Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2020

#101: Point of Retreat ( Colleen Hoover)- recenzja

Hej ludziki! Tak, dawno nie pisałam żadnych postów ale nie miałam kompletnie weny. Na szczęście udało mi się przygotować trochę wpisów na najbliższy tydzień lub dwa. :)
Dziś przychodzę do was z moją opinią na temat drugiego tomu serii "Slammed". Recenzję pierwszej części możecie znaleźć TUTAJ.

Tytuł : Point of Retreat
Autor: Colleen Hoover
Tłumacz: Jarosław Mikos
Wydawnictwo: YA!
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 282


Powiem szczerze, nie wiem od czego zacząć pisanie tej recenzji. Nie wiem czemu, ale recenzowanie drugich tomów serii zawsze sprawia mi trudność. No nic, jak nie spróbuję, to nigdy się nie dowiem, jak to wyjdzie. Będzie to krótka recenzja, bo inaczej musiałabym zaspojlerować wam fabułę, a tego bym robić nie chciała. Z tego samego powodu zdecydowałam się nie pisać opisu fabuły. 

"Point of Retreat" to drugi tom serii "Slammed" autorstwa Colleen Hoover. Przez pierwszy tom przemknęłam niczym błyskawica i choć druga część nie była aż tak dobra, jak część pierwsza, przeczytałam ją równie szybko. Jest to kontynuacja historii Lake i Willa, więc myślę, że bez znajomości początków ich związku i tego, przez co musieli przejść, by być razem, "Point of Retreat" nie zrobi na was takiego wrażenia. 

"To jest warte całego bólu,
Wszystkich łez
I błędów.
Serce mężczyzny i kobiety, którzy się kochają,
Jest warte całego bólu tego świata."

Ten tom nie daje czytelnikowi takiego emocjonalnego kopa, jak ten poprzedni ale też wprawia nas w zdziwienie i szok kilka razy. Zakończenie jest szczególnie zaskakujące. Gwarantuję wam, że jak już do niego dotrzecie, nie będziecie wiedzieli, co powiedzieć. Wbije was w siedzenie!
Poczynania bohaterów są czasem niezrozumiałe, szczególnie Willa. Niestety, zachowuje się on czasem bardzo..niefajnie, żeby nie powiedzieć "jak dupek". Niestety, nie mogę wam przybliżyć sytuacji, więc będę musiała zostawić ten temat. 

"Mężczyzna może mówić kobiecie setki razy, że ją kocha, aż mu język zdrętwieje. Słowa nic dla niej nie znaczą, jeśli się bije z myślami i jest pełna wątpliwości. Musisz jej tego dowieść. "

Kurcze, jak trudno zrecenzować książkę, kiedy niewiele można o niej powiedzieć. No cóż, książkę czytało mi się bardzo dobrze, postacie wciąż bardzo lubię i interesują mnie ich dalsze dzieje (dlatego czytam właśnie trzeci tom serii). Jestem szczęśliwa, że trafiłam na tę serię, bo dawno nic mnie tak nie wciągnęło. Historia Lake i Willa, a także ich przyjaciół- Eddie, Gavina, Cauldera i Kela oraz najnowszych dodatków do gangu- Kiersten oraz jej mamy zostaną ze mną na dłużej i jeśli kiedyś będę miała trochę pieniędzy na zbyciu, zdecydowanie zakupię tę serię. 

Polecam wam tę serię i zachęcam do przeczytania. Nawet jeśli nie jesteście fanami takich powieści, "Slammed" oraz "Point of Retreat" mają tak świetnie zarysowanych bohaterów i interesujące fabuły, że myślę, że wam się spodobają. Nawet jako coś odmóżdżającego, bo umówmy się, to nie są skomplikowane i głębokie książki, ale warto dać im szansę. 

OCENA: 8/10




piątek, 18 marca 2016

#37: Malfetto: Mroczne Piętno ( Marie Lu) - recenzja.

Witajcie. Kompletnie nie mam czasu pisać, dlatego jakiekolwiek posty będą pojawiały się naprawdę rzadko.
Dzisiaj przedstawię wam recenzję książki ,, Malfetto: Mroczne Piętno" autorstwa Marie Lu. Kilka lat temu spod pióra tej autorki wyszła również bestsellerowa seria ,, Legenda".

Oryginalny tytuł: The Young Elites
Autor: Marie Lu
Tłumacz: Marcin Mortka
Rok Wyd. PL: 2015
Wydawnictwo: Zielona Sowa 
Liczba stron: 380

,, Otóż, gdy miałam cztery lata, Kennetrę nawiedziła zaraza i ludzie w panice zabijali deskami drzwi i okna swoich domów. Zachorowałyśmy wszystkie trzy- ja, matka i siostra. Choroby nie dało się ukryć-na skórze pojawiały się dziwne plamki, włosy i brwi zmieniały kolor, a z oczu ciekły różowe, krwawe łzy. Wciąż pamiętam zapach choroby w naszym domu i palący smak grappy na ustach. Lewe oko napuchło mi tak bardzo, że lekarz musiał je usunąć. Zrobił to przy pomocy rozgrzanego do czerwoności noża oraz pary szczypiec.
   I tak oto stałam się skażona.
   Naznaczona. Malfetto. "

Ta książka jest przerażająca. Nie ma w niej ani krzty humoru, żartu, czy jakiejkolwiek ironii. Jest pełna patosu i wzniosłości. Jedyne emocje, jakie przedstawia to strach, wściekłość, ból, żal i tęsknota. Świat w niej przedstawiony jest dosłownym piekłem na ziemi, pełnym okrucieństwa i niesprawiedliwości. Doceniam pomysłowość autorki, w końcu nie jest łatwo wykreować świat od podstaw, tym bardziej jeśli ma się do dyspozycji jedynie dwa podstawowe odcienie rzeczywistości. Mimo to... powieść w tak depresyjnym nastroju to dla mnie trochę za dużo. Książka dogłębnie mnie poruszyła, momentami wywołując złość, irytację, a nawet chęć mordu ( to się tyczy niektórych bohaterów). Wiem, że jest to opowieść fantastyczna, ale były takie momenty, gdy cały ten świat i brutalność z nim związana zdawały się zadziwiająco prawdziwe.

,, Nikt tak naprawdę nie chce, byś była sobą. Chcą, byś była taka, jaka im się podobasz. "

Kiedyś, z czystej ciekawości przeczytałam recenzję tej książki, w której to ktoś stwierdził, iż największym antagonistą, największym złem jest główna bohaterka. Ja to odbieram trochę inaczej. Sama Adelina nie jest złą osobą- współczuje, kocha, uparcie szuka w ludziach dobra. To realia tego świata, zaraza i jej konsekwencje tak ją ukształtowały, że nie panuje nad gniewem i tak jak ojciec czerpie z bólu i rozpaczy radość. Według mnie jest jedyną, prócz swojej siostry, pozytywną postacią. Czytając, zastanawiałam się dlaczego daje się tak łatwo wykorzystywać i oszukiwać. Było mi jej okropnie żal. Potem dopiero zdałam sobie sprawę, że ona tak naprawdę nigdy nie doświadczyła takich uczuć jak miłość, czy przyjaźń. Dodatkowo, ta dziewczyna była w moim wieku! Wbrew wszystkiemu szesnaście lat to wcale nie tak dużo i pod wieloma względami Adelina wciąż była dzieckiem.
Polowanie na ludzi Malfetto skojarzyło mi się z wyłapywaniem Niezgodnych. Malfetto również zabijano, tylko w o wiele gorszy sposób. Nie ważne, czy byłeś dzieckiem, czy nastolatkiem wchodzącym w dorosłość, jeśli miałeś jakieś niezwykłe zdolności, palono cię na stosie jak wiedźmy w średniowieczu. Nawiasem mówiąc, czasy przedstawione w książce odrobinę owo średniowiecze przypominały- mamy tu króla, królową, Inkwizycję, ect.

,,Chęć zadawania krzywdy, siania zniszczenia i szukania pomsty jest o wiele potężniejsza od tęsknoty za miłością czy chęci niesienia pomocy. "

Już w jednym z pierwszych rozdziałów mamy scenę, w której to ojciec sprzedaje swoją córkę pewnemu szlachcicowi, by móc spłacić swoje długi, a kiedy ta ucieka, chce ją zabić. Od razu przypomniałam sobie podobną sytuację w ,,Córce Kleopatry". Tam jednak ojciec przegrywa walkę w sądzie o swoje dziecko, a dziewczyna zostaje uznana przez przekupionych sędziów za niewolnicę, własność jakiegoś bogacza. Zrozpaczony mężczyzna podcina córce gardło. Woli ją zabić, niż skazać na taki los. Robi to, bo ją kocha. Dwa podobne przykłady sytuacyjne, dwóch ojców i tak różne reakcje. Oba te przykłady pozwalają zrozumieć, czym jest, a raczej czym powinna być prawdziwa rodzicielska miłość.

Jeśli chodzi o wygląd książki - każdy nowy rozdział rozpoczynał piękny, duży inicjał, co niesamowicie mi się podobało. Poza tym, autorka dołączyła na samym początku mapkę świata, który stworzyła. Uwielbiam mapki, więc daję za to wielki, wielgaśny plus.



Podsumowując, ,,Malfetto: Mroczne Piętno" to niezwykła, choć okrutna powieść. Mam problem z jej ocenieniem. Jak już mówiłam jestem zdecydowaną przeciwniczką tak dużej ilości negatywnych emocji w książkach, dlatego też postanowiłam obniżyć ocenę o jeden punkt w dół.

OCENA: 7/10



niedziela, 24 stycznia 2016

Z ciemnością jej do twarzy (Kelly Keaton) - recenzja

Witajcie! Przybywam do Was po długiej nieobecności spowodowanej zwykłym blogowo-książkowym kacem. Jak wiecie, nigdy nie umiałam pisać dobrych wstępów, dlatego też od razu przejdę do rzeczy.
Zrecenzuję dziś książkę, która znalazła się w moim TOP 25 roku 2015 ( który to post pojawi się za dwa, góra trzy dni).


Oryginalny tytuł: Darkness Becomes Her
Autor: Kelly Keaton
Tłumacz: Anna Gralak
Rok Wyd.PL: 2011
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 302


Ari jest inna niż wszyscy. Ma długie, srebrne włosy i niezwykle zielone oczy. Jest sfrustrowana byciem odmieńcem, próbuje dowiedzieć się dlaczego jej matka porzuciła ją gdy ta była jeszcze małym dzieckiem. Poszlaki znalezione w szpitalu psychiatrycznym, w którym jej rodzicielka spędziła ostatnie miesiące swojego życia prowadzą ją do zniszczonego przez huragany, choć nie całkiem opuszczonego Nowego Orleanu. Okazuje się, że władzę w nim przejęły rodzinne klany o magicznych umiejętnościach, których członkowie zdają się wiedzieć więcej niż mówią. Czy tajemnicze miasto skrywa historię pochodzenia dziewczyny?

Dzisiaj złamię zasady i zacznę od minusów.
Niedopracowana fabuła i niespójność. Momentami miałam wrażenie, że wycięto całe fragmenty nim książka trafiła do druku. Uważam, że zyskałaby gdyby uzupełniono ją o te kilka rozdziałów, może wytłumaczyłoby to kilka wątków, które zostały niepotrzebnie spłycone i uczynione epizodami.

,, Jasne, gdyby życzenia były dolarami, już dawno dorównywałabym Billowi Gatesowi. "

Bohaterowie nie są jakoś rewelacyjnie wykreowani, ale da się ich odróżnić od siebie, więc nie jest źle. Niestety, nie jestem w stanie powiedzieć o moich odczuciach względem nich, ponieważ większości po prostu nie pamiętam. Oczywiście, z jednym wyjątkiem.
Atena- irytująca, marna parodia bogini mądrości i strategii, córki Zeusa. Kompletnie nie rozumiem, czy raczej nie potrafię dopatrzeć się jakiejkolwiek logiki w jej poczynaniach. To chyba najbardziej nieudana postać wszech czasów. Uwierzylibyście, że ktoś, kto ma ponad tysiąc lat mówi językiem masowym, używając kolokwializmów i klnąc jak stary pijaczyna? Jakoś to do mnie nie przemawia.
Co do samej Ari- ta dziewczyna uwielbia słowo ,, pieprzony". W ciągu jednego rozdziału jest w stanie użyć go przynajmniej dziesięć razy. Gdy czytałam książkę, cały czas zastanawiałam się, czy jej autorka równie często używa słowa ,, fucking".

,,Nie rób sobie nadziei, a nikt cię nie zrani. Nie ufaj i nie kochaj, a nikt cię nie zrani. Złam własne zasady. "

Mimo niespójności, o których wspominałam już wcześniej, fabuła jest niesamowicie wciągająca i ciekawa. Autorka pozytywnie zaskoczyła mnie nawiązując tematyką do mitologii greckiej i nowoorleańskich wierzeń w voodoo i tym podobne rzeczy.
Powieść rozgrywa się w przyszłości, w 2026 roku. Pani Keaton wybiegając czasami w przód, pisze na nowo historię Nowego Orleanu, będącego miejscem prawie całej akcji. Tym razem po przejściu dwóch huraganów, ewakuowani nie wracają do swoich domów, miasto zostaje wykupione przez najstarsze rodziny, wśród których można znaleźć wampiry, wiedźmy, czy też zmiennokształtnych...
Zatrzymajmy się na chwilę. Czy tylko mnie powiało w tym momencie serialem ,,The Originals"? Doświadczyłam dziwnego deja vu, które na szczęście już przeszło i mogę pisać dalej.
Na czym skończyłam? Ach, no tak. Podoba mi się taka wersja zdarzeń, jest mroczna, aczkolwiek bardzo intrygująca.

Podsumowując, wiem że ,,Z ciemnością jej do twarzy" ma wiele minusów, ale naprawdę przypadła mi ona do gustu i bardzo chciałabym przeczytać kolejne części ( Leci hejt ta wydawnictwo Znak, które postanowiło wydać tylko pierwszą część serii ,, Bogowie i potwory". To jest po prostu niewybaczalne!). Nie wiem, czy ją wam polecić, ale myślę, że jeśli to zrobię nikt nie będzie miał mi tego za złe.

Ocena: 7/10





piątek, 25 grudnia 2015

#36: Angelfall (Susan Ee)- recenzja

Witajcie! Wraz ze świętami przyszły dni, które mogę poświęcić na pisanie bloga. Nie wiem, ile z was jeszcze czyta to, co piszę. Ostatnio zastanawiałam się, czy nie porzucić Podróży Międzyksiążkowych. Rozważałam wszelkie za i przeciw. W końcu stwierdziłam, że nie zniszczę tego, co już zbudowałam. Nie poddam się, będę pisała dalej, choćby tylko dla siebie.
Dobra, koniec żalenia się. Przychodzę do Was( bądź do siebie) dziś z recenzją książki, którą udało mi się przeczytać w rekordowo krótkim czasie czterech godzin.

Oryginalny tytuł: Angelfall
Autor: Susan Ee
Tłumacz: Jacek Konieczny
Rok Wyd.PL: 2013
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 316

   Nie ma już Ziemi jaką znaliśmy. Nasza cywilizacja upadła. Miasta płoną, wszelkie środki komunikacji zostały zniszczone, więzi społeczne prawie całkowicie zanikły. W dzień zgliszczami rządzą gangi, ale to nie ich ludzie obawiają się najbardziej. Anioły, do których przez wieki modliliśmy się o ochronę i pomoc, stały się naszymi największymi wrogami. Mordują tych, którym udało się przetrwać pierwszą  falę ich ataku. Nie znają litości.
   Siedemnastoletnia Penryn na własne oczy widzi jak uskrzydlone istoty porywają jej młodszą siostrę. Mimo przeciwności postanawia ją uratować. W tym celu sprzymierza się z jednym z oprawców, któremu podobni jemu obcięli skrzydła. Wyruszają w długą i męczącą podróż przez zrujnowaną Kalifornię, próbując dostać się Gniazda Aniołów. Czy ich wędrówka skończy się szczęśliwie? Czy Penryn uda się ocalić siostrę?

,, Chwilę później dostrzegamy małe dziewczynki. Zostały powieszone na drzewie, ale nie za szyję- pętle zaciśnięto pod ramionami wokół klatek piersiowych. 
[...] Są ubrane w chyba identyczne sukienki w paski. Nie mam pewności, ponieważ wzór jest zniekształcony przez plamy krwi. Większa część materiału została wydarta i porozcinana. Cokolwiek obgryzło im mięso z nóg i brzuchów musiało zaspokoić apetyt, zanim dotarło do klatek piersiowych. Albo nie potrafiło tak wysoko sięgnąć.
Najstraszliwsze są ich udręczone twarze. Dziewczynki zostały pożarte żywcem."

Niesamowita, wciągająca, niekiedy przerażająca powieść z bardzo dobrze przemyślaną, choć czasem pokręconą fabułą. Ogromnym plusem jest brak jakichkolwiek nudnych momentów, cały czas coś się dzieje, akcja cały czas jest wartka. Cały czas również wyczuwalne jest napięcie między bohaterami, a także ich strach przed tym, co będzie dalej. Powiem szczerze, że oczekiwałam czegoś odrobinę innego, czegoś w stylu ,, Nowej Ziemi". W pewnym sensie nie dostałam tego, czego oczekiwałam. Dostałam za to coś o wiele, wiele lepszego. Książka momentami jest przewidywalna aż do bólu, ale nie przeszkadza to w ogóle w jej odbiorze i wiem, że powinnam to zdanie umieścić w minusach, ale jest tak nieistotne w ogólnym rozrachunku, że nie widziałam potrzeby rozpoczynania nowego pseudo-akapitu.

Niesamowicie przypadli mi do gustu bohaterowie, no może z wyjątkiem matki Pen, która jest... jak to delikatnie ująć- psychopatką, totalną świruską, kimś kogo należy się obawiać. Książce dodają uroku zabawne dialogi między postaciami oraz cięty język i zadziorny charakter Penryn. Ta dziewczyna to istne tornado- wie czego chce, walczy o to, co kocha, uparcie dąży do celu, lawiruje między różnymi sferami swojej osobowości równie bezproblemowo jak ja między półkami w bibliotece. Odrobinę przypominała mi Celaenę Sardothien ze ,, Szklanego Tronu", pod niektórymi względami była do niej zadziwiająco podobna. O Raffem mogę powiedzieć tylko tyle- odrobinę irytująca postać, której mimo to nie potrafię nie darzyć sympatią.

Co do zakończenia, jest nieziemskie, zaskakujące, zatrważające, czyli cytując Anitę - ,, ROZPIERNICZAJĄCE SYSTEM" !!! Nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejny tom!!!

Podsumowując, książka jest genialna. Równie genialna jak jej okładka, która jest tak niesamowita, prześliczna i zachwycająca, że aż mogłabym na nią patrzeć godzinami... gdybym tylko posiadała prywatny egzemplarz ,, Angelfall".
To już wszystko na dziś. Przepraszam, że ta recenzja jest taka krótka, ale powoli wyczerpuje mi się zasób synonimów, a wolałabym się nie powtarzać.

OCENA: 8/10











środa, 25 listopada 2015

#35: Wierna ( Veronica Roth)- recenzja

Witajcie! Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta.... a ja nadal jestem ze wszystkim w tyle. No, prawie ze wszystkim. Nie spodziewałam się, że pójście do liceum da mi nieskończone ilości wolnego czasu jednocześnie odbierając jakąkolwiek chęć do życia. Mówię prawdę, po sześciu godzinach lekcyjnych przestaję żyć, zaczynam wegetować i pasożytować. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ jest to moje wytłumaczenie dla ,,olewania" bloga. Absolutnie. Nic. Mi. Się. Nie. Chce! Kto z Was też się tak czuje? Mam nadzieję, że nie jestem jedyna.
Przychodzę do Was dziś z recenzją ,, Wiernej" autorstwa Veroniki Roth, finału bestsellerowej trylogii ,, Niezgodna".

Oryginalny tytuł: Allegiant
Autor: Veronica Roth
Rok Wyd.PL: 2014
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 381
 

Wierna jest zdecydowanie lepszą książką niż wszystkie trzy jej poprzedniczki. Ma świetnie wykreowanych bohaterów i niesamowitą, dystopijną fabułę ze zwrotami akcji i niespodziewanym zakończeniem. W powieści niewiele się dzieje, a jednak czytało się ją o wiele łatwiej i szybciej niż ,, Niezgodną" czy ,, Zbuntowaną". Koniec wbił mnie w łóżko, na którym akurat siedziałam, zasmucił, może odrobinę zdenerwował. Przy okazji zdałam sobie sprawę, że nienawidzę nieszczęśliwych zakończeń. Jasne, jeszcze niedawno zarzekałam się, że nie lubię tych dobrych. No cóż, jak powszechnie wiadomo ludzie się zmieniają i ich poglądy również. Najśmieszniejsze jest to, że owo zakończenie było dla mnie zaskoczeniem mimo, że zostało mi już dawno temu zaspojlerowane. Autorka zastosowała tym razem narrację dwuosobową- jeden rozdział z perspektywy Tris, jeden z perspektywy Tobiasa, naprzemiennie. Myślę, że taka forma daje możliwość poznania tej samej historii z dwóch stron, a co za tym idzie pomaga w jej zrozumieniu. Powinna być częściej stosowana w książkach.
Dużo osób porównuje ,,Niezgodną" do Igrzysk Śmierci. To prawda, obie te serie mają więcej podobieństw niż różnic, ale każda z nich posiada swój własny, niepowtarzalny klimat. W powieści znajduje się wiele złotych myśli i wartościowych cytatów wartych zapamiętania. Ani pierwsza, ani nawet druga część nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak ta. Cały czas z niecierpliwością przewijałam kolejne strony z bananem na twarzy ( również tym odwróconym) czekając na to, co będzie dalej. Czytanie ,,Wiernej" stawało się zasmucające, gdy uświadamiałam sobie, że to już koniec. Niestety wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć.

,, Odwaga może się przejawiać na wiele różnych sposobów. Czasem oznacza poświęcenie własnego życia dla czegoś ważniejszego, dla drugiego człowieka. Czasem to rezygnacja ze wszystkiego, co znałeś, ze wszystkich, których kochałeś, w imię czegoś większego. Ale czasem coś zupełnie innego. Czasem oznacza, że mimo bólu zaciskasz zęby i każdego dnia na nowo podejmujesz wysiłek, mozolną pracę na rzecz lepszego jutra."

Cofam to, co napisałam w recenzji ,, Czterego" o Tris. Teraz to Tobias jest moim wrogiem numer jeden. Udało mu się wprowadzić mnie na wyższy poziom irytacji i wkurzenia. Były momenty, w których miałam ochotę rzucać książką ze złości! Zastanawiałam się nawet, czy nie przenieść go za pomocą jakiejś czarnej magii do świata realnego tylko po to, by zadźgać go znalezionym na ulicy patykiem. A teraz serio, wcześniej zachowywał się normalnie, był twardym Nieustraszonym, jedynym logicznie myślącym człowiekiem wśród przygłupich narwańców rewolucjonistów. Teraz jednak, ni stąd ni zowąd to on stał się tym podatnym na manipulację. Tym, który odpowiada za opłakane w skutkach konsekwencje całkowicie bezsensownych wyskoków mających na celu... już sama nie wiem co. Jak sobie teraz czytam to fabularne przypomnienie, brzmi to jeszcze bardziej idiotycznie niż wtedy, gdy dowiadywałam się tego z książki.
Chciałabym napisać coś więcej o postaciach drugoplanowych, ale nie jestem w stanie. Nie wnosili niczego nowego do powieści, nie wyróżniali się niczym szczególnym i dlatego nie utkwili mi w pamięci tak dobrze jak Tris , czy Tobias( nadal pałam do niego nienawiścią).

,, Zło jest w każdym, a miłość polega na tym, by dostrzec to samo zło w sobie, bo tylko wtedy można wybaczyć drugiemu człowiekowi. "

Wiecie co jest najgorsze w czytaniu ostatnich części? Chcemy, by seria się skończyła, przestała łamać nam serca, a jednocześnie nie możemy znieść myśli, że musimy się pożegnać z tym, co tak kochamy, do czego się przywiązaliśmy, złączyliśmy swoje losy z losami wyimaginowanych bohaterów, przeżywaliśmy te same rozterki co oni. Trudno mi o tym mówić, przecież to czytelnicza tragedia!!!

Podsumowując, wiem, że recenzja nie jest tak dobra, jak mogłaby być, gdyby moja aplikacja o nazwie Mózg po dwóch godzinach matematyki nie została wyłączona, ale uwierzcie mi, że naprawdę się starałam.
Zobaczcie człowieka w człowieku ;)

OCENA: 7/10







środa, 11 listopada 2015

#34: Amy.Moja Córka ( Mitch Winehouse)- recenzja.

Witajcie! Postanowiłam ostatnio, że od tego momentu będę wstawiała na bloga prawie same recenzje, ponieważ muszę jakoś zlikwidować te ponad piętnaście notatek przygotowanych do pisania recenzji.

Opowiem Wam dziś o moich wrażeniach po przeczytaniu biografii wspaniałej brytyjskiej wokalistki- Amy Winehouse. Powiem szczerze, że przed jej przeczytaniem posiadałam małą ilość wiedzy na temat
piosenkarki. Jasne, znałam jej piosenki, ale nie miałam pojęcia w jak wielkim stopniu ich teksty odzwierciedlają jej życie. Dlatego właśnie sięgnęłam po tą książkę. Miałam nadzieję, że dowiem się, jaka Amy była naprawdę. Czy udało mi się ją poznać?

Oryginalny tytuł: Amy. My daughter.
Autor: Mitch Winehouse
Rok Wyd.PL: 2012
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 301

,, Dziś po raz pierwszy jej ojciec i powiernik Mitch Winehouse dzieli się z nami opowieścią o swojej Amy- córce, którą uwielbiał od dnia narodzin, wielkiej gwieździe i borykającej się z problemami kobiecie. Osobistymi historiami i najbardziej intymnymi wspomnieniami tworzy portret- dziewczyny o wielkim sercu i magicznym głosie. Poznajemy Amy od czasów dziecięcych wygłupów, muzycznych fascynacji, marzeń o sławie oraz historii jej niesamowitej kariery, po najmroczniejsze chwile walki z uzależnieniem. Dzięki połączeniu tego, co osobiste, prywatne i publiczne, jest to niezwykle szczera i wzruszająca podróż przez życie najbardziej utalentowanej artystki pokolenia- wyjątkowy pamiętnik autorstwa człowieka, który znał Amy najlepiej."

Ciekawie było czytać o życiu Amy z perspektywy jej ojca, który zawsze był blisko niej i patrzył jak jego córka stacza się coraz bardziej. Widział to, czego kobieta czasem nie była w stanie dostrzec, zaślepiona uzależnieniem. Wiem, że ich relacje wcale nie były takie kolorowe i usłane różami jak to zostało opisane w książce, ale nie zmienia to faktu, że dla rodzica każda zmiana zachodząca w dziecku, tym bardziej pod wpływem różnych środków takich jak alkohol, jest przerażająca, jest jak cios w serce.

Tak jak już mówiłam wcześniej, przed przeczytaniem książki niewiele wiedziałam o Amy, może prócz tego, że zmarła młodo i miała problemy z narkotykami i alkoholem. Po lekturze wnioskuję, że była jednocześnie szczęśliwym i nieszczęśliwym człowiekiem. Była pełna przeciwieństw i sprzeczności. Uwielbiała być w centrum uwagi, ale nienawidziła występować przed tłumami przez tremę, która ją zjadała, dosłownie( leczyła ją z czasem zwiększając ilość wypijanych przed występami drinków) i w przenośni. Była silna i słaba psychicznie, z jednymi sprawami radziła sobie bardzo dobrze, ale niektóre dawały jej w kość i odciskały na niej swoje piętno. Dużą rolę w jej życiu odegrała również jedna z przeważających cech jej charakteru. Amy była niezwykle upartą osobą i choć zazwyczaj pomagało jej to w dążeniu do celu, to niestety czasem działało to na jej niekorzyść.

,, Czyli jednak koniec. [...] Nasza córeczka odeszła..
Niedawno Richard pokazał mi jeden z podręczników Amy z 1995 roku [...]. To było niedługo po tym, jak wyprowadziłem się z domu... napisała, że tęskni za mną. 
Nie widziałem tego wcześniej.
Na ostatniej stronie w książce napisała: ,, Kocham by żyć... i żyję, by kochać".
Miała wówczas dwanaście lat.
Dobranoc, aniołku, śpij spokojnie.
Mamusia i tatuś bardzo cię kochają. ".

Amy to w pewnym sensie tragiczna postać.  Jasne, miała pieniądze, kochającą rodzinę, tłumy fanów i talent, ale również życiowego pecha i skłonności do uzależnień, z którymi jak wiemy przegrała. Może gdyby nigdy nie poznała Blake'a, jej życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Może osiągnęłaby jeszcze więcej, a może wykończyłaby ją trema i paparazzi. Możemy na ten temat tylko spekulować i zadawać sobie pytanie: Co by było gdyby?

Po tej biografii utwierdziłam się w przekonaniu, że wszystkie te "gwiazdy i sławy", tak uwielbiane przez fanów, nie różnią się kompletnie niczym od zwykłych ludzi. No, może ilością pieniędzy na koncie w banku. Każde z nich jest człowiekiem, jednostką borykającą się z różnymi problemami. Możemy udawać, że jest inaczej, robić z nich nie wiadomo kogo, wywyższać jak jakieś bóstwa, jednak prawda jest taka, że przeżywają takie same dramaty, co my. Oni dorastali, dążyli do upragnionego celu, aż w końcu go osiągnęli. Starają się żyć względnie normalnie ciesząc się tym, co wypracowali przez lata.
Oczywiście, pomijam osoby, które po prostu urodziły się z miliardem dolarów do zagospodarowania i nie muszą kompletnie nic robić, żeby żyć po królewsku.

Podsumowując, książka ta jest kolejnym przykładem na to, że cierpienie jest nieodłączną częścią ludzkiego życia, a także na to, że nie ważne jak bardzo różnimy się za życia, w obliczu śmierci jesteśmy równi. Nie istnieje podział na tych co umarli, bo byli mniej bogaci od tych, co żyją wieczność, bo mieli za co wykupić dodatkowy czas. Żaden człowiek nie wie, kiedy nadejdzie jego koniec. Możemy mieć tylko pewność, że śmierć przyjdzie do każdego i mieć nadzieję, że w przypadku nas i naszych bliskich nie nastąpi to szybko.



Wiem, że ten post był strasznie dołujący, ale co innego mogłam napisać po przeczytaniu dołującej książki?
Mimo tego, że nieraz uroniłam łzę podczas czytania, nie żałuję, że sięgnęłam po tę biografię, bo to naprawdę dobra książka. Uważam, że nawet jeśli nie jesteście wielbicielami muzyki (soul, jazz) jaką wykonywała Amy, powinniście przeczytać ,, Amy. Moja córka". Uwierzcie mi, nie będziecie żałować.

OCENA: 7/10









poniedziałek, 9 listopada 2015

#33: Eleonora i Park (Rainbow Rowell)- recenzja.

Hej! Przynoszę Wam dziś długo wyczekiwaną recenzję ,, Eleonory i Parka". Przepraszam, że robię to dopiero teraz, ale ja naprawdę mam coraz mniej czasu na pisanie bloga.
Wracając...
Książkę tą przeczytałam jeszcze w wakacje, czyli już jakiś czas temu. Jej recenzja miała się pojawić 12 października, ale jak wiecie u mnie wszystko jest przesuwane lub przekładane na później.

Oryginalny tytuł: Eleanor & Park
Autor: Rainbow Rowell
R.Wyd. ( PL) : 2015
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 358


Eleonora nie jest ,,z tych popularnych". Ma rude włosy, zazwyczaj dość oryginalny ubiór, poza tym jest niska i ma trochę więcej ciała niż reszta dziewczyn. 
Park jest jedynym Azjatą w szkole. Jest wysoki, chudy, ma miodowy odcień skóry i dobrze wygląda w czarnych ciuchach, które idealnie kontrastują z jego zielonymi oczami. 
Oboje pochodzą z dwóch różnych światów. Jeden rok szkolny udowodni im jednak, jak wiele ich łączy. Czy pozwolą sobie na uczucie, które powoli się między nimi tworzy? 

,, Przestał już przywoływać ją w pamięci. 
I tak pojawiała się wtedy, kiedy chciała: w snach, kłamstwach i nędznych deja vu.
[...] 
Eleonora...
Ta, która stała za nim, póki nie odwrócił głowy. Która leżała obok, póki się nie obudził. Która sprawiała, że wszyscy inni wydawali się wyblakli i płascy, nigdy nie dość dobrzy. 
Eleonora, która wszystko popsuła.
Eleonora, która odeszła.
Przestał już przywoływać w pamięci. "

Niesamowita powieść. Ja jej nie przeczytałam, ja ją wciągnęłam! Jak makaron ze spaghetti! Pochłonęła mnie całkowicie. Po skończeniu jej długi czas zastanawiałam się, dlaczego to już koniec, czemu moja przygoda z nią nie mogła trwać dłużej. Książka faktycznie odrobinę przypomina ,,Romea i Julię", ale nie jest aż tak.. irytująca i sztuczna jak oryginał, z czego się bardzo cieszę, bo nienawidzę tego dramatu. 
To kolejna młodzieżówka poruszająca temat dręczenia w szkole osób innych, w jakiś sposób wyróżniających się. Nie będę się bardzo rozwodzić na ten temat, zrobiłam to już w innym poście. Powiem tylko, że przeżyłam to, co Eleonora i miliardy innych dzieciaków. Nie wiem, czy dla niektórych doprowadzenie kogoś do płaczu, zniszczenie go psychicznie jest takie fajne, cool, ekstra, czy jakby to inaczej nazwać, ale jak dla mnie jest to po prostu objaw okrucieństwa wobec drugiego człowieka. Uważam również, że szkoły nie przykładają należytej wagi do takich sytuacji. Wielu nauczycieli udaje, że się nic nie dzieje i zaczynają działać dopiero, gdy ktoś spróbuje popełnić samobójstwo. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to jest po prostu CHORE!

Teraz coś o bohaterach.
Park w wielu aspektach przypominał mi Nico di Angelo, może dzięki temu tak bardzo go polubiłam. Przez większą część książki tak bardzo współczułam Eleonorze, jej matce i rodzeństwu. Żyli z psychopatą! Zastanawiałam się, dlaczego nie poszli na policję i nie przyznali się do swojej sytuacji. Albo inaczej. Dlaczego policja, mimo tego, że zgłaszano im niejednokrotnie, że dzieje się coś złego nie zareagowała, nie przyjrzała się sprawie bliżej? Nawiązując do tego, co przed chwilą napisałam, dodam coś jeszcze- nie rozumiem dlaczego tak rzadko wierzy się dzieciom. Przecież to właśnie one najczęściej mówią prawdę! Kłamstwo jest przypisane do dorosłości. 
Eleonora miała dokładnie ten sam dylemat, co Ania Shirley, obie zadawały sobie pytanie: dlaczego ich włosy są rude, a nie np. blond albo czarne. Wiecie co? Zawsze mnie to zastanawiało. Te kilka rudych osób, które znam, wszystkie bez wyjątku żałują, że mają ten kolor włosów. Ja za to zawsze chciałam być ruda! Moje największe marzenie- mieć kręcone, rude włosy. Przecież rude włosy są równoznaczne z byciem oryginalnym, tak mało jest naturalnie rudych osób!   
Mieliście kiedyś coś takiego, że nienawidziliście jakiegoś bohatera najbardziej na świecie i aż się w was gotowało, gdy pojawiał się na kartach książki? Pewnie mieliście, ale i tak pytam. No cóż, ja tak miałam z Richiem- ojczymem głównej bohaterki. Jak tylko natrafiałam na jego imię na którejś stronie, już szykowałam moje widły i pochodnię. Jestem przekonana, że gdyby ktoś w takim momencie krzyknął: Chodźcie ludzie! Idziemy spuścić łomot i spalić na stosie tamtego typa! poszłabym za nim. 
Przez pewien nieokreślony czas nienawidziłam również Tiny- głównego dręczyciela Eleonory. Pod koniec książki zrobiła jednak coś, przez co już nie wiedziałam, czy dalej ma być moim wrogiem numer jeden, czy może mam ją zacząć lubić. Miałam totalny mętlik w głowie. 

Myślę, że tym razem nie muszę pisać podsumowania. To, co chciałam Wam przekazać, napisałam już wcześniej. 
Zdecydowanie polecam tę książkę, choć wiem, że nie wszystkim się spodoba. Mam jednak nadzieję, że pokochacie ją w równym stopniu, co ja.

OCENA: 8/10 



                   
 


 

poniedziałek, 26 października 2015

#32: Girl Online (Zoe Sugg)- recenzja

Witajcie! Muszę wreszcie zacząć nadrabiać pisanie, bo w moim tempie czytelniczym notatek do recenzji będzie mi starczyło na lata.  Tylko jak tu znaleźć na to czas?
Przychodzę do Was dziś z recenzją jednej z moich ulubionych książek- Girl Online autorstwa jednej z brytyjskich vlogerek, znanej jako Zoella.

Penny jest zwykłą dziewczyną, ze zwykłymi problemami i nie całkowicie zwykłym pechem. Żeby uciec przed szarą rzeczywistością, pisze bloga o sobie, swoich przemyśleniach, dramatach, rodzinie i innych typowo-nastolatkowych rzeczach.
Kiedy jednak sprawy w życiu Penny przybierają zadziwiająco zły obrót, rodzice postanawiają zabrać ją ze sobą do Nowego Jorku na święta, by mogła odsapnąć od codziennych zmartwień. Nikt nie spodziewa się, że dziewczyna całkiem przypadkiem pozna tam chłopaka, który wywróci jej życie do góry nogami.

,, Dziesięć najważniejszych powodów do stresu dla nastolatek
1. Przez cały czas masz wyglądać idealnie.
2. A twoje hormony własnie postanawiają zacząć świrować. 
3. Co odznacza, że nigdy w życiu nie miałaś więcej pryszczy ( przez co punkt 1 staje się niemożliwy do spełnienia!)
4. I to w momencie, kiedy po raz pierwszy w życiu możesz kupować sobie czekoladę, kiedy tylko chcesz ( co jeszcze bardziej pogarsza sytuację z punktu 3!)
5. Nagle wszyscy zaczynają zwracać uwagę na to, jak się ubierasz.
6. A ubierać też masz się idealnie. 
7. I oprócz tego umieć pozować jak supermodelka.
8. Żeby móc strzelić sobie selfie w stylizacji dnia.
9. Które wrzucisz później do internetu, żeby mogli je zobaczyć wszyscy twoi znajomi.
10. Oprócz tego masz być niesamowicie atrakcyjna dla płci przeciwnej (zmagając się równocześnie z punktami 1-9!)"


Tak wiem, że to długi cytat, ale niesamowicie się z nim zgadzam i chciałam, żebyście go poznali. Wracając już do recenzji...
,, Girl Online" to książka słodka, ale nie przesłodzona, lekka, przyjemna, idealna na poprawę humoru. Z początku martwiłam się, że Zoe zmieni ją w kolejny beznadziejny harlekin z trójkątem miłosnym w roli głównej, ale ku mojemu zaskoczeniu najlepszego przyjaciela Penny uczyniła gejem, dzięki czemu wykluczyła go z gry. Nawet nie wiecie jak bardzo ucieszył mnie ten fakt! Mimo, że książka jest prosta i nie ma skomplikowanej fabuły, to przekazuje czytelnikom bardzo ważną wiadomość: Uważajcie, co udostępniacie na widok publiczny, bo wszystko, co raz do internetów zostało wrzucone, już zawsze po internetach krążyło będzie. Cała opowieść jest jednym wielkim marzeniem, mało realistycznym i wątpliwym w realizacji, a jednak takim, które chcielibyśmy (głównie chciałybyśmy) , żeby się spełniło. No powiedzcie, czy wersja: dziewczyna z największym pechem świata wyjeżdża na święta do miasta, które nigdy nie śpi i poznaje tam wspaniałego chłopaka, niewiele od niej starszego muzyka, nie jest lepsza niż: biedna dziewczyna siedziała w domu gnębiona przez wrednych ludzi na facebooku, płacząc nad swoją nieudolnością i pryszczatą cerą, podjadając kilogramy ciastek, mając na sobie dresy, bo w jeansy nie była w stanie się już wcisnąć? Jak dla mnie wersja druga jest strasznie pesymistyczna. Co jeszcze... Okładka sugeruje, że jest to powieść typowo wakacyjna, choć jej fabuła rozgrywa się w zimie. Dziwne, nie?

Dobra, przyszedł czas na bohaterów. Już od samego początku czytelnikowi zostaje wyjaśnione kto jest dobry, a kto powinien spłonąć na stosie. Postacie mają bardzo wyraźnie zarysowane charaktery. Niestety, wszyscy są strasznie, dobijająco szablonowi: mamy tu główną bohaterkę- szarą myszkę, jej fałszywą najlepszą przyjaciółkę- wrednego, złego do szpiku kości plastika, najlepszego przyjaciela- geja, którego ojciec nie może zaakceptować, chłopaka, w którym Penny się podkochuje- typowego lalusia, Chodzące Selfie ,a na dodatek jeszcze młodego artystę, w którym dziewczyna się w końcu zakochuje, który rozumie ją jak nikt, akceptuje ją całkowicie taką jaką jest. Poza tym jest miły, uroczy, jest dżentelmenem i romantykiem. No same superlatywy!
Wiecie, myślałam, że to ja mam pecha ( tego samego dnia zleciałam ze schodów, zdarłam oba kolana na kamieniach i rozwaliłam telefon), ale Penny bije mnie na głowę! Już nie będę podawała przykładów, bo chyba bym padła ze śmiechu.
Ze wszystkich postaci najbardziej polubiłam Elliota, który jest po prostu genialnym bohaterem! Jest pogodny, pomocny w każdej chwili, oryginalny, szczery i.. prawdziwy. Tak jak już pisałam w którymś tam poście ( już nie pamiętam, w którym), kiedy czytałam o Elliocie przed oczami cały czas pojawiał mi się obraz chłopaka poznanego na obozie wokalnym, który jest uderzająco do Elliota podobny zarówno wyglądem ( moje wyobrażenie, nie czepiać się), jak i charakterem oraz zachowaniem. Dostałam pozwolenie na ukazanie wam jego zdjęcia:



Podsumowując, jak widzicie książka ta nie ma ( prawie) żadnych minusów. Naprawdę polecam ją Wam jeśli chcecie przeczytać coś, co was odstresuje, przy czym nie trzeba za wiele myśleć. Przepraszam za nadużycie nawiasów, ale tak jakoś mi tutaj pasowały :D
Zanim skończę, chciałabym tylko dodać, że najbardziej rozpiernicza system jedna z ostatnich scen i bardzo chętnie bym Wam ją zaspojlerowała, ale z dobrego serca tego nie zrobię. Buhahahahahaha !!!

Ocena: 8/10





poniedziałek, 12 października 2015

#31: Czarodzieje (Lev Grossman)- recenzja.

Hej! Co tam u moich drogich czytelników? Też macie śnieg za oknem, czy tylko u mnie takie anomalie pogodowe jak śnieg w październiku?
Postanowiłam dziś rano, że wstawię wreszcie tę nieszczęsną recenzję ,, Czarodziei " Lev'a Grossmana. Dlaczego nieszczęsną? Zaraz się dowiecie.

Zanim zacznę opisywać fabułę, chciałabym wspomnieć jak wiele oczekiwałam od tej książki. Nie tylko ze względu na fabułę, ale również na bohaterów, czy też... miałam nadzieję po prostu, że ocena 5/10 na Lubimy Czytać jest bezpodstawna. No niestety, jak się okazało- oczekiwania, a rzeczywistość to dwie różne sprawy.

,, Zabawne, jakie łatwe wszystko się staje, kiedy nic nie ma znaczenia"

Nastoletni Quentin nie jest szczęśliwy z tego jak wygląda jego życie, ale uważa, że wygrywanie wszelkich naukowych konkursów i świadomość niesamowicie wysokiej inteligencji to wszystko, co przygotował dla niego los. Pewnego dnia jednak trafia do dziwnej szkoły - Szkoły Magii jak się później dowiaduje. Rozpoczyna naukę na niezwykle prestiżowej uczelni, po skończeniu której ma nadzieję zostać Czarodziejem.
Znajoma fabuła?

,, Jednym słowem była dokładnie tak irytująca, jak tylko irytujący może być przyjaciel i nadal pozostać przyjacielem, ale Quentin nigdy się z nią nie nudził. Okazała się niezwykle lojalna, a jeśli bywała wstrętna, to tylko dlatego, że miała takie czułe serce- łamało jej się łatwo, kiedy zaś czuła się zraniona, odpowiadała atakiem. Dręczyła wszystkich wokoło, lecz tylko dlatego, że sama była udręczona najbardziej. "

Zaprawdę powiadam Wam, to naprawdę okropna książka. Początek zapowiadał się świetnie, ale potem było już tylko gorzej. Powieść ta jest niczym innym, jak niezwykle głupim i nieudanym połączeniem Harry'ego Pottera i Opowieści z Narnii, równo po połowie. Sama Szkoła Magii nie wyróżnia się kompletnie niczym spośród innych, totalnie zwyczajnych collage'y. No, może tylko tym, że uczą tam używania magii w najbardziej zwykłych czynnościach takich jak wbijanie gwoździ.
Bohaterowie są irytujący, nijacy i mdli mnie na samo ich wspomnienie. Ich myśli zaprzątają takie pytania jak:
Ile alkoholu dam radę wypić? Co zrobić, żeby przelecieć jedną osobę tak, żeby ta druga się o tym nie dowiedziała? Czytelnik ma szansę dowiedzieć się z tej powieści, że bycie czarodziejem jest równoznaczne z nudnym życiem, uzależnieniami i nieudanym przyszłym małżeństwem. I szaleństwem, tak na dokładkę.
Realia przedstawione w książce to nie świat czarów, przyjaźni i walki dobra ze złem jak we wspomnianym wcześniej Harrym Potterze. To czarno- biały świat kompletnie bezsensownych  sytuacji, zachowań, ignorancji, alkoholu i seksu. Dodatkowo, okropny i utrudniający czytanie styl pisania autora.

Podsumowując...
Aż brak mi słów. Nawet nie macie pojęcia jak bardzo żałuję, że się w ogóle za to COŚ zabrałam. A wiecie co jest najgorsze?

1) Przeczytałam prawie całych ,, Czarodziejów", zostało mi ledwo 80 stron do końca. Biedna ja, cały czas miała nadzieję , że ,, będzie lepiej" .

2) Posiadam drugą część, którą w końcu będę musiała zrecenzować.


WHY?!?!?!?!?!?!?!



Ocena: 5/10 za okładkę



czwartek, 24 września 2015

#30: Park Jurajski ( Michael Crichton)- recenzja

Hej! Co tam u Was? Cieszycie się z oficjalnego przejścia z lata w jesień? Ja tak i to bardzo :)
Ale nie o tym miałam mówić.

  Przychodzę do Was z recenzją książki, na którą czaiłam się już bardzo długi czas. Oczywiście, dzięki biblioteczce Biedronki ( bo jakże by inaczej) w końcu dorwałam ją w swoje szpony ;D Mowa tu o ,, Parku Jurajskim" autorstwa Michaela Crichtona.

Na małej wyspie leżącej nieopodal Kostaryki miliarder John Hammond stworzył park, jakiego nikt jeszcze do tej pory nie widział. Jego największą atrakcją były żywe dinozaury, zarówno te roślino- , jak i mięsożerne. Miał on zostać otwarty dla zwiedzających w ciągu najbliższego roku.
Niestety, z wyspy jakimś cudem wydostały się jaszczurko-podobne drapieżniki i zaczęły siać postrach na kostarykańskim wybrzeżu. Do parku została sprowadzona grupa naukowców, która miała za zadanie dowiedzieć się, dlaczego dinozaury próbują uciec. Nie wiedzieli jednak, że to, co tam przeżyją, zapamiętają do końca życia.

   ,,W pewnej odległości znajdowało się nietypowe wysokie drzewo, wyrastające ponad palmy. Nie miało liści, tylko sam gładko wyginający się pień. Nagle ten pień poruszył się... i obrócił, żeby spojrzeć na przybyszów. Wtedy Alan zrozumiał, że to wcale nie drzewo. 
   Miał przed oczami smukłą, pełną gracji szyję gigantycznego zwierzęcia, wysokiego na jakieś piętnaście metrów!
   Patrzył na dinozaura. "


   Znów nie mam pojęcia, co powiedzieć o książce, dlatego też będę mieszała plusy z minusami.        " Park Jurajski" był ciekawy, wciągający, dopracowany pod każdym względem, nieprzewidywalny    i momentami przerażający. Mimo, że bohaterów nie było aż tak wielu, mniej więcej w połowie pogubiłam się w tym kto jest kim. Książka zawiera bardzo dużo filozoficznych rozważań na różne tematy. Czasem idealnie wpasowywały się w sytuację, ale momentami były czymś totalnie niepotrzebnym, co spokojnie można było wyrzucić w procesie redagowania.Co jeszcze.. .  długo budowane napięcie bardzo szybko znikało przez dowcipne dialogi, które fakt faktem czasami były nie na miejscu.
   Nie wiem, może tylko ja odniosłam takie wrażenie, ale jest jedna rzecz, której w książce było zdecydowanie za mało- dinozaurów. Rozumiem, że żeby fabuła miała sens i była spójna należy ją uzupełniać nudnymi dialogami i kombinowaniem przy komputerach... no ale bez przesady! To jest Park Jurajski!
   Niesamowity styl autora niestety nie pomógł i jakoś nie mogłam sobie wyobrazić pewnych rzeczy.  Książka zdecydowanie jest gorsza od swojej ekranizacji . Jeśli oglądaliście film na pewno pamiętacie przepiękną scenę... o właśnie tą:



Taaa.. no właśnie. Oprócz tego fragmentu z brachiozaurem ( z tym dużym piętnastometrowym), tej sceny na próżno szukać w powieści. A jest taka piękna :(

 Podoba mi się przesłanie tej książki, że zbytnia ingerencja w środowisko przyrodnicze i zabawa w Boga nigdy nie prowadzi do czegoś dobrego. Każde nasze działanie niesie również ze sobą konsekwencje , które czasem mogą nie wyjść nam na dobre. Musimy zrozumieć, że to nie my panujemy nad przyrodą, tylko ona nad nami. Jeśli będziemy jej zagrażali, usunie nas z powierzchni Ziemi, znikniemy równie szybko jak dinozaury.

Dziś obędzie się bez podsumowania. Wszystko, co miałam do powiedzenia na ten temat już powiedziałam.

OCENA:  7/10

poniedziałek, 14 września 2015

#29: Maximum Ride: Żegnaj szkoło- na zawsze ( James Patterson)

Witajcie! Wiem, że tą recenzję powinnam wstawić już dawno, ale jakoś nie miałam weny do pisania.
Zanim zacznę chciałabym Was powiadomić o pewnym dość ważnym fakcie:
" Żegnaj szkoło..." niewiele rożni się od jej poprzedniczki. Tak samo jest z moimi odczuciami względem obu części. Nie chcę się powtarzać, dlatego to, co zaraz napiszę będzie tylko uzupełnieniem mojej opinii o poprzednim tomie serii o Max.

                               ( no nie mogłam się powstrzymać, takie ładne to zdjęcie wyszło :D )



Teraz już naprawdę możemy zaczynać :D

  Szóstka naszych bohaterów znów wyrusza na poszukiwanie własnego ja. Tym razem jednak wpadają w ręce FBI. Ku ich zdziwieniu zostaje im przedstawiona propozycja nie do odrzucenia- jedna z funkcjonariuszek chce się nimi zająć, dać im dom, jedzenie, a przede wszystkim zapewnić bezpieczeństwo. Jak postąpią dzieci? Zamieszkają z Anne, czy postanowią działać na własną rękę?

,, Wiem, wiem. Jestem potworem. Nie żeby nie było mi ich żal. Było. Ale ceniłam nasze życie bardziej niż ich. Wiem, że teraz wiele osób powie: ależ każde życie jest bezcenne, każde jest tak samo ważne. I może jest. W jakiejś baśniowej krainie. Ale tu był świat realny, moje stado i ja byliśmy ściganą zwierzyną, a te gnojki na nas doniosły. Prosta sprawa. Zdziwilibyście się, jak często w moim życiu liczą się tylko proste sprawy. "

  Autor i tym razem nie zawiódł. Wciąż możemy oczekiwać dynamicznej akcji, pokręconej fabuły i wspaniałych, choć dziwacznych bohaterów. W tej części dzieje się mniej niż w poprzedniej, ale to wcale nie znaczy, że książka jest w jakimkolwiek stopniu nudniejsza. Wręcz przeciwnie, powiedziałabym nawet, że spokojniejsze momenty ułatwiają czytanie, dają możliwość chwilowego odpoczynku.
  Kiedy Max i jej przyszywane rodzeństwo trafili do Anne ( przepraszam za spojler) od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie wiem skąd, po prostu to czułam. Myślę, że winę ponosi za to klimat powieści. Główna bohaterka stara się wszystkich chronić i przez to popada w lekką paranoję- wszędzie widzi zagrożenie. Kiedy czytałam, starałam się jak najbardziej wczuć w bohaterów, BYĆ nimi. Doprowadziło to do tego, że zaczęłam się zachowywać jak Max i sama obsesyjnie szukałam śladów wrogości ze strony innych postaci, by móc wreszcie zakrzyknąć: Ha! Miałam rację! Wy wszyscy jesteście źli!
  Tak z innej beczki. Zauważyliście, że zawsze, gdy w książkach, czy filmach do akcji wkracza policja lub inne służby tego typu, sprawy komplikują się jeszcze bardziej, a wszyscy bohaterowie pogrążają się w jeszcze większym bagnie niż przedtem? Nie dziw, że nikt później nie ufa funkcjonariuszom, skoro przedstawiani są w tak... głupi sposób!
  Wracając, kwestia uczuć między Arim ( najbardziej irytująca postać, totalny czarny charakter), a Max staje się coraz dziwniejsza. Trudno pisać o tym tak, żeby nie zdradzać szczegółów fabularnych, dlatego ograniczę się do tego jednego zdania.
  Zakończenie mnie totalnie rozczarowało- było nudne, zwyczajne i aż do bólu przewidywalne.

Podsumowując, książka była naprawdę niezła, ale nie na tyle, żeby zachęcić mnie do sięgnięcia po kolejną część. Bohaterowie i cała fabuła po prostu zaczęli mnie nudzić. Nie wiem, może jeszcze kiedyś, w dalekiej przyszłości dowiem się co było dalej, ale jak na razie daję sobie spokój.
Wielki plus za okładkę, która ma prześliczną kolorystykę i w reszcie przypadła mi do gustu!!!

Ocena: 7/10 





poniedziałek, 17 sierpnia 2015

#28: Lato drugiej szansy( Morgan Matson) - recenzja

Witajcie! Wierzcie mi, już dawno wstawiłabym jakiegoś nowego posta, ale mam mały problem z telefonem. Wyobraźcie sobie, że schodząc po schodach potknęłam się, poleciałam do przodu, a komórką zawładnęła ciemność.
Przez to nie mogłam sprawdzić ilości wyświetleń i dlatego dopiero teraz zorientowałam się, że ich liczba przekroczyła 10 000!!! To dzięki Wam, moim czytelnikom, udało się dobić tak pokaźnej sumy! Bardzo, ale to bardzo Wam dziękuję, że jesteście ze mną, czytacie moje wypociny, komentujecie je ( i to w dodatku tak miło), stajecie się obserwatorami mojego bloga. To dla Was piszę :)
Chcę Wam jeszcze raz , z całego serca podziękować i ogłosić, że w ramach tych podziękowań szykuję mały konkurs.
Ale o tym kiedy indziej...

Dobrze, przejdę już do recenzji, bo w końcu nie zdążę przed północą.

"Lato drugiej szansy" trafiło do mnie niechcący, przez przypadek- na chybił trafił wybrałam książkę z półki w bibliotece. Przeczytałam ją dopiero teraz, choć na polskim rynku literackim pojawiła się w kwietniu 2014 roku. Wydało ją wydawnictwo Jaguar.

Taylor Edwards zawsze czuła się w swojej rodzinie jak kosmitka. Brat- geniusz, siostra-urodzona baletnica i ona- zwyczajna, przeciętna siedemnastolatka. Jedyną osobą, która ją rozumiała, był jej ojciec.
W dniu swoich urodzin, dziewczyna dowiaduje się o jego ciężkiej chorobie. Wraz z rodzicami i rodzeństwem wyjeżdża do domku nad jeziorem, gdzie w spokojnej atmosferze zamierzają spędzić ostatnie wspólne trzy miesiące. Niestety, to miejsce przywołuje wspomnienia, o których Taylor wolałaby zapomnieć.

,,Dopiero teraz, kiedy dni spędzane z moim ojcem nieoczekiwanie stały się policzone, uświadomiłam sobie, jak cenne były te wspomnienia. Tysiące chwil, które traktowałam jako coś oczywistego, przede wszystkim dlatego, że zawsze zakładałam, że będą ich jeszcze kolejne tysiące. "

Lekka, przyjemna lekturka, idealna na wakacje, jednocześnie podejmująca ważne i życiowe tematy. Ciekawy sposób pisania autorki pozwala wczuć się w tę historię, w sytuację bohaterów, zrozumieć trudności, jakie przed nimi postawiło życie. Książka przekazuje wiele wartości. Uczy, że nie można uciekać od przeszkód, trzeba je pokonywać. Uświadamia, że powinniśmy się cieszyć z tego, co daje nam los, z każdej danej chwili, bo nigdy nie wiemy ile czasu nam jeszcze zostało. Przywiązałam się do bohaterów, dlatego było mi smutno, gdy im coś nie wychodziło, coś nie szło po ich myśli. Chyba najbardziej zżyłam się z ojcem głównej bohaterki, dlatego ryczałam jak bóbr kiedy umarł. Bardzo zaimponowała mi również jej matka, która w obliczu ciężkiej choroby męża zachowała zimną krew i trzeźwy umysł. Mało kto potrafi utrzymać emocje na wodzy w takiej chwili.

Trochę szkoda, że wątek choroby poruszano tak rzadko, czyniąc z niego jedynie tło dla innych wątków. Niekiedy niepotrzebnie autorka skupia się na błahych sprawach, długo i rozlegle opisując na przykład psa, zamiast wracać do tego, co jest naprawdę ważne. Fabuła jest wielowątkowa i tu pojawia się problem- żaden wątek nie jest tym głównym. Pani Morgan nie poradziła sobie z tak dużą ich ilością. W wyniku nieudolnej próby ratowania sytuacji historia stała się płaska i powierzchowna.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której do tej pory nie napisałam- o samej Taylor. Jest to jedna z najgorszych, najbardziej beznadziejnych postaci literackich wszech czasów. Brak wyraźnego charakteru i jakiegokolwiek celu w życiu. Bohaterka nieodpowiedzialna, mało rozgarnięta , nierozważna.... uff, aż się zdenerwowałam. Wierzcie mi, to co o niej napisałam to dopiero 1/10 cech, które mogłabym wymienić. I chętnie bym to zrobiła, gdybym nie była tak strasznie zmęczona.

Podsumowując, autorka nie wykorzystała potencjału tej powieści. Mogła pełniej przedstawić relacje między postaciami, bardziej rozwinąć wszystkie wątki...
Właśnie, mogła, ale tego nie zrobiła. Dlatego też "Lato drugiej szansy" otrzymuje ode mnie tylko sześć gwiazdek.
Jednakże, mimo tak wielu, wielu, wielu minusów książkę przyjemnie się czytało i jestem pewna, że wśród Was znajdą się ci, którym ta publikacja przypadnie do gustu w równym stopniu, co mnie.

Ocena: 6/10




wtorek, 21 lipca 2015

#27: Osobliwy dom Pani Peregrine ( Ransom Riggs)- recenzja

Witajcie!
Przychodzę do Was dziś z recenzją książki, na której temat słyszałam same dobre rzeczy. Mowa tu oczywiście o "Osobliwym domu Pani Peregrine". Pierwszy raz polscy czytelnicy mieli szansę zetknąć się z nią dobre kilka lat temu- 7 listopada 2012 roku, nakładem wydawnictwa Media Rodzina.

Kiedy Jacob był mały, dziadek opowiadał mu wspaniałe historie o ukrytym przed światem sierocińcu, jego osobliwych mieszkańcach i czuwającym nad wszystkim Ptaszyskiem. Pokazywał mu stare zdjęcia przedstawiające dzieci o niezwykłych zdolnościach, podsycając w chłopcu chęć zostania odkrywcą. W końcu jednak Jake dorósł. Przestał wierzyć w opowieści dziadka, mając o nich mniemanie takie jak o Świętym Mikołaju,czy Zającu Wielkanocnym. Przez długi czas żył swoim nudnym, sterowanym przez rodziców życiem. Pewnego dnia jednak stało się coś, co wywróciło świat chłopca do góry nogami.
W niewyjaśnionych okolicznościach ginie jego dziadek, a jedyną osobą, która widziała mordercę- potwora rodem z dziadkowych baśni, jest Jacob. Chłopiec wyrusza na wyprawę, próbując dowiedzieć się, co tak naprawdę skrywał dziadek Abraham.  Co z jego historii było prawdą, a co kłamstwem?

 ,, Osobliwe dzieci jedno po drugim wstawały z krzeseł na widowni i wchodziły na scenę, żeby zademonstrować swoje umiejętności. Millard ściągnął z siebie ubranie i całkiem niewidzialny żonglował szklanymi butelkami. Olive zdjęła ołowiane buty i wykonała serię przeczących prawu grawitacji ćwiczeń gimnastycznych na poręczach. Emma wznieciła ogień, połknęła go i potem wydmuchała, ani trochę się przy tym nie parząc. Biłem brawo z takim zapałem, że niewiele brakowało, a moje dłonie pokryłyby się bąblami. "

Wciągająca, lekka powieść, którą czyta się w ekspresowym tempie . Cały klimat tej powieści budują stare zdjęcia, budzące niepokój, może nawet strach.  Co do bohaterów, nie mam się do czego przyczepić. Są dobrze wykreowani, choć nie tak dobrze jakby mogli być, gdyby wszystko toczyło się w o l n i e j.
Zadziwia mnie sam pomysł na książkę. Niecodzienny temat, genialnie wymyślona rzeczywistość ( i jedna, i druga) i mroczna tajemnica to przepis na międzynarodowy bestseller. Wyraźnie widać, że autor ma gotowy pomysł już na całą serię, nie gubi się w tym, o czym pisze, nie błądzi po labiryncie własnej wyobraźni. Zdecydowanie zagłębia się w swój świat, wprowadzając w niego czytelnika, nieraz wzbudzając ciekawość, ale też pewną obawę o to, co będzie dalej.
Pan Riggs porusza w powieści ważny temat gorszego traktowania ludzi niezwykłych. Już nie chodzi mi o jakieś nierealne rzeczy takie jak supermoce. Chodzi tu o problem ludzi innych, mających inne poglądy, talenty lub zainteresowania od przeciętnych osób. Zazwyczaj takie jednostki są odsuwane, umieszczane poza marginesem szarego, nudnego społeczeństwa. A przecież to dobrze, że jesteśmy różni. Każdy z nas jest na swój sposób inny. To właśnie ta inność czyni człowieka wyjątkowym.



Książka dopracowana pod wieloma względami. Mimo to nie zawładnęła mną tak, jak tego oczekiwałam. Nie wywołała we mnie jakichś większych emocji, ani razu nie wydobył się z mojego gardła okrzyk zachwytu jak to było w przypadku "Cyrku Nocy". Myślę, że wybrałam złą porę na jej przeczytanie. To książka idealna na ponure popołudnia lub wieczory, a nie letnie, słoneczne dni. To chyba dlatego nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jakiego się spodziewałam. Fabuła bardzo szybko się toczy i tu jest problem. Według mnie cała historia rozwija się odrobinę zbyt prędko. Nie miałam czasu się wczuć i dobrze wciągnąć w dany moment, w kolejną zagadkę, bo chwilę później była rozwiązywana. Można powiedzieć, że prawie obojętnie przechodziłam do kolejnych rozdziałów zastanawiając się, jak autor postanowi to zakończyć. Samo zakończenie podobało mi się chyba najbardziej, choć i tak nie było ono jakimś wielkim zaskoczeniem. Powieść kończy się w momencie, który wymusza na czytelniku przeczytanie kolejnego tomu, pozostawiając kilka niedopowiedzeń, nierozwiązaną ( kolejną) tajemnicę i niedosyt, ogromny niedosyt.

Podsumowując, polecam tę książkę ze względu na jej tajemniczość i osobliwy charakter, a także lekki styl pisania autora. Była to chyba najszybciej przeczytana przeze mnie książka zawierająca więcej niż trzysta stron!

OCENA: 7/10




poniedziałek, 6 lipca 2015

#26: Cyrk Nocy ( Erin Morgenstern) - recenzja.

Witajcie! Pierwszy raz będę miała problem z napisaniem recenzji. Widzicie, brak mi słów ,gdy książka jest zbyt dobra lub totalnie nie do zniesienia. Która opcja pasuje do "Cyrku Nocy" Erin Morgenstern? Zaraz się przekonacie.
Powieść pojawiła się na polskim rynku w 2012 roku, wydana przez Świat Książki. Ja usłyszałam o niej mniej więcej pół roku temu, gdy recenzował ją któryś z blogerów. Musiałam poczekać kolejne kilka miesięcy, by móc wreszcie się za nią zabrać i zrozumieć, o co było tyle szumu.

Wiele lat temu dwóch iluzjonistów postanowiło rozstrzygnąć, która metoda nauki władania magią jest lepsza. W tym celu każdy wystawił swojego zawodnika i zatajając przed nim tożsamość przeciwnika, przygotowywał go do ostatecznej rozgrywki.
 Jakiś czas później, pewien londyński reżyser Chandresh Lafevre wraz z grupą zaufanych specjalistów z różnych dziedzin założył cyrk. Jeździł z nim po całym świecie, znikając z danego miejsca równie nieoczekiwanie, jak się pojawiał. Nikt nie spodziewał się, że cyrk może być czymś więcej niż zbitkiem czarno-białych namiotów i tajemniczej aury...

,, Na początku światła tworzą przypadkowe wzory. Ale w miarę, jak zapalają się następne, wyraźnie układają się w litery. Pierwsze wyłania się C, potem inne. Jest wśród nich, o dziwo,q, i kilka e. Kiedy ostatnia żarówka zapala się z trzaskiem, a dym i iskry się rozpraszają, ten misterny, lśniący napis nabiera sensu. Wychylasz się w lewo, żeby lepiej się przyjrzeć, i czytasz:
Le Cirque des Reves
[...]
Wtedy żelazna brama drży i się otwiera, jakby wiedziona własną wolą. Wrota rozwierają się zapraszająco.
Cyrk jest otwarty.
Możesz wejść."

Autorka wolno i subtelnie wprowadza czytelnika w świat przez nią wykreowany. Śmiało można by powiedzieć, że czaruje słowami. Udaje jej się wprowadzić do rzeczywistości przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku cyrk, który wydaje się z niej wyrwany. Znajduje się poza czasem, niezmienny i enigmatyczny. To w nim można spotkać niemożliwie rozciągniętą kobietę gumę, zwinne kociaki, wspaniałych akrobatów, czy też iluzjonistkę, której iluzje zdają się zadziwiająco prawdziwe.
Fabuła toczy się powoli, a mimo to wciąga, niesamowicie wciąga. Jest nieprzewidywalna, zaskakuje każdym kolejnym rozdziałem, każdą przeczytaną stroną. Trzyma w napięciu, w oczekiwaniu na to, co będzie dalej. Czytając, czuje się wszechobecną magię, która oczarowuje, zawraca w głowie i w jakiś niewyjaśniony sposób przenosi nas w świat marzeń i wyobraźni. Sprawia, że czujemy się jak jedni z bohaterów, a nie bierni obserwatorzy. Możemy wczuć się w tę historię, a jeśli pozwolimy jej się pochłonąć, mamy pewność, że po drugiej stronie czeka nas niezwykła przygoda.
Genialnie poprowadzony wątek romantyczny rozwija się delikatnie, a nie nachalnie. Mimo że książkę reklamuje się jako romans, miłość Marka i Celii jest jedynie tłem dla głównej opowieści.
Książki tej nie da się przeczytać na raz. Jest jak dobre ciasto- chcesz coś zostawić na później, by móc dłużej się delektować smakiem. 
Podczas czytania nasuwało mi się skojarzenie z Cirque du Soleil, a raczej z tym, co sobą reprezentuje- fantazję, nieziemskość, bezkres ludzkiej wyobraźni, a także sztukę cyrkową na najwyższym poziomie. To samo cechuje Cyrk Snów, dodatkowo sugerując nazwą, że tylko w nim sny mogą się ziścić.

Podsumowując, "Cyrk Nocy" to powieść uniwersalna, intrygująca i prawdziwie magiczna. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie- w książce zawarta jest tajemnica, romans, delikatny kryminał i wiele, wiele innych rzeczy. Polecam ją każdej osobie!

Ocena: 8/10


 

piątek, 19 czerwca 2015

#25: Szukając Alaski- recenzja

Hej! Od dziś będę pisała recenzje w odrobinie innej formie niż ostatnio. Musicie mi wybaczyć ciągłe zmiany, ale eksperymentuję sprawdzając, który sposób pisania najbardziej mi odpowiada.
Nie przedłużając...

Przychodzę do Was dziś z książką, względem której miałam bardzo wysokie wymagania. Przeczytałam wiele pozytywnych wypowiedzi na jej temat, co było pierwszym i głównym czynnikiem, który skłonił mnie do przeczytania tej powieści. Drugim była obietnica złożona samej sobie, że przeczytam wszystkie napisane do tej pory książki autorstwa Johna Greena, poczynając od tej. Mowa tu o ,,Szukając Alaski", czyli powieści, od której dosłownie wszystko się zaczęło. Gdyby nie ona, John nie napisałby przepięknej historii miłosnej Gusa i Hazel. Czy jest ona jednak tak dobra, by porównywać ją do ,, Gwiazd naszych wina"? Zaraz się dowiecie.

Historia rozpoczyna się w momencie, w którym Miles postanawia opuścić rodzinne miasto i rozpocząć nowe życie, uczęszczając do Culver Creek w Alabamie. Nie spodziewa się, że poznane tam osoby pokażą mu świat, jakiego do tej pory nie znał- beztroski świat całonocnych libacji, nałogowego palenia, seksu i innych przyjemności. Doprowadzi to jednak do ciągu zdarzeń, których punkt kulminacyjny będzie nauczką, którą chłopak zapamięta na całe życie.


Książka jest pełna genialnych przemyśleń, nawiązujących do codziennego życia i dzięki temu prostych w odbiorze. Nie mogłam się wciągnąć w tę historię. Nie podobało mi się miejsce akcji, ani też sami bohaterowie. Irytowały mnie ich charaktery i zachowania. Do momentu, w którym pojawiła się Alaska. To niesamowicie dynamiczna, oryginalna, ale także enigmatyczna postać. Do końca nie było wiadomo kim tak na prawdę ta dziewczyna jest. Miałam wrażenie, że cały czas nosi maskę. Maskę pewności siebie, za którą skrywa się spokojna, lekko zadziorna, aczkolwiek delikatna i wrażliwa osoba.  Alaska była również książkoholikiem, czym u mnie zapunktowała. W książce porusza się temat tego, jaki stosunek ma młodzież do osób, które donoszą, skarżą , czy jak to tam inaczej nazwać. Otóż, nie zszokowało mnie to zbytnio, co więcej zainteresowałam się tym.  Sama zauważałam nieraz sytuacje, w których nazywano kogoś Konfidentem, obrażano i wystawiano na publiczne upokorzenie. Wyobraźmy sobie sytuację, w której pewna osoba widząc coś, co uważa za zachowanie wbrew pewnym zasadom, nawet podstawowego współistnienia z innymi ludźmi, zgłasza to do osoby wyżej postawionej.  Oczywiście, winni ponoszą karę lecz postanawiają się odegrać w mniej lub bardziej dotkliwy sposób. Taka osoba już nigdy niczego nie zgłosi, nawet gdyby to w jakimś stopniu zagrażało jej samej, bo będzie się bała przyczepienia łatki Konfidenta. To okropne! Uważam, że jest to problem, który powinien być częściej poruszany w powieściach dla nastolatków. Nigdy nie wiadomo, do kogo trafi apel o zaprzestanie działań przeciwko osobom, które pragną jedynie wyrazić swoje zdanie, swój sprzeciw. Wracając, wielki plus za ten dodatek fabularny.  Bardzo podoba mi się pomysł podzielenia tego tomu na dwie części- Przed i Po pewnym wydarzeniu. ,, Szukając Alaski" można porównać do ruchomych piasków- chcesz się z nich wydostać za wszelką cenę lecz nie możesz, bo im bardziej się wiercisz, im bardziej się im opierasz, tym bardziej i szybciej cię wciągają. Jak już mówiłam, nie potrafiłam się dostatecznie wczuć w tę opowieść, a mimo to zdołowała mnie i wepchnęła w otchłań rozpaczy. Może nie tak głęboką jak wtedy, gdy pożegnałam Augustusa, nie mniej jednak wystarczająco głęboką, by móc zalać ją łzami, a potem się w nich utopić. Ostatnie o czym powiem, to Miles. Z początku myślałam, że będzie on główną postacią. Ku mojemu zdziwieniu, okazał się jedynie dziwną formą narratora, bohaterem biernie przyglądającym się temu, co się dzieje. Pozwalało to jednak na skupienie się na innych, ważniejszych osobach, które miały swój udział w tej historii. Niestety, to już wszystkie dobre rzeczy, które mogę powiedzieć o tej książce. 


,, A tak w ogóle, co to jest ,,błyskawiczna śmierć"? Jak długo trwa? Sekundę? Dziesięć? Straszny musiał być ból (...) , gdy pękło serce, padły płuca, zabrakło powietrza, krew nie dochodziła do mózgu, pozostała tylko czysta panika. Co to, do cholery, znaczy ,, błyskawiczny"? Nic nie jest błyskawiczne. Ryż błyskawiczny gotuje się pięć minut, błyskawiczny pudding- godzinę. Wątpię, czy chwila oślepiającego bólu w y d a j e  s i ę  błyskawiczna. "
                                                                              Szukając Alaski 


Fabuła nie dość, że jest nudna, to dodatkowo okropnie przewidywalna. Już po kilkunastu stronach wiedziałam, co będzie tym punktem kulminacyjnym. Książka strasznie mi się dłużyła. Przyznaję się bez bicia, że po prostu mnie nudziła. Jasne, mogłabym zrzucić winę na jej gatunkowe przyporządkowanie, ale coś mi mówi, że w tej sytuacji nie będzie to właściwe. Myślę, że najbardziej przeszkadzały mi w tej powieści ciągłe nawiązania do seksu. Jakby "zaliczenie trzeciej bazy" było najważniejszym celem w życiu uczniów Collage-u , w którym toczy się akcja. 

Podsumowując, przeczytanie tej książki nie było łatwym zadaniem, ale jak możecie zauważyć posiada ona więcej plusów niż minusów. Nie spełniła całkowicie moich oczekiwań, ale też mnie nie zawiodła. Wątpię, czy jeszcze kiedyś po nią sięgnę, choć nigdy nic nie wiadomo. Możliwe, że któregoś dnia znów najdzie mnie na nią ochota.  
Nim się z wami pożegnam pragnę dodać, iż nie jestem w stanie jednoznacznie określić, czy ją wam polecam, czy też nie.  Najlepiej będzie, jak sami przeczytacie tę powieść, a potem zbudujecie swoją opinię na jej temat. Jak już to zrobicie- dajcie znać!

Ocena:  6/10




czwartek, 11 czerwca 2015

#24: Szkoła Strachu: Jeszcze nie koniec lekcji!- recenzja

Hej! Drodzy czytelnicy, poznacie dzisiaj moją opinię na temat książki ,, Szkoła strachu: Jeszcze nie koniec lekcji". Pierwszy egzemplarz pojawił się na polskim rynku dobre trzy lata temu, wydany przez wydawnictwo W.A.B. Dlaczego więc wzięłam się za tę powieść dopiero teraz? No cóż, jakoś nie mogłam dostrzec jej pośród setek innych książek w miejskiej bibliotece. Gdy wreszcie do mnie trafiła zaczęłam się zastanawiać, z jakiej przyczyny rozpoczęłam jej czytanie. Po krótkich przemyśleniach stwierdziłam, że powodem jest jej przynależność do gatunku literackiego, którego nie czytam zbyt często. Chodzi mi głównie o powieści skierowane do młodszych czytelników, mniej więcej w wieku do dziesięciu lat.

Akcja rozpoczyna się w momencie przyjazdu czwórki głównych bohaterów- Lulu, Madeleine, Theo i Garrisona do Szkoły Strachu, czyli miejsca, w którym pod przewodnictwem Pani Wellington będą mogli zmierzyć się ze swoimi obsesjami i pozbyć się ich na zawsze. Niestety, w szkole pojawia się nowa uczennica- Hyacyntha. Dziewczynka zaczyna sprawiać naszym bohaterom nie małe problemy. W międzyczasie tajemniczy złodziej kradnie kilka starych peruk należących do Wellington, zostawiając po sobie tylko liścik pełen gróźb i stawianych warunków. Starsza pani postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Wraz z uczniami, psem i służącym porzuca willę i rusza na spotkanie z włamywaczem uzbrojona w zestaw do makijażu, tiulową spódniczkę i piątkę dzieci na tylnych siedzeniach.


Niesamowicie zabawna powieść rządząca się totalnym absurdem. Każdy rozdział rozpoczyna się naukową nazwą fobii i jej wyjaśnieniem. Miałam wrażenie, że już to gdzieś widziałam. Dopiero potem, robiąc porządki w książkach znalazłam poszukiwane przeze mnie tomiszcze, noszące tytuł ,, Pragnienie". Uważam, że taki zabieg jest naprawdę fajnym pomysłem. Może niezbyt oryginalnym, jak się okazało, ale ciekawym i przykuwającym wzrok. Książka ma prostą fabułę, choć może się zdawać, iż posiada ona wiele wątków. Pisana jest bardzo prostym językiem.Z początku myślałam, że najbardziej irytującą postacią będzie Theo ze względu na przemądrzałość, jednak gdy pojawiła się Hyacyntha, zmieniłam zdanie. Ta dziewczynka to istny diabeł! Wciąż coś komentowała i to w bardzo niegrzeczny sposób, następnie zrzucając winę na fretkę, którą ze sobą przywiozła. Nie uchodziło to uwadze dzieci, które z każdą chwilą coraz bardziej miały dość najmłodszej z nich. Wierzcie mi, nie chcielibyście trafić na kogoś takiego. Anielska cierpliwość to przy niej o wiele za mało. Podejrzewam, że postać ta została stworzona tylko na potrzeby rozwinięcia pewnego wątku, bo gdyby go nie było, okazałaby się zbędna.  Pani Wellington jest kobietą całkowicie oderwaną od rzeczywistości, z własną paranoją, co jest odrobinę dziwne biorąc pod uwagę, że prowadzi szkołę, która ma na celu wyleczenie innych z ich obsesji.  Bohaterowie w jakiś dziwny, pokręcony sposób się dopełniają. Niewiele można powiedzieć o tej pozycji. Mogłabym niepotrzebnie rozpisywać się na temat innych postaci, ale są one mimo wyraźnych charakterów zwykłe. Razem tworzą wybuchową mieszankę, ale osobno są jak pojedyncze strony wyrwane z książki. Możesz przeczytać dwudziestą, ale bez pozostałych trzystu nic nie zrozumiesz. 


Czy okładka mi się podoba? W pewnym stopniu tak, głównie dzięki kolorystyce, bo te rysunki odrobinę mnie przerażają.   
Podsumowując, nadal uważam, że powieść ta skierowana jest do młodszych czytelników. Jednakże, jeśli macie dziwaczne poczucie humoru i niedosyt pokręconych bohaterów, ta książka jest z pewnością dla was. 

Ocena: 6/10 


  

czwartek, 4 czerwca 2015

#23: Wieczni Wygnańcy- recenzja.

Hej! Tak dawno nie wstawiałam na bloga żadnych recenzji! Co się ze mną stało?!  Dzisiaj powracam z książką, która zrobiła na mnie niesamowicie złe wrażenie. Mówię o ,, Wiecznych wygnańcach" amerykańskiej autorki Cynthii Leitich Smith. Powieść ta została wydana w Polsce przez wydawnictwo Amber.

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz sięgnęłam po tą książkę, a było to dobre kilka lat temu, niesamowicie mi się spodobała. Jakieś dwa tygodnie temu, gdy decydowałam o tym, które powieści przeniosą się na jakiś czas   z biblioteki do mojego domu , w ręce znów wpadli mi ,, Wieczni wygnańcy". Wahałam się z podjęciem decyzji, ale w końcu pomyślałam ,, ciekawe, czy czas jakoś wpłynął na moją opinię o tej książce" i postanowiłam zaryzykować. Jak się okazało, czas odwrócił moje odczucia o sto osiemdziesiąt stopni. Ale  o tym później.
 
,, Wieczni wygnańcy" to opowieść o zwykłej dziewczynie Mirandzie i jej aniele stóżu, szaleńczo w niej zakochanym Zachariaszu.  Pewnego wieczoru bohaterka wybiera się ze swoją przyjaciółką na cmentarz, by towarzyszyć jej w spotkaniu z chłopakiem. Niestety, w pewnej chwili potyka się i prawie wpada do otwartego grobu. Spiesząc jej na ratunek, anioł pokazuje się w pełnej chwale, za co zostaje zdegradowany. Chwilowo oślepiona nastolatka wpada w ręce wampira, który postanawia ją przemienić i uczynić wampirzą księżniczką. Zachariasz już jako człowiek dostaje szansę powrotu na dawne stanowisko- musi pokonać władcę ciemności. Postanawia również uratować duszę Mirandy, by móc połączyć się z nią w niebie. Nie spodziewa się jednak, że dziewczyna może nie chcieć być ratowana.

Jeśli według was ta historia nie brzmi głupio , to nie wiem, co czytacie.  Może zacznę od plusów, będzie krócej. Sam pomysł na fabułę nie jest taki zły ( prawie), z dobrym wykonaniem mogłoby wyjść nawet niezłe YA. Początek jest okropny, jednakże im dalej w książkę tym lepiej. Może nie genialnie, ale na pewno lepiej. Po jakiejś dwusetnej stronie fabuła zaczyna nabierać sensu. Nie ważne, że sama powieść ma 294 strony :D Od połowy coś się dzieje, książka zaczyna wciągać. Powieść ta ma coś w sobie takiego, co przyciąga czytelnika. Książka ma kilka w miarę dobrych zwrotów akcji, co tak na dobrą sprawę nie znaczy nic przy ogromnej liczbie minusów, które zaraz wam przedstawię.

Było miło-się skończyło. Pierwsze sto stron to zbitek nie wyciętych przez pierwsze wydawnictwo fragmentów,  przez co fabuła przeskakuje, rozwija się zbyt szybko i niekiedy traci jakikolwiek sens. Autorka chciała( tak myślę) żeby ciągle się coś działo, zapomina jednak o rozwinięciu wątków, charakterystyce postaci zarówno głównych jak i drugoplanowych, a także pełnym opisie wykreowanego świata. Kolejnym minusem jest sama Miranda. Dlaczego na brodę Merlina ta dziewczyna podejmuje tak głupie decyzje?! Jeśli to, co mówi nam o świecie, do którego została przymusowo wciągnięta, jest wszystkim co wie, to jak uległa i bezmózga musi być?! Aż mi serce szybciej z nerwów bije.

Przybliżę wam sytuację, abyście wiedzieli o czym mówię. Spokojnie, ten spojler wcale nim nie jest.
Nastoletnia Miranda zostaje porwana przez tajemniczego mężczyznę i zmieniona w wampira. Ów mężczyzna wyglądający na pięćdziesiąt lat każe jej tytułować się ,, Ojcem", nie wyjaśniając kompletnie nic ( tak wynika z książki). Dziewczyna w mig zapomina o rodzinie i najlepszej przyjaciółce, wierzy we wszystko, co jej powiedziano, czyli praktycznie nic oraz postanawia zostać przykładną wampirzycą. Robi wszystko, co nakazuje jej mężczyzna, tłumacząc się tym oto zdaniem : ,, on jest teraz moim światem". W tym momencie się zatrzymam. Większej dawki głupoty nie zniosę. Czy normalny człowiek w takiej sytuacji zachowałby się tak jak ona? Nie sądzę. 

Zachariasz. Kolejna beznadziejna postać. Powiedzcie mi, który anioł, nawet ten zdegradowany pierwsze co robi będąc człowiekiem to spija się do przytomności, robi sobie tatuaż, itd.? A z resztą, dlaczego anioł stróż myśli przede wszystkim o tym, jak powiedzieć Mirandzie o tym, że ją kocha? Kocha! Nie wiem czemu, ale ta postać kojarzy mi się z Edwardem ze ,, Zmierzchu". Obaj śledzili swoje dziewczyny, obserwowali je jak spały, a gdy zniknęły z ich żyć, zaczęli się zachowywać irracjonalnie. Autorka wypowiedziała się na temat tajemnicy jaka kryje się w tej książce. Ja powiem tyle- żadnej tajemnicy nie było, no chyba, że ta powieść ma ukryte dno. Wątpię. Romans na początku był tylko jednostronnym zainteresowaniem, potem opierał się głównie na pociąganiu seksualnym. Irytują mnie takie romanse- puste i nijakie. Pierwsza połowa książki tak mnie zmęczyła, że do drugiej podeszłam obojętnie. Mało mnie obchodziły perypetie bohaterów. Marzyłam tylko o tym, by szybko skończyć TO, za co się wzięłam.
 
Okładka jest naprawdę ładna, przynajmniej według mnie. Nie ma żadnych ozdobników, a gama barw ogranicza się do czerni, bieli, szarości i czerwieni, ale punktuje u mnie przedstawionym na niej wielkim anielskim skrzydłem.
 
Bezapelacyjnie nie polecam i radzę trzymać się od tego ,, dzieła" z daleka. Wiem na pewno, że już nigdy nie sięgnę po ,, Wiecznych wygnańców" i tym razem radzę mnie posłuchać :)

Ocena: 4/10 ( mam bardzo dobry humor)


 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...