadczenie ich emocji poprzez sztukę, dzięki której wyrażali siebie. Bardzo duży plus dla Colleen Hoover!

OCENA: 10/10

No, to wszystko na dzisiaj. Miało być krótko, a wyszło jak zawsze. Przepraszam, że nic ostatnio nie wstawiałam ale nie miałam w sobie życia. Dosłownie, byłam w stanie tylko podnieść się z łóżka, zrobić kawę, wypić ją i iść znów spać. Niezbyt produktywnie ale co zrobić.

Życzę wam miłego dnia i jeszcze lepszego tygodnia. :)




czwartek, 13 czerwca 2019

#92: Lola i Chłopak z Sąsiedztwa (Stephanie Perkins) - recenzja

Witajcie! Dawno nic nie pisałam, bo zwyczajnie nie miałam o czym pisać. Przez długi czas nic nie czytałam, a jak już coś zaczęłam, to wciąż to czytam. W moim życiu trochę się pozmieniało i musiałam przemyśleć, czy chcę dalej prowadzić bloga. Podjęłam decyzję, że na przestrzeni tych pięciu lat blog stał się również moim pamiętnikiem i świadectwem tego, jak bardzo się zmieniłam albo i nie, więc nie mogę przestać pisać. Zdecydowałam, że będę zmuszać się, by zamiast siedzenia w telefonie, po powrocie z pracy poczytać lub przynajmniej raz na tydzień wrzucić coś na bloga.
I tak właśnie dziś przychodzę do was z recenzją książki, którą przeczytałam w drodze powrotnej z Polski w kwietniu.

Tytuł oryginalny: Lola and the Boy Next Door
Autor: Stephanie Perkins
Tłumacz: Ewa Spirydowicz
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 320

Dziś bez streszczenia, bo im bardziej próbowałabym streścić tę książkę, tym więcej bym zdradziła.


Stephanie Perkins posiada niezwykłą umiejętność tworzenia książek, których pierwsze połowy są niezwykle irytujące i banalne ale których druga połowa potrafi mną całkowicie zawładnąć dzięki urokowi relacji między głównymi bohaterami, na których wspomnienie aż mam ochotę westchnąć. „ Lola i chłopak z sąsiedztwa” to zdecydowanie słabsza powieść od „ Anny i Pocałunku w Paryżu”, choć generalnie powiela ten sam schemat. Nie odniosę się do konkretnych fragmentów z tego względu, że nie chcę niczego zdradzać oraz dlatego, iż zwyczajnie nie pamiętam tej drugiej książki tak dobrze. Pamiętam jednak, jak bardzo wciągnęła mnie „ Anna...” i z jaką łatwością przemknęłam jak wiatr przez te trzysta stron.

Do czytania „ Loli i chłopaka z sąsiedztwa” musiałam się częściowo zmuszać. Taka głupia sytuacja, zazwyczaj nie daję książkom więcej niż pięćdziesiąt, max sto stron, na zachęcenie lub zniechęcenie mnie do siebie. Z tym tomem miałam problem. Nie potrafiłam podjąć konkretnej decyzji, a co się z tym wiąże brnęłam głębiej i głębiej w historię, czytając kolejne strony i zanim się spostrzegłam, skończyłam książkę. Nie wiem, co mnie trzymało. Na pewno nie bohaterowie, którzy choć ciekawie wykreowani, mimo wszystko nie sprostali moim niepisanym wymaganiom. Nie mógł to być również sam format powieści, w której na literówki i błędy gramatyczne natykałam się non stop, zadając sobie pytanie kto, do jasnej cholery, odpowiadał za korektę?! Sam romans nie był niczym specjalnym prawie aż do końca.

Najgorszy chyba był powód, dla którego Lola tak bardzo nie chciała spotkania z dawnym znajomym mieszkającym dom obok. Dopóki nie został on przedstawiony stawiałam na najgorsze- napastowanie, gwałt itd. Powód jednak okazał się tak głupi, tak okropnie błahy, że ciężko było mi traktować go poważnie, tak jak i wszystkie problemy z niego wynikające. Za każdym razem, gdy Dolores ( Lola) o nim wspominała, uśmiechałam się ironicznie, wzdychając z poirytowania. Na szczęście, jakimś cudem udało się z niego wybrnąć w całkiem niezłe i logiczne zakończenie, co rzeczywiście mnie zdziwiło.

"Dawno, dawno temu była dziewczyna, która rozmawiała z księżycem. Była tajemnicza i doskonała tak, jak to potrafią tylko dziewczyny, które rozmawiają z księżycem. W sąsiednim domu mieszkał pewien chłopiec. Patrzył, jak dziewczyna staje się coraz bardziej doskonała, coraz piękniejsza, z każdym rokiem. Patrzył, jak wpatruje się w księżyc. I zaczął się zastanawiać, czy właśnie księżyc nie pomógłby mu rozwikłać tajemnicy tej pięknej dziewczyny. Więc chłopiec spojrzał w niebo. Nie mógł się jednak skupić na księżycu, za bardzo rozpraszały go gwiazdy.
Nieważne, ile już napisano o nich wierszy i piosenek, ilekroć myślał o dziewczynie, gwiazdy świeciły jaśniej. Jakby lśniły dzięki niej. Aż kiedyś chłopiec musiał wyjechać. Nie mógł zabrać jej ze sobą, zabrał więc gwiazdy. Co wieczór patrzył w niebo ze swego okna. Zaczynał od jednej. Jednej gwiazdy. I myślał życzenie, a życzeniem było jej imię. A gdy padało jej imię, zapalała się druga gwiazda. I wtedy znowu myślał jej imię i z dwóch gwiazd robiły się cztery, z czterech osiem, z ośmiu szesnaście i tak dalej, w najwspanialszym matematycznym ciągu na świecie. A po godzinie na niebie było już tyle gwiazd, że budziły jego sąsiadów. Zastanawiali się kto włączył światło.
Ten chłopiec. Myśląc o dziewczynie. " 



Bardzo podobało mi się hobby Loli i to, w jaki sposób siebie kreowała. Było coś niezwykle interesującego w jej sposobie ubierania się- w tym, że każdego dnia wyglądała inaczej, to że każdy jej strój był inspirowany inną epoką historyczną. Ekscytujące było to, że nie bała się mieszać kolorów, wyglądać jak wielka kula dyskotekowa, czy założyć glanów do sukni a’la Maria Antonina. Czytając o tym, jak wielką radochę czerpała z tego, co tworzyła, zastanawiałam się, czy i ja nie powinnam zająć się nauką szycia.

Tak jak mówię, bohaterowie nie zdobyli mojej sympatii, w większości byli mi obojętni, choć różnorodność ich charakterów i samej ich kreacji była przedziwna, a zarazem był to jej ciekawy aspekt. Żebyście mniej więcej zorientowali się o czym mówię, przybliżę wam pokrótce bohaterów. Otóż, mamy tu Lolę, o której niesamowitych strojach już pisałam, jej rodzice to para gejów, o których wspomina się, że oprócz własnego interesu polegającego na pieczeniu ciast oraz zamiłowaniu do jazdy figurowej, są oni najmniej gejowskimi gejami świata. Mamy tu też chłopaka głównej bohaterki, który jest gwiazdą rocka, jest cały w tatuażach, jest pięć lat starszy od swojej dziewczyny i generalnie jego związek z Lolą nie ma aprobaty jej rodziców. Mamy tu też bliźnięta- Cricketa, wynalazcę i wielbiciela mody oraz kolorowych skarpetek, a także jego siostrę Calliope, utalentowaną łyżwiarkę, która otwarcie nienawidzi Loli i uważa ją za kogoś, kto powinien zniknąć. Nie wiem jak wam ale mnie to brzmi dość różnorodnie.

Ciężko mi powiedzieć, czy faktycznie „ Lola i chłopak z sąsiedztwa” była taką złą książką, czy też wręcz odwrotnie. Wzbudza ona we mnie bardzo mieszane uczucia. Czy odetchnęłam z ulgą kończąc ją? Tak. Czy miałam nadzieję, że będę mogła dowiedzieć się, co dalej, po jej skończeniu? Jak najbardziej. Czy żałuję, że się za nią zabrałam? Oczywiście, że nie. Czy sięgnę po nią znowu? Nie wiem.
Czy ją wam polecam?
Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

OCENA: 6/10



środa, 25 listopada 2015

#35: Wierna ( Veronica Roth)- recenzja

Witajcie! Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta.... a ja nadal jestem ze wszystkim w tyle. No, prawie ze wszystkim. Nie spodziewałam się, że pójście do liceum da mi nieskończone ilości wolnego czasu jednocześnie odbierając jakąkolwiek chęć do życia. Mówię prawdę, po sześciu godzinach lekcyjnych przestaję żyć, zaczynam wegetować i pasożytować. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ jest to moje wytłumaczenie dla ,,olewania" bloga. Absolutnie. Nic. Mi. Się. Nie. Chce! Kto z Was też się tak czuje? Mam nadzieję, że nie jestem jedyna.
Przychodzę do Was dziś z recenzją ,, Wiernej" autorstwa Veroniki Roth, finału bestsellerowej trylogii ,, Niezgodna".

Oryginalny tytuł: Allegiant
Autor: Veronica Roth
Rok Wyd.PL: 2014
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 381
 

Wierna jest zdecydowanie lepszą książką niż wszystkie trzy jej poprzedniczki. Ma świetnie wykreowanych bohaterów i niesamowitą, dystopijną fabułę ze zwrotami akcji i niespodziewanym zakończeniem. W powieści niewiele się dzieje, a jednak czytało się ją o wiele łatwiej i szybciej niż ,, Niezgodną" czy ,, Zbuntowaną". Koniec wbił mnie w łóżko, na którym akurat siedziałam, zasmucił, może odrobinę zdenerwował. Przy okazji zdałam sobie sprawę, że nienawidzę nieszczęśliwych zakończeń. Jasne, jeszcze niedawno zarzekałam się, że nie lubię tych dobrych. No cóż, jak powszechnie wiadomo ludzie się zmieniają i ich poglądy również. Najśmieszniejsze jest to, że owo zakończenie było dla mnie zaskoczeniem mimo, że zostało mi już dawno temu zaspojlerowane. Autorka zastosowała tym razem narrację dwuosobową- jeden rozdział z perspektywy Tris, jeden z perspektywy Tobiasa, naprzemiennie. Myślę, że taka forma daje możliwość poznania tej samej historii z dwóch stron, a co za tym idzie pomaga w jej zrozumieniu. Powinna być częściej stosowana w książkach.
Dużo osób porównuje ,,Niezgodną" do Igrzysk Śmierci. To prawda, obie te serie mają więcej podobieństw niż różnic, ale każda z nich posiada swój własny, niepowtarzalny klimat. W powieści znajduje się wiele złotych myśli i wartościowych cytatów wartych zapamiętania. Ani pierwsza, ani nawet druga część nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak ta. Cały czas z niecierpliwością przewijałam kolejne strony z bananem na twarzy ( również tym odwróconym) czekając na to, co będzie dalej. Czytanie ,,Wiernej" stawało się zasmucające, gdy uświadamiałam sobie, że to już koniec. Niestety wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć.

,, Odwaga może się przejawiać na wiele różnych sposobów. Czasem oznacza poświęcenie własnego życia dla czegoś ważniejszego, dla drugiego człowieka. Czasem to rezygnacja ze wszystkiego, co znałeś, ze wszystkich, których kochałeś, w imię czegoś większego. Ale czasem coś zupełnie innego. Czasem oznacza, że mimo bólu zaciskasz zęby i każdego dnia na nowo podejmujesz wysiłek, mozolną pracę na rzecz lepszego jutra."

Cofam to, co napisałam w recenzji ,, Czterego" o Tris. Teraz to Tobias jest moim wrogiem numer jeden. Udało mu się wprowadzić mnie na wyższy poziom irytacji i wkurzenia. Były momenty, w których miałam ochotę rzucać książką ze złości! Zastanawiałam się nawet, czy nie przenieść go za pomocą jakiejś czarnej magii do świata realnego tylko po to, by zadźgać go znalezionym na ulicy patykiem. A teraz serio, wcześniej zachowywał się normalnie, był twardym Nieustraszonym, jedynym logicznie myślącym człowiekiem wśród przygłupich narwańców rewolucjonistów. Teraz jednak, ni stąd ni zowąd to on stał się tym podatnym na manipulację. Tym, który odpowiada za opłakane w skutkach konsekwencje całkowicie bezsensownych wyskoków mających na celu... już sama nie wiem co. Jak sobie teraz czytam to fabularne przypomnienie, brzmi to jeszcze bardziej idiotycznie niż wtedy, gdy dowiadywałam się tego z książki.
Chciałabym napisać coś więcej o postaciach drugoplanowych, ale nie jestem w stanie. Nie wnosili niczego nowego do powieści, nie wyróżniali się niczym szczególnym i dlatego nie utkwili mi w pamięci tak dobrze jak Tris , czy Tobias( nadal pałam do niego nienawiścią).

,, Zło jest w każdym, a miłość polega na tym, by dostrzec to samo zło w sobie, bo tylko wtedy można wybaczyć drugiemu człowiekowi. "

Wiecie co jest najgorsze w czytaniu ostatnich części? Chcemy, by seria się skończyła, przestała łamać nam serca, a jednocześnie nie możemy znieść myśli, że musimy się pożegnać z tym, co tak kochamy, do czego się przywiązaliśmy, złączyliśmy swoje losy z losami wyimaginowanych bohaterów, przeżywaliśmy te same rozterki co oni. Trudno mi o tym mówić, przecież to czytelnicza tragedia!!!

Podsumowując, wiem, że recenzja nie jest tak dobra, jak mogłaby być, gdyby moja aplikacja o nazwie Mózg po dwóch godzinach matematyki nie została wyłączona, ale uwierzcie mi, że naprawdę się starałam.
Zobaczcie człowieka w człowieku ;)

OCENA: 7/10







poniedziałek, 9 listopada 2015

#33: Eleonora i Park (Rainbow Rowell)- recenzja.

Hej! Przynoszę Wam dziś długo wyczekiwaną recenzję ,, Eleonory i Parka". Przepraszam, że robię to dopiero teraz, ale ja naprawdę mam coraz mniej czasu na pisanie bloga.
Wracając...
Książkę tą przeczytałam jeszcze w wakacje, czyli już jakiś czas temu. Jej recenzja miała się pojawić 12 października, ale jak wiecie u mnie wszystko jest przesuwane lub przekładane na później.

Oryginalny tytuł: Eleanor & Park
Autor: Rainbow Rowell
R.Wyd. ( PL) : 2015
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 358


Eleonora nie jest ,,z tych popularnych". Ma rude włosy, zazwyczaj dość oryginalny ubiór, poza tym jest niska i ma trochę więcej ciała niż reszta dziewczyn. 
Park jest jedynym Azjatą w szkole. Jest wysoki, chudy, ma miodowy odcień skóry i dobrze wygląda w czarnych ciuchach, które idealnie kontrastują z jego zielonymi oczami. 
Oboje pochodzą z dwóch różnych światów. Jeden rok szkolny udowodni im jednak, jak wiele ich łączy. Czy pozwolą sobie na uczucie, które powoli się między nimi tworzy? 

,, Przestał już przywoływać ją w pamięci. 
I tak pojawiała się wtedy, kiedy chciała: w snach, kłamstwach i nędznych deja vu.
[...] 
Eleonora...
Ta, która stała za nim, póki nie odwrócił głowy. Która leżała obok, póki się nie obudził. Która sprawiała, że wszyscy inni wydawali się wyblakli i płascy, nigdy nie dość dobrzy. 
Eleonora, która wszystko popsuła.
Eleonora, która odeszła.
Przestał już przywoływać w pamięci. "

Niesamowita powieść. Ja jej nie przeczytałam, ja ją wciągnęłam! Jak makaron ze spaghetti! Pochłonęła mnie całkowicie. Po skończeniu jej długi czas zastanawiałam się, dlaczego to już koniec, czemu moja przygoda z nią nie mogła trwać dłużej. Książka faktycznie odrobinę przypomina ,,Romea i Julię", ale nie jest aż tak.. irytująca i sztuczna jak oryginał, z czego się bardzo cieszę, bo nienawidzę tego dramatu. 
To kolejna młodzieżówka poruszająca temat dręczenia w szkole osób innych, w jakiś sposób wyróżniających się. Nie będę się bardzo rozwodzić na ten temat, zrobiłam to już w innym poście. Powiem tylko, że przeżyłam to, co Eleonora i miliardy innych dzieciaków. Nie wiem, czy dla niektórych doprowadzenie kogoś do płaczu, zniszczenie go psychicznie jest takie fajne, cool, ekstra, czy jakby to inaczej nazwać, ale jak dla mnie jest to po prostu objaw okrucieństwa wobec drugiego człowieka. Uważam również, że szkoły nie przykładają należytej wagi do takich sytuacji. Wielu nauczycieli udaje, że się nic nie dzieje i zaczynają działać dopiero, gdy ktoś spróbuje popełnić samobójstwo. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to jest po prostu CHORE!

Teraz coś o bohaterach.
Park w wielu aspektach przypominał mi Nico di Angelo, może dzięki temu tak bardzo go polubiłam. Przez większą część książki tak bardzo współczułam Eleonorze, jej matce i rodzeństwu. Żyli z psychopatą! Zastanawiałam się, dlaczego nie poszli na policję i nie przyznali się do swojej sytuacji. Albo inaczej. Dlaczego policja, mimo tego, że zgłaszano im niejednokrotnie, że dzieje się coś złego nie zareagowała, nie przyjrzała się sprawie bliżej? Nawiązując do tego, co przed chwilą napisałam, dodam coś jeszcze- nie rozumiem dlaczego tak rzadko wierzy się dzieciom. Przecież to właśnie one najczęściej mówią prawdę! Kłamstwo jest przypisane do dorosłości. 
Eleonora miała dokładnie ten sam dylemat, co Ania Shirley, obie zadawały sobie pytanie: dlaczego ich włosy są rude, a nie np. blond albo czarne. Wiecie co? Zawsze mnie to zastanawiało. Te kilka rudych osób, które znam, wszystkie bez wyjątku żałują, że mają ten kolor włosów. Ja za to zawsze chciałam być ruda! Moje największe marzenie- mieć kręcone, rude włosy. Przecież rude włosy są równoznaczne z byciem oryginalnym, tak mało jest naturalnie rudych osób!   
Mieliście kiedyś coś takiego, że nienawidziliście jakiegoś bohatera najbardziej na świecie i aż się w was gotowało, gdy pojawiał się na kartach książki? Pewnie mieliście, ale i tak pytam. No cóż, ja tak miałam z Richiem- ojczymem głównej bohaterki. Jak tylko natrafiałam na jego imię na którejś stronie, już szykowałam moje widły i pochodnię. Jestem przekonana, że gdyby ktoś w takim momencie krzyknął: Chodźcie ludzie! Idziemy spuścić łomot i spalić na stosie tamtego typa! poszłabym za nim. 
Przez pewien nieokreślony czas nienawidziłam również Tiny- głównego dręczyciela Eleonory. Pod koniec książki zrobiła jednak coś, przez co już nie wiedziałam, czy dalej ma być moim wrogiem numer jeden, czy może mam ją zacząć lubić. Miałam totalny mętlik w głowie. 

Myślę, że tym razem nie muszę pisać podsumowania. To, co chciałam Wam przekazać, napisałam już wcześniej. 
Zdecydowanie polecam tę książkę, choć wiem, że nie wszystkim się spodoba. Mam jednak nadzieję, że pokochacie ją w równym stopniu, co ja.

OCENA: 8/10 



                   
 


 

poniedziałek, 26 października 2015

#32: Girl Online (Zoe Sugg)- recenzja

Witajcie! Muszę wreszcie zacząć nadrabiać pisanie, bo w moim tempie czytelniczym notatek do recenzji będzie mi starczyło na lata.  Tylko jak tu znaleźć na to czas?
Przychodzę do Was dziś z recenzją jednej z moich ulubionych książek- Girl Online autorstwa jednej z brytyjskich vlogerek, znanej jako Zoella.

Penny jest zwykłą dziewczyną, ze zwykłymi problemami i nie całkowicie zwykłym pechem. Żeby uciec przed szarą rzeczywistością, pisze bloga o sobie, swoich przemyśleniach, dramatach, rodzinie i innych typowo-nastolatkowych rzeczach.
Kiedy jednak sprawy w życiu Penny przybierają zadziwiająco zły obrót, rodzice postanawiają zabrać ją ze sobą do Nowego Jorku na święta, by mogła odsapnąć od codziennych zmartwień. Nikt nie spodziewa się, że dziewczyna całkiem przypadkiem pozna tam chłopaka, który wywróci jej życie do góry nogami.

,, Dziesięć najważniejszych powodów do stresu dla nastolatek
1. Przez cały czas masz wyglądać idealnie.
2. A twoje hormony własnie postanawiają zacząć świrować. 
3. Co odznacza, że nigdy w życiu nie miałaś więcej pryszczy ( przez co punkt 1 staje się niemożliwy do spełnienia!)
4. I to w momencie, kiedy po raz pierwszy w życiu możesz kupować sobie czekoladę, kiedy tylko chcesz ( co jeszcze bardziej pogarsza sytuację z punktu 3!)
5. Nagle wszyscy zaczynają zwracać uwagę na to, jak się ubierasz.
6. A ubierać też masz się idealnie. 
7. I oprócz tego umieć pozować jak supermodelka.
8. Żeby móc strzelić sobie selfie w stylizacji dnia.
9. Które wrzucisz później do internetu, żeby mogli je zobaczyć wszyscy twoi znajomi.
10. Oprócz tego masz być niesamowicie atrakcyjna dla płci przeciwnej (zmagając się równocześnie z punktami 1-9!)"


Tak wiem, że to długi cytat, ale niesamowicie się z nim zgadzam i chciałam, żebyście go poznali. Wracając już do recenzji...
,, Girl Online" to książka słodka, ale nie przesłodzona, lekka, przyjemna, idealna na poprawę humoru. Z początku martwiłam się, że Zoe zmieni ją w kolejny beznadziejny harlekin z trójkątem miłosnym w roli głównej, ale ku mojemu zaskoczeniu najlepszego przyjaciela Penny uczyniła gejem, dzięki czemu wykluczyła go z gry. Nawet nie wiecie jak bardzo ucieszył mnie ten fakt! Mimo, że książka jest prosta i nie ma skomplikowanej fabuły, to przekazuje czytelnikom bardzo ważną wiadomość: Uważajcie, co udostępniacie na widok publiczny, bo wszystko, co raz do internetów zostało wrzucone, już zawsze po internetach krążyło będzie. Cała opowieść jest jednym wielkim marzeniem, mało realistycznym i wątpliwym w realizacji, a jednak takim, które chcielibyśmy (głównie chciałybyśmy) , żeby się spełniło. No powiedzcie, czy wersja: dziewczyna z największym pechem świata wyjeżdża na święta do miasta, które nigdy nie śpi i poznaje tam wspaniałego chłopaka, niewiele od niej starszego muzyka, nie jest lepsza niż: biedna dziewczyna siedziała w domu gnębiona przez wrednych ludzi na facebooku, płacząc nad swoją nieudolnością i pryszczatą cerą, podjadając kilogramy ciastek, mając na sobie dresy, bo w jeansy nie była w stanie się już wcisnąć? Jak dla mnie wersja druga jest strasznie pesymistyczna. Co jeszcze... Okładka sugeruje, że jest to powieść typowo wakacyjna, choć jej fabuła rozgrywa się w zimie. Dziwne, nie?

Dobra, przyszedł czas na bohaterów. Już od samego początku czytelnikowi zostaje wyjaśnione kto jest dobry, a kto powinien spłonąć na stosie. Postacie mają bardzo wyraźnie zarysowane charaktery. Niestety, wszyscy są strasznie, dobijająco szablonowi: mamy tu główną bohaterkę- szarą myszkę, jej fałszywą najlepszą przyjaciółkę- wrednego, złego do szpiku kości plastika, najlepszego przyjaciela- geja, którego ojciec nie może zaakceptować, chłopaka, w którym Penny się podkochuje- typowego lalusia, Chodzące Selfie ,a na dodatek jeszcze młodego artystę, w którym dziewczyna się w końcu zakochuje, który rozumie ją jak nikt, akceptuje ją całkowicie taką jaką jest. Poza tym jest miły, uroczy, jest dżentelmenem i romantykiem. No same superlatywy!
Wiecie, myślałam, że to ja mam pecha ( tego samego dnia zleciałam ze schodów, zdarłam oba kolana na kamieniach i rozwaliłam telefon), ale Penny bije mnie na głowę! Już nie będę podawała przykładów, bo chyba bym padła ze śmiechu.
Ze wszystkich postaci najbardziej polubiłam Elliota, który jest po prostu genialnym bohaterem! Jest pogodny, pomocny w każdej chwili, oryginalny, szczery i.. prawdziwy. Tak jak już pisałam w którymś tam poście ( już nie pamiętam, w którym), kiedy czytałam o Elliocie przed oczami cały czas pojawiał mi się obraz chłopaka poznanego na obozie wokalnym, który jest uderzająco do Elliota podobny zarówno wyglądem ( moje wyobrażenie, nie czepiać się), jak i charakterem oraz zachowaniem. Dostałam pozwolenie na ukazanie wam jego zdjęcia:



Podsumowując, jak widzicie książka ta nie ma ( prawie) żadnych minusów. Naprawdę polecam ją Wam jeśli chcecie przeczytać coś, co was odstresuje, przy czym nie trzeba za wiele myśleć. Przepraszam za nadużycie nawiasów, ale tak jakoś mi tutaj pasowały :D
Zanim skończę, chciałabym tylko dodać, że najbardziej rozpiernicza system jedna z ostatnich scen i bardzo chętnie bym Wam ją zaspojlerowała, ale z dobrego serca tego nie zrobię. Buhahahahahaha !!!

Ocena: 8/10





poniedziałek, 17 sierpnia 2015

#28: Lato drugiej szansy( Morgan Matson) - recenzja

Witajcie! Wierzcie mi, już dawno wstawiłabym jakiegoś nowego posta, ale mam mały problem z telefonem. Wyobraźcie sobie, że schodząc po schodach potknęłam się, poleciałam do przodu, a komórką zawładnęła ciemność.
Przez to nie mogłam sprawdzić ilości wyświetleń i dlatego dopiero teraz zorientowałam się, że ich liczba przekroczyła 10 000!!! To dzięki Wam, moim czytelnikom, udało się dobić tak pokaźnej sumy! Bardzo, ale to bardzo Wam dziękuję, że jesteście ze mną, czytacie moje wypociny, komentujecie je ( i to w dodatku tak miło), stajecie się obserwatorami mojego bloga. To dla Was piszę :)
Chcę Wam jeszcze raz , z całego serca podziękować i ogłosić, że w ramach tych podziękowań szykuję mały konkurs.
Ale o tym kiedy indziej...

Dobrze, przejdę już do recenzji, bo w końcu nie zdążę przed północą.

"Lato drugiej szansy" trafiło do mnie niechcący, przez przypadek- na chybił trafił wybrałam książkę z półki w bibliotece. Przeczytałam ją dopiero teraz, choć na polskim rynku literackim pojawiła się w kwietniu 2014 roku. Wydało ją wydawnictwo Jaguar.

Taylor Edwards zawsze czuła się w swojej rodzinie jak kosmitka. Brat- geniusz, siostra-urodzona baletnica i ona- zwyczajna, przeciętna siedemnastolatka. Jedyną osobą, która ją rozumiała, był jej ojciec.
W dniu swoich urodzin, dziewczyna dowiaduje się o jego ciężkiej chorobie. Wraz z rodzicami i rodzeństwem wyjeżdża do domku nad jeziorem, gdzie w spokojnej atmosferze zamierzają spędzić ostatnie wspólne trzy miesiące. Niestety, to miejsce przywołuje wspomnienia, o których Taylor wolałaby zapomnieć.

,,Dopiero teraz, kiedy dni spędzane z moim ojcem nieoczekiwanie stały się policzone, uświadomiłam sobie, jak cenne były te wspomnienia. Tysiące chwil, które traktowałam jako coś oczywistego, przede wszystkim dlatego, że zawsze zakładałam, że będą ich jeszcze kolejne tysiące. "

Lekka, przyjemna lekturka, idealna na wakacje, jednocześnie podejmująca ważne i życiowe tematy. Ciekawy sposób pisania autorki pozwala wczuć się w tę historię, w sytuację bohaterów, zrozumieć trudności, jakie przed nimi postawiło życie. Książka przekazuje wiele wartości. Uczy, że nie można uciekać od przeszkód, trzeba je pokonywać. Uświadamia, że powinniśmy się cieszyć z tego, co daje nam los, z każdej danej chwili, bo nigdy nie wiemy ile czasu nam jeszcze zostało. Przywiązałam się do bohaterów, dlatego było mi smutno, gdy im coś nie wychodziło, coś nie szło po ich myśli. Chyba najbardziej zżyłam się z ojcem głównej bohaterki, dlatego ryczałam jak bóbr kiedy umarł. Bardzo zaimponowała mi również jej matka, która w obliczu ciężkiej choroby męża zachowała zimną krew i trzeźwy umysł. Mało kto potrafi utrzymać emocje na wodzy w takiej chwili.

Trochę szkoda, że wątek choroby poruszano tak rzadko, czyniąc z niego jedynie tło dla innych wątków. Niekiedy niepotrzebnie autorka skupia się na błahych sprawach, długo i rozlegle opisując na przykład psa, zamiast wracać do tego, co jest naprawdę ważne. Fabuła jest wielowątkowa i tu pojawia się problem- żaden wątek nie jest tym głównym. Pani Morgan nie poradziła sobie z tak dużą ich ilością. W wyniku nieudolnej próby ratowania sytuacji historia stała się płaska i powierzchowna.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której do tej pory nie napisałam- o samej Taylor. Jest to jedna z najgorszych, najbardziej beznadziejnych postaci literackich wszech czasów. Brak wyraźnego charakteru i jakiegokolwiek celu w życiu. Bohaterka nieodpowiedzialna, mało rozgarnięta , nierozważna.... uff, aż się zdenerwowałam. Wierzcie mi, to co o niej napisałam to dopiero 1/10 cech, które mogłabym wymienić. I chętnie bym to zrobiła, gdybym nie była tak strasznie zmęczona.

Podsumowując, autorka nie wykorzystała potencjału tej powieści. Mogła pełniej przedstawić relacje między postaciami, bardziej rozwinąć wszystkie wątki...
Właśnie, mogła, ale tego nie zrobiła. Dlatego też "Lato drugiej szansy" otrzymuje ode mnie tylko sześć gwiazdek.
Jednakże, mimo tak wielu, wielu, wielu minusów książkę przyjemnie się czytało i jestem pewna, że wśród Was znajdą się ci, którym ta publikacja przypadnie do gustu w równym stopniu, co mnie.

Ocena: 6/10




piątek, 19 czerwca 2015

#25: Szukając Alaski- recenzja

Hej! Od dziś będę pisała recenzje w odrobinie innej formie niż ostatnio. Musicie mi wybaczyć ciągłe zmiany, ale eksperymentuję sprawdzając, który sposób pisania najbardziej mi odpowiada.
Nie przedłużając...

Przychodzę do Was dziś z książką, względem której miałam bardzo wysokie wymagania. Przeczytałam wiele pozytywnych wypowiedzi na jej temat, co było pierwszym i głównym czynnikiem, który skłonił mnie do przeczytania tej powieści. Drugim była obietnica złożona samej sobie, że przeczytam wszystkie napisane do tej pory książki autorstwa Johna Greena, poczynając od tej. Mowa tu o ,,Szukając Alaski", czyli powieści, od której dosłownie wszystko się zaczęło. Gdyby nie ona, John nie napisałby przepięknej historii miłosnej Gusa i Hazel. Czy jest ona jednak tak dobra, by porównywać ją do ,, Gwiazd naszych wina"? Zaraz się dowiecie.

Historia rozpoczyna się w momencie, w którym Miles postanawia opuścić rodzinne miasto i rozpocząć nowe życie, uczęszczając do Culver Creek w Alabamie. Nie spodziewa się, że poznane tam osoby pokażą mu świat, jakiego do tej pory nie znał- beztroski świat całonocnych libacji, nałogowego palenia, seksu i innych przyjemności. Doprowadzi to jednak do ciągu zdarzeń, których punkt kulminacyjny będzie nauczką, którą chłopak zapamięta na całe życie.


Książka jest pełna genialnych przemyśleń, nawiązujących do codziennego życia i dzięki temu prostych w odbiorze. Nie mogłam się wciągnąć w tę historię. Nie podobało mi się miejsce akcji, ani też sami bohaterowie. Irytowały mnie ich charaktery i zachowania. Do momentu, w którym pojawiła się Alaska. To niesamowicie dynamiczna, oryginalna, ale także enigmatyczna postać. Do końca nie było wiadomo kim tak na prawdę ta dziewczyna jest. Miałam wrażenie, że cały czas nosi maskę. Maskę pewności siebie, za którą skrywa się spokojna, lekko zadziorna, aczkolwiek delikatna i wrażliwa osoba.  Alaska była również książkoholikiem, czym u mnie zapunktowała. W książce porusza się temat tego, jaki stosunek ma młodzież do osób, które donoszą, skarżą , czy jak to tam inaczej nazwać. Otóż, nie zszokowało mnie to zbytnio, co więcej zainteresowałam się tym.  Sama zauważałam nieraz sytuacje, w których nazywano kogoś Konfidentem, obrażano i wystawiano na publiczne upokorzenie. Wyobraźmy sobie sytuację, w której pewna osoba widząc coś, co uważa za zachowanie wbrew pewnym zasadom, nawet podstawowego współistnienia z innymi ludźmi, zgłasza to do osoby wyżej postawionej.  Oczywiście, winni ponoszą karę lecz postanawiają się odegrać w mniej lub bardziej dotkliwy sposób. Taka osoba już nigdy niczego nie zgłosi, nawet gdyby to w jakimś stopniu zagrażało jej samej, bo będzie się bała przyczepienia łatki Konfidenta. To okropne! Uważam, że jest to problem, który powinien być częściej poruszany w powieściach dla nastolatków. Nigdy nie wiadomo, do kogo trafi apel o zaprzestanie działań przeciwko osobom, które pragną jedynie wyrazić swoje zdanie, swój sprzeciw. Wracając, wielki plus za ten dodatek fabularny.  Bardzo podoba mi się pomysł podzielenia tego tomu na dwie części- Przed i Po pewnym wydarzeniu. ,, Szukając Alaski" można porównać do ruchomych piasków- chcesz się z nich wydostać za wszelką cenę lecz nie możesz, bo im bardziej się wiercisz, im bardziej się im opierasz, tym bardziej i szybciej cię wciągają. Jak już mówiłam, nie potrafiłam się dostatecznie wczuć w tę opowieść, a mimo to zdołowała mnie i wepchnęła w otchłań rozpaczy. Może nie tak głęboką jak wtedy, gdy pożegnałam Augustusa, nie mniej jednak wystarczająco głęboką, by móc zalać ją łzami, a potem się w nich utopić. Ostatnie o czym powiem, to Miles. Z początku myślałam, że będzie on główną postacią. Ku mojemu zdziwieniu, okazał się jedynie dziwną formą narratora, bohaterem biernie przyglądającym się temu, co się dzieje. Pozwalało to jednak na skupienie się na innych, ważniejszych osobach, które miały swój udział w tej historii. Niestety, to już wszystkie dobre rzeczy, które mogę powiedzieć o tej książce. 


,, A tak w ogóle, co to jest ,,błyskawiczna śmierć"? Jak długo trwa? Sekundę? Dziesięć? Straszny musiał być ból (...) , gdy pękło serce, padły płuca, zabrakło powietrza, krew nie dochodziła do mózgu, pozostała tylko czysta panika. Co to, do cholery, znaczy ,, błyskawiczny"? Nic nie jest błyskawiczne. Ryż błyskawiczny gotuje się pięć minut, błyskawiczny pudding- godzinę. Wątpię, czy chwila oślepiającego bólu w y d a j e  s i ę  błyskawiczna. "
                                                                              Szukając Alaski 


Fabuła nie dość, że jest nudna, to dodatkowo okropnie przewidywalna. Już po kilkunastu stronach wiedziałam, co będzie tym punktem kulminacyjnym. Książka strasznie mi się dłużyła. Przyznaję się bez bicia, że po prostu mnie nudziła. Jasne, mogłabym zrzucić winę na jej gatunkowe przyporządkowanie, ale coś mi mówi, że w tej sytuacji nie będzie to właściwe. Myślę, że najbardziej przeszkadzały mi w tej powieści ciągłe nawiązania do seksu. Jakby "zaliczenie trzeciej bazy" było najważniejszym celem w życiu uczniów Collage-u , w którym toczy się akcja. 

Podsumowując, przeczytanie tej książki nie było łatwym zadaniem, ale jak możecie zauważyć posiada ona więcej plusów niż minusów. Nie spełniła całkowicie moich oczekiwań, ale też mnie nie zawiodła. Wątpię, czy jeszcze kiedyś po nią sięgnę, choć nigdy nic nie wiadomo. Możliwe, że któregoś dnia znów najdzie mnie na nią ochota.  
Nim się z wami pożegnam pragnę dodać, iż nie jestem w stanie jednoznacznie określić, czy ją wam polecam, czy też nie.  Najlepiej będzie, jak sami przeczytacie tę powieść, a potem zbudujecie swoją opinię na jej temat. Jak już to zrobicie- dajcie znać!

Ocena:  6/10




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...